12.01.2018

Plany czytelnicze na 2018



Plany? Jakie plany? Przecież ja nie wiem, co będę robić jutro. Nawet postanowień noworocznych nie mam, bo wychodzę z założenia, że cokolwiek się stanie, to się stanie. Jak się stanie coś dobrego? To miło. Stanie się coś złego? Zdarza się. Coś człowieka musi w życiu spotykać, bo inaczej byłoby śmiertelnie nudno i życie straciłoby nawet te wątłe, wymyślane przez nas sensy. O dziwo jednak plany książkowe mam, gdyż nadzwyczaj często zdarza mi się, że chcę coś przeczytać, coś powtórzyć, coś się nauczyć, i zapominam w natłoku innych ciekawych tematów. I potem ląduję z jedną książką przeczytaną z całej serii albo z bogatą wiedzą na temat snajperstwa, ale nijaką na temat czołgów, bo do książki o czołgach nie doszłam. No hej, mogą mnie mijać w życiu wielkie szansy i okazje, ale nie mogą mnie mijać książki, szanujmy się.

Powierzam więc Wam moje plany i pomysły czytelnicze, nad którymi myślałam całe dziesięć minut, proszę o docenienie tej tytanicznej pracy i w ogóle, oraz zezwalam na inspirowanie się, czytanie czegoś szybciej niż ja i próby spoilerowania mi tego (jestem prawie spoileroodporna, ale o tym kiedy indziej).


Książki, które przeczytam po raz kolejny

Cały „Wiedźminˮ Sapkowskiego.
Gdy tylko mogę, pałętam się po konwentach i udaję, że jestem fajna, jednocześnie wysłuchując, jak moi znajomi z tysięczną już osobą śmieszkują z Sapkowskiego i jego reakcji na wiedźminowe gry. Nigdy nie grałam, ale mogę Wam powiedzieć, że zaczyna się od wielkiej modliszki na magicznej smyczy, bo słyszałam to nawet więcej razy niż „No dam pani trzyˮ. No więc tego, popkultura postrzega już Wiedźmina głównie przez pryzmat gier i narosłego wokół fandomu, i zapewne większość graczy oryginału książkowego nie czytało. Co ja zasadniczo mam gdzieś. Ale uważam, że Sapkowski jest dobry. W końcu jest człowiekiem, który napisał „Trylogię husyckąˮ. Sorry, ale Geralta tylko lubię, a Reynevana ubóstwiam. Trylogię jeszcze będę recenzować, bo naprawdę jest tego godna. Wiedźmina zamierzam przeczytać po raz kolejny, żeby już trzeźwym, a nie nastoletnim okiem ocenić, czy jest to książka godna szumu, który narobiła (i żeby mieć o czym dyskutować na konwentach, rzecz jasna).


Dokończyć serię

Mam pomysł na dwie: „Świat Dyskuˮ Pratchetta oraz „Sulinaˮ Wydawnictwa Czarnego.
„Świat Dyskuˮ to miłość na całe życie, ostrzegam każdego, kto zamierza zacząć czytać. Te charakterystyczne okładki są ze mną jeszcze od czasów przedhistorycznych, gdy to mama rozkładała je po całym domu w strategicznych miejscach i czytała tacie na głos co zabawniejsze fragmenty. Gdy nauczyłam się czytać było oczywiste, że dostanę do ręki któryś tom „Świata Dyskuˮ, i w tym momencie było już też przesądzone, że dziesięć lat później będę miała na półce calutką kolekcję. Boję się ją skończyć (bo co wtedy będę robić..?), ale kiedyś trzeba wygrać ze swoimi lękami.

„Sulinaˮ to seria Wydawnictwa Czarnego skupiona na Europie. Całej nie przeczytam, liczy sobie 69 pozycji... Ale mam już trzy (o Polsce, Węgrzech i Białorusi), a przeczytałam cztery, i zamierzam skupić się na najbliższych sąsiadach Polski i EuropieWschodniej. Wychodzę z niemodnego dzisiaj założenia, że najpierw się czyta, a potem się jedzie, a tym czymś do czytania absolutnie nie powinien być przewodnik turystyczny. Polecam właśnie reportaż połączony z podręcznikiem do historii. Przepraszam wszystkich podróżników i miłośników telepania się po świecie z dolarem w kieszeni – ja jestem turysta historyczny.

Autor, wokół którego będę się kręcić

Lem! Po przeczytaniu jego biografii: „Lem. Życie nie z tej ziemiˮ zdałam sobie sprawę że: a) nic o nim nie wiedziałam, b) tak naprawdę nic nie zrozumiałam z jego książek, c) pani doktor, z którą mam jedne zajęcia, jest lemologiem d) czyli ja też mogę zostać po tych studiach lemologiem i totalnie legalnie zajmować się jego książkami całe życie, mówiąc, że to dla dobra nauki. W tym roku polecą więc książki i Lema, i o Lemie.
Dukaj. Uważam go za jednego z najciekawszych pisarzy s-f w Polsce. I, podobnie jak u Lema, prawie go nie znam. Więc skupię się na książkach o nim i może wreszcie dokończę „Króla bóluˮ (idealny tytuł na czytanie w czasie sesji!) Czasami mam wrażenie, że Dukaj żywi się mózgami czytelników, bo kończę jego książki w stanie totalnego rozkładu intelektu.

Książka z wydawnictwa, którego wcześniej nie czytałam

Ha!art, ale nie ręczę, co z tego wyjdzie. Wydawnictwo jest częścią Korporacji Ha!art która sama o sobie pisze „Wszystko, co się nie opłaca: wydawnictwo, księgarnia, portal, postdyscyplinarny magazyn o kulturze współczesnej.ˮ Wydają rzeczy takie jak „Notes dla ludzi uczulonych na gluten i laktozęˮ czy „Sezon grzewczyˮ – książkę napisaną przez miasto Kraków. Nie mam żadnej ich książki, bo wybranie jednej jest niemożliwe; jedyną dobrą opcją wydaje się zamieszkanie im w magazynie.

Książka, którą miałam przeczytać sto lat temu

„Futu.reˮ Glukovskiego oraz trylogia „Algorytm wojnyˮ Michała Cholewy, czyli same lekkie czytadełka, kiedyś też trzeba się nimi nacieszyć, gdzieś między Weintraubem a Jodłowską. Glukovskim interesowałam się w liceum, na fali czytania ze znajomymi „Metraˮ, deptania sobie nawzajem po glanach i chodzenia do szkoły z nożami. Wydaje mi się jednak, że pisze na tyle dobrze, żeby dzisiaj też mnie zainteresować. Podobnie Cholewa, w mojej świadomości pojawił się jako „syn Jedynego Prawego Tłumacza Pratchettaˮ (mam niesamowity szacunek do Piotra Cholewy za tłumaczenie „Świata Dyskuˮ) który napisał jakieś mocno militarne książki s-f. Jeżeli geny działają dobrze, to powinny być książki na poziomie, nawet dla nudnego człowieka, który teraz chodzi z pomadką, a nie nożem w kieszeni.

Książki naukowe lub popularnonaukowe

Jakoś nie znalazłam jeszcze bloga książkowego o książkach naukowych i nawet to rozumiem – popularności na takiej tematyce się nie zbuduje, kolejny romans albo schematyczna powieść dla egzaltowanych nastolatek sprzeda się o wiele szybciej i spowoduje, że wydawnictwa będą nas kochać. Sama też nie zamierzam takich książek recenzować, bo primo nie umiem, secundo – nie chcę wyjść na snoba. Ale jak najbardziej czytam sobie dla przyjemności takie potworki. W tym roku stawiam na lemologię, mój ulubiony od dawna temat śmierci i samobójstw, wracam do literatury cyfrowej i kontynuuję tematykę mistyki, kabały, alchemii i hermetyzmu, którą chwilowo zajmuję się ze względu na temat pracy semestralnej (Bóg w dziełach Mickiewicza).

Dopiero kiedy to spisałam uświadomiłam sobie, ile rzeczy bym mogła robić w życiu, gdybym nie była leniwą, smutną bułą nieogarnięcia.

Pozdrawiam
0 Czytaj dalej »

06.01.2018

No w końcu nowy blog

0

Salve!
Drogi Czytelniku, jeżeli widzisz te słowa,  to znaczy, że nudzisz się aż tak, że przeglądasz randomowe blogi, które wyświetliły się na fejsbuczku. Absolutnie rozumiem ten stan. Jeżeli już tu jesteś, to może  pogadajmy.
Pojawiłam się w blogosferze zupełnie bez sensu i stan ten utrzymywał się przez kilka ładnych lat.  Tęskniłam za czymś logicznym w tym bytowaniu. Próbowałam romansować z lifestylem, ale był to związek co najmniej toksyczny i bez przyszłości. Nie miałam sił na poważną rozmowę z nim, więc po prostu przestałam pisać (mój stary blog nazywał się Terra Felix i nie znajdziecie go chwilowo, gdyż wczoraj paskudnie spartoliłam mu kod i nie wiem, jak to odkręcić, a kto by robił kopie zapasowe...). Pewien czas temu, po napisaniu kolejnego wrednego komentarza pod czyimś tekstem na wattpadzie i nagadaniu ziomkowi, który twierdził, że Mickiewicz przechrzcił się na Żyda, pomyślałam sobie, że moim powołaniem chyba jest pisanie takiego małego, wrednego bloga hejterskiego.
Nie samym hejtem jednak żyje człowiek, czasami chce też kulturalnie pogadać o ładnych okładkach czy uroczych błędach w druku...

I tak narodzili się skursywieni.

Hejterski, ale bardzo kulturalny blog okołoksiążkowy.
Będzie o pisarzach i grafomanach, o pięknie i małych, papierowych potworkach, o okładkach, fontach, składzie i niezręcznej składni, o miłościach mojego życia i jego nienawiściach.
Będzie mnóstwo beenek, bo co jak co, ale te małe potwory to ja kocham.
Moim konikiem są książki naukowe, popularnonaukowe, reportaże, twarde science-fiction i czasami fantastyka. Do tego stare książki oraz wybrane pozycje dotyczące designu, malarstwa, plakatu czy czegoś w tym stylu. Czasami komiksy.

Brzmi obiecująco? Nie poddawajcie się temu wrażeniu, ja nic nie obiecuję! Jestem paskudnym leniem, człowiekiem uwielbiającym balansować na granicy szaleństwa i wjeżdżać hulajnogą pod taksówki. Nie spodziewajcie się po mnie nic dobrego, a na pewno nie regularnych wpisów pełnych krzepiących słów ani dziesięciu zasad, dzięki którym Wasze życie będzie lepsze.

Coś o mnie? Jestem studentką filologii polskiej, mieszkam w Poznaniu. Szukajcie wielkiego okna z awokado na parapecie. Według pewnego gatunku ludzi jestem paskudnym słoikiem i tak naprawdę powinnam identyfikować się z małą wsią gdzieś na północy, ale śmiem ignorować takie opinie.
Wychowywałam się na Tomku Wilmowskim i Trylogii, moją pierwszą książkową miłością był Kmicic, drugą chyba Vimes ze Świata Dysku. Nie rozumiem szału na Pottera. Moje ulubione wydawnictwa to Karakter, Ha!art i Czarne. Ulubieni pisarze brzmią, jakbym w życiu czytała tylko lektury szkolne, ale wcale tak nie było. Zaliczam do nich Lema, Dostojewskiego, Pratchetta, Simmonsa, Sapkowskiego, Dukaja i wielu innych.
Robię różne rzeczy, które wkurzają książkoholików, np. sporo piszę po marginesach, a za zakładkę uważam paragon, ołówek, swoją bransoletkę albo inną książkę. Nie mam parcia na snobowanie się na książkach i nie angażuję się w promowanie czytelnictwa. Już w zerówce nie lubiłam dzieci, które rysowały natchnione obrazki o tym, jak to książki pozwalają im przenosić się do magicznych krain wyobraźni. Uważam kwestię magicznych krain wyobraźni za mocno naciąganą i dobrą dla egzaltowanych panienek, a nie zmęczonych studentów czytających po dwieście stron tekstu naukowego dziennie.
#teamMickiewicz

Jeżeli kogoś tą paplaniną zainteresowałam ‒ czuję się zaszczycona. Zerknijcie jeszcze na drugi post, który przeniosłam z poprzedniego bloga, gdyż ładnie wpisuje się w tematykę skursywionych.
Nawet moja paskudna osobowość nie przeszkadza mi w cieszeniu się tą chwilą wypuszczania na wolność nowego, świeżutkiego bloga (z lekko skopanym kodem), który prawie jest gotowy, żeby samemu utrzymywać się na świecie. Liczę na Was ludzie, na Wasze zainteresowanie i uwagę, i na to, że przyjmiecie mnie do grona blogerów książkowych.
Otwartych ramion nie wymagam.
Trzymajcie się

PS. L u b i ę  L a l k ę.


Czytaj dalej »

02.01.2018

Zapowiedzi wydawnicze na styczeń

0


W grudniu pisanie takiego tekstu było z góry skazane na porażkę, bo nie wyszło prawie nic nowego; branża wydawnicza woli skupić się na promowaniu książek wyglądających jak dobry prezent świąteczny, a nie na wydawaniu nowości, które na prezent się nie nadają. Dlatego do księgarni ani wydawnictw nawet nie zaglądałam, nie chcąc być zasypana tysiącem przepisów na karpia, poradników o szczęśliwym życiu i diecie oraz idealnie dostosowanych dla masowego odbiorcy kryminałów. W styczniu sytuacja wygląda o wiele lepiej, ale nadal nie na tyle, żebym zaczęła rzucać monetami na lewo i prawo – raczej poluję na wyprzedaże tytułów wydanych w październiku czy listopadzie – ale wybrałam kilka tytułów, które wydaję się interesujące i wartościowe. 

Wydawnictwo Karakter 

 Susan Sontag, „Przeciw interpretacji” 

(dodruk, ale zaliczam tę pozycję, bo wcześniej o niej nie słyszałam) „Po raz pierwszy po polsku zbiór głośnych esejów amerykańskiej intelektualistki. Opublikowany w 1966 roku, szybko stał się pozycją klasyczną i wywarł wielki wpływ na myślenie o współczesnej sztuce i kulturze. Sontag w oryginalny, a niekiedy i prowokacyjny jak na tamte czasy sposób pisze m.in. o twórczości Sartre’a, Ionesco i Lévi-Strausse’a, analizuje filmy Godarda i Bressona, podejmuje temat wyobrażenia katastrofy w filmach science fiction czy też zagadnienia współczesnej myśli religijnej. W tomie znalazły się najbardziej znane teksty Sontag – esej tytułowy oraz Zapiski o kampie, dowodzące jej niezwykłej wrażliwości na nowe zjawiska w kulturze. ” 

Rok 1966, kultura i sztuka, do tego USA, czyli będzie o kwestiach, o których nie przeczytam w polskich książkach z tamtego okresu. Do tego kamp, pojęcie, z którym pierwszy raz spotkałam się stosunkowo niedawno, i ta konwencja żywo mnie interesuje. 

Korporacja Ha!art 

Czyli moi comiesięczni ulubieńcy, a zarazem wydawnictwo, z którego nie mam ani jednej książki. Stanowczo jest to skomplikowana relacja.

„Odkrywanie kodu. Wprowadzenie do programowania w sztuce i humanistyce” 
Nick Montfort
„Wydawałoby się, że można albo napisać podręcznik programowania, albo rozprawę o perspektywach sztuki i humanistyki w zmieniającym się świecie technologii komputerowych – żadne połączenie tych dwu pól nie jest możliwe. Ale tak jak w przypadku innych książek Nicka Montforta – tych, które napisał sam, oraz tych, których był współautorem – wyjściowy koncept jest ryzykowny aż do brawury: połączyć to, co sprzeczne, nieprzystające, dla siebie wzajemnie obce. Programowanie i refleksja kulturowa mają nawzajem się uzupełniać. Programiści in spe mają zobaczyć w tym część nauki o sztuce, a artyści i badacze humanistyki – nauczyć się myśleć o swoich dyscyplinach za pośrednictwem narzędzi programistycznych. Tym sposobem humaniści zyskują podręcznik programowania od podstaw i inspirację do odważnej eksploracji swoich dziedzin. Czyżby trafiła się nam idealna książka na czasy kryzysu humanistyki?” 
Kryzys humanistyki, humaniści i programowanie, to są zagadnienia dla mnie cudowne jak trafienie na kawałek czekolady w keksie albo dostanie jedzenia za darmo. Ta książka wydaje się tak cudowna, że mam straszne podejrzenia, że napisana jest jednak kiepsko (albo że bym ją przeczytała i nic nie zrozumiała).

 „Sezon grzewczy” Kraków

Tak, Kraków jest autorem, i nie jest to nawet moje śmieszkowanie, tylko poważna sugestia ze strony wydawnictwa. To jedna z książek typu "To jest tak dziwne, że chcę to przeczytać, ale to jest za dziwne, żebym to kupiła". „Autorem tej książki jest miasto, a konkretnie Kraków w sezonie grzewczym 2016/2017. Mówi ona o zabrudzeniu języka, analogicznym do zanieczyszczenia powietrza, które występuje w Krakowie od października do marca. Producentami tekstów są zarówno nowi mieszkańcy miasta (studenci i studentki pierwszego roku), osoby żyjące w nim od pokoleń, jak i postaci z awangardowego środowiska artystycznego. Poszczególne partie książki powstały w wyniku zastosowania różnych technik pisarskich, w tym uwzględniających zbiorowego nadawcę. Obejmują one: ankiety przeprowadzone wśród losowo wybranych użytkowników telefonów stacjonarnych, zapisy sesji obserwowania smogu (tzw. smogwatching), niezapowiedzianą klasówkę w krakowskiej uczelni, smogowe śledztwo przeprowadzone w mediach społecznościowych i transkrypcje pogody.”

Wydawnictwo Czarne 

 Ostra faza na reportaże spowodowała, że ostatnio ja i Czarne jesteśmy dobrymi znajomymi, a gdybym zrobiła wpis o książkach kupionych w 2017, wyglądałby jak post sponsorowany. Styczeń jednak specjalnie mnie nie zachwycił. 

„Dziecko w śniegu” Włodek Goldkorn 

„Dzieciństwo spędził w Katowicach. Mieszkał w domu opuszczonym przez Niemców. W przestronnych i jasnych pokojach stały meble w stylu Biedermeier. Przymocowane były do nich tabliczki z ciemnego metalu z napisem „własność Trzeciej Rzeszy” i swastyką. Swastyki stały się codziennością, oswojoną częścią jego dziecięcego imaginarium. Jako mały chłopiec bawił się z kolegami w Auschwitz. Włodek Goldkorn – Żyd, Polak, ceniony włoski publicysta – podobnie jak wiele innych dzieci osób ocalałych z Holocaustu całe życie spędził w cieniu Szoa, wśród strzępków opowieści, fragmentów wspomnień. Jego ciocia Nachcia poszła do komory gazowej z córeczką na rękach. To nie jest świat godzien tego, żeby na nim żyć – powiedziała, choć mogła oddać dziecko i uniknąć śmierci. Jego ciocia Chajtełe, uciekając przed Niemcami, porzuciła niemowlę w śniegu. Przeżyła. Tego, kto przetrwał Zagładę, nie można sądzić ludzką miarą, pisze Goldkorn.” 

Z jednej strony mam dość czytania o Auschwitz i Zagładzie, zainteresowałam się tym tematem jako nastolatka i uważam, że doszłam do tego etapu, kiedy wiem wystarczająco dużo, by nie chcieć wiedzieć więcej i zajmować umysł wracaniem do dawnych tragedii. Ale to jednak kusi, by zrozumieć lepiej tą traumę, z którą nadal chyba kultura nie umie sobie poradzić. 

„Umysł kruka. Badania i przygody w świecie wilczych ptaków” 
Bernard Heinrich 

„Kruk wciąż nie cieszy się zbyt wielką popularnością. Przez wieki w powszechnym mniemaniu wraz z czarnym kotem był symbolem zła i towarzyszem czarownic. Tymczasem kruk to stworzenie wyjątkowe. Nie tylko ze względu na ważną rolę, jaką pełni w ekosystemie, ale także z powodu niebywałej inteligencji. Kruk ma charakter! Bernd Heinrich dowodzi tego w swojej najnowszej książce. Argumentów mu nie brakuje, bo spędził lata na obserwacjach. Przesiedział miesiące w czatowniach, opiekował się młodymi krukami, odwiedzał udomowione ptaki i ich właścicieli, szukając praw, jakimi rządzi się ten gatunek, ale również odkrywając, że każdy kruczy osobnik jest indywidualistą.” Nie wiem, czy to jakaś cecha żrodowiska, w którym się obracam, ale znam naprawdę wielu fanów kruków i sama uważam te ptaki za fantastyczne i bardzo interesujące pod względem symbolicznym (i literackim, spójrzcie na kruka z Dziadów, który przerywa prorocze widzenie Konrada!) 

Wydawnictwo Literackie 

Nie powiem, że je jakoś uwielbiam, ale czasami wydają coś interesującego. 

„Kurs filozofii w sześć godzin i kwadrans” 
Gombrowicz 

„Pierwsze wykłady o Kancie – wspomina żona pisarza – odbyły się w sypialni Witolda. Głowę opierał na łokciu, przed sobą trzymał plik pożółkłych notatek z czasów argentyńskich wykładów, ale nie zaglądał do nich, tylko mówił z pamięci, wyraźnie i powoli, żebyśmy zdążyli zanotować. Był wspaniałym profesorem, mówił z werwą, precyzyjnie, wydobywając, co najważniejsze. Siedzieliśmy naprzeciwko niego i notowaliśmy na kolanach każde jego słowo” (ze wstępu Michała Pawła Markowskiego). 

Pomijając już samego autora tego kursu, każdą książkę o filozofii traktuję ze sporym entuzjazmem. Jestem beznadziejna z filozofii (mam to udokumentowane, jako jedynej na roku udało mi się nie zdać egzaminu z tego przedmiotu, a do tego naprawdę trzeba mieć u nas talent), staram się więc szlifować swoją wiedzę z tej dziedziny bardzo brutalnie i energicznie. 

„Fuck America” 
Edgar Hilsenrath 

„Nowy Jork, lata pięćdziesiąte XX wieku. Jakob Bronsky, niemiecki Żyd, pracuje nad autobiograficzną powieścią dotyczącą jego życia w getcie. Każdą wolną chwilę spędza w niewielkiej kafejce wraz z grupą imigrantów, przelewając słowa na kolejne strony maszynopisu. Wyzwania dnia codziennego ogranicza do kilku czynności: zdobyć ciepły posiłek, odłożyć parę groszy na bilet autobusowy i dach nad głową. Jakob pragnie również znaleźć sobie jakąś kobietę, ale kończy się na fantazjowaniu na temat sekretarki swojego przyszłego wydawcy... Fuck America to satyra na amerykańskie społeczeństwo i mity, na których zbudowana jest tamtejsza kultura, a właściwie popkultura. Przesycona ironicznym poczuciem humoru, słodko-gorzka opowieść o losie emigranta, zawiedzionych nadziejach oraz próbie odnalezienia się wśród obcych.” 

Przyznam, że kultura amerykańska i w ogóle USA kojarzyły mi się zawsze negatywnie. Ze sztampą, powtarzalnością, zadufaniem w sobie, przerostem dumy narodowej... Popkultura zmieniła ten obraz, ale przez poprzednie uprzedzenia słabo znam kulturę i realia Stanów, są dla mnie krajem-mitem, i ta książka wydaje się dobrą drogą do rozprawienia się z tym. 

„Dunaj” 
Claudio Magris 

„Dunaj. Rzeka, która należy do wielu narodów, kultur, języków i tradycji w dziele Magrisa zamienia się w metaforę złożonej i wielowarstwowej tożsamości współczesnego Europejczyka. Pisarz przemierza rzekę od źródeł do ujścia, a więc od Niemiec do Rumunii, ale jego opowieść nie jest tylko dziennikiem podróży. Magris mistrzowsko posługuje się esejem, reportażem, szkicem literackim i w istocie tworzy z nich odrębny gatunek. Odwiedzane miejsca są pretekstem do opowiadania historii tych zakątków, ale przede wszystkim zachęcają autora do refleksji nad zaginioną Atlantydą, ową Mitteleuropą zdolną połączyć rozmaite elementy kulturowe z Zachodu i Wschodu w nową spójną całość.” Z cyklu: znajdź książkę o czymś, czym się nigdy nie interesowałeś, i głównie z tego powodu uznaj ją za wartą przeczytania. Bo kto z nas coś wie o jakiejś tam rzece, która gdzieś tam płynie? Może warto uświadomić sobie, że książki pełnią też czysto edukacyjne funkcje.

Wydawnictwo Copernicus Center Press 

Znalezione przypadkiem przy przeglądaniu nowości w Empiku; niestety nie jestem pewna, czy jest godne zaufania, ale zainteresowały mnie dwie pozycje. 

„Granice interpretacji”
Bartosz Brożek


„Autor, posiłkując się ustaleniami współczesnych nauk kognitywnych i teorii ewolucji, a także czerpiąc z tradycji filozofii analitycznej dowodzi, że nie może istnieć język doskonały niepodatny na interpretację. Zastanawia się również nad strukturą rozumienia i pokazuje, że zbyt pochopne próby interpretacji mogą nas prowadzić w krainę bełkotu. Granice interpretacji to pierwsza w literaturze polskiej próba zmierzenia się ze zjawiskiem interpretacji, oparta w znacznej mierze na tym, co biologia mówi o ludzkiej zdolności rozumienia. Jesteśmy jedynym gatunkiem, który posługuje się językiem, ale nie znaczy to, że możemy używać go w sposób dowolny."*

Chyba zapomniałam, że nie robię tego zestawienia dla polonistów... Ale, ale, dla kognitywistów też to może być ciekawa propozycja, czyż nie? Albo dla ludzi, którzy chcą, jak wyżej, poczytać o czymś, czym się nigdy nie interesowali.

„Granice nauki”
Michał Heller

„W swojej najnowszej książce Michał Heller zastanawia się nad trzema zasadniczymi zagadnieniami: czym jest nauka i czemu zawdzięcza ona swoje sukcesy? Jak teorie naukowe mają się do rzeczywistości? Jakie miejsce w naukowym obrazie świata zajmuje człowiek: twórca nauki i odkrywca praw przyrody? Przedmiotem refleksji i analiz wybitnego filozofa i kosmologa są procesy, dotyczące zarówno Wszechświata - rozumianego jako całość - oraz pewnych jego aspektów i zjawisk zachodzących w samej nauce. To, co znajduje się poza granicami, nie należy (jeszcze) do nauki, ale stanowi dla niej wyzwanie, obietnicę dalszych podbojów, ale i ryzyko porażek. Metoda prób i błędów jest wpisana w metodę naukową. Co więcej, granice niejako prowokują, aby je przekraczać. Prowokacja ta tkwi w horyzoncie prac badawczych i jest odpowiedzialna za pewną agresywność nauki. Stąd dyrektywa metodologiczna: naukowiec nigdy nie powinien poddawać się wobec nowych pytań, a priori przyjmując, że wykraczają one poza sferę kompetencji naukowej metody. Nie chodzi jednak o to, żeby przekraczać granice metody, lecz o to, by udoskonalając metodę, przesuwać jej granice. ”* (fragment Wstępu)

Z tego co wiem autor jest godny zaufania, ale jako mało zorientowany humanista nie mogę się dokładniej wypowiedzieć o tematyce książki. Wiem tylko tyle: mnie to szczerze zainteresowało. 

Z innych newsów:

Wydawnictwo MAG wypuści nowe, już czwarte wydanie „Endymiona” Dana Simmonsa. Nie miałam jeszcze go w ręku, więc się nie wypowiem, jak jest w środku, ale okładka wydaje się ładna... I tylko ładna. Ja nadal całym sercem jestem za starszym wydaniem, które sama czytałam. Żałuję, że nie mam go na własność, bo gdy już zbiorę pieniądze może się okazać, że stare wydanie trudno dostać. 

I nowy element, gdyż po dłuższej przerwie i nieudanych powrotach zaczęłam regularnie czytać Nową Fantastykę (i różne głupie pisemna o wnętrzach, ale o tym ciii). Miesięcznik ten chyba nie jest zbyt popularny, przynajmniej ja w środowisku fantastyki i s-f najczęściej słyszę opinie, że kiedyś to był fajny, a teraz już nie. Sama w magiczną moc „kiedyś" nie wierzę, a dostać kilka ciekawych opowiadań za dyszkę, i to co miesiąc, to dobry interes jest (szczególnie że przestali drukować opowiadania na czymś podobnym do papieru toaletowego). W styczniowym numerze polecam „Sprzężenie pasożytnicze” Konrada T. Lewandowskiego i „Grę” Michaela J. Sullivana. Pierwsze to s-f dziejące się w świecie nowych technologii i nowych mutacji, dość przerażające i dystopiczne, drugie – ciekawa rzecz o sztucznej inteligencji. 
Czytaj dalej »

Copyright © Szablon wykonany przez Blonparia