24 sierpnia 2019

Shaun Bythell, Pamiętnik księgarza, recenzja długa przesadnie





Gdyby nam za to płacono, zaczęlibyśmy tę recenzję od:

„Kto z książkoholików nie marzył kiedyś o pracy w księgarni, wyobrażając sobie, jak godzinami czyta w wygodnym fotelu za ladą, przerywając lekturę tylko po to, żeby porozmawiać ze swoimi sympatycznymi i oczytanymi klientami o najnowszej książce niszowego pisarza czeskiego czy laureatach nagrody literackiej? Shaun Bythell, w przezabawnej i błyskotliwej książce „Pamiętnik księgarza” (Wydawnictwo Insignis) rozwiewa te wizje niczym szkocką mgłę nad ranem, opowiadając o walce z wszędobylskim Amazonem, wrednymi klientami, tymi okropnymi ludźmi, którzy wolą Kindle, i niebanalnej codzienności antykwariatu ze szkockiego miasteczka Wigtown.”

Ale nam nie płacą, możemy więc postarać się, żeby ten blog nie przypominał portfolia copywritera, a zamiast recenzji napisać Wam subiektywny esej, dlaczego akurat nam nieszczególnie podoba się  „Pamiętnik księgarza”, i uważamy tę książkę za coś mieszczące się w kategorii „prezent na święta” przy lekkim marnowaniu papieru.

Po opisy, o czym jest książka, to nie do nas. Wielu blogerów na pewno zrecenzowało ją za pomocą dwóch własnych zdań i blurba właśnie po to, żebyśmy my nie musieli tego robić (ale jesteśmy dzisiaj cyniczni – zaraz wyjaśnimy, dlaczego). Warto jednak wspomnieć, że Shaun Bythell napisał ją na podstawie własnych wspomnień – w zasadzie jest to jego dość starannie prowadzony dziennik z roku 2014 – ściśle umiejscowiony w czasie i przestrzeni, wśród konkretnych ludzi, w konkretnym mieście związanym z konkretnym festiwalem książkowym. Jego antykwariat jest też nieco znany, na facebooku z łatwością go znajdziecie i dowiecie się, jak my teraz, że za 20 minut zamykają (chyba nie zdążymy, kolega zajął teleport i nie chce wyjść), oraz że ma sporo obserwujących. To bycie na widoku publicznym ma swoje wady i swoje zalety.

Shaun w pisaniu książki wspomógł się głównie swoim ironicznym poczuciem humoru i podejściem do ludzi, które najlepiej opisać jako bycie okropnym dla tych, którzy są okropni dla ciebie, rozmieszane starannie z dawką bezczelności. Praca z ludźmi bez wątpienia jest przyjemniejsza, kiedy nikt nie może cię zwolnić za pyskowanie klientom, a ty dodatkowo masz do tego naturalne predyspozycje. To jest całkiem urocze. I zaraźliwe.

***

Lubimy, kiedy książki są zaraźliwe. Ta zaraża też chęcią czytania – jak powstrzymać się o czytania, kiedy czytasz o tak wielu fascynujących tytułach? Problemem może być fakt, że zaraża chęcią czytania czegoś innego, niż ona sama.

***

Wigtown to naprawdę mała miejscowość. Szybko sprawdziliśmy, i według Wikipedii nawet Kiszkowo (woj. wielkopolskie, straszna dziura, właśnie w niej siedzimy) ma więcej mieszkańców. Brakuje nam wiedzy o Szkocji, żeby zrozumieć, jakim cudem w Kiszkowie nie utrzymują się nawet lumpeksy, a w Wigtown utrzymują się księgarnie, ale to musi być intrygujące. Ważne jest to, że w tak małej miejscowości wszyscy się znają, i najfajniejszą, najbardziej uroczą i zabawną częścią książki jest właśnie ta małomiasteczkowość, wszyscy znajomi, którzy wpadają do sklepu, pomagają, przeszkadzają, kupują, tynkują, piją piwo i śpią w sklepie, jak akurat nie chce im się wracać do domu. Wpadają też często znajomi autora, organizatorzy festiwalu i znajomi znajomych ze wszystkich stron świata. Charakter autora zdaje się idealnie pasować do takiego kolektywnego, opartego na bliskich relacjach życia. A jakie to daje pole do popisu dla bystrego obserwatora ludzkich charakterów!

Nie obawiajcie się, do czytania jej wcale nie jest konieczny alkoholizm. Ani chusteczki. Ani nożyk. Teraz zorientowaliśmy się, jak to niepokojąco wygląda.


***

Może to też działać na niekorzyść – nie wiemy, czy to tylko my się czepiamy, ale odnosiliśmy wrażenie, że autor jest bardzo ostrożny w opisach ludzi, szczególnie znajomych, co wypada często dość sztywno. Szczególnie że ma skłonności do powtarzania po wielokroć tego samego – np. jeden z przyjaciół za absolutnie każdym razem jest przedstawiany z imienia oraz jako wytatuowany poganin – obu tych rzeczy dowiadujemy się przy pierwszym spotkaniu z nim, i zaprawdę, starczy powiedzieć raz. Informacje o festiwalu książkowym organizowanym w miasteczku i antykwariacie również są powtarzane po wielokroć i tak sztywno, jakby autor bardzo starał się zrobić im reklamę i nie dodać nic, co mogłoby być uszczypliwe albo nietaktowne. Powtarzanie informacji albo narzekań na Amazon, które nic nie wnoszą,  strasznie nas  męczyło.

***

Amazon – w Polsce sprzedaż książek nie funkcjonuje jeszcze w taki sposób, jak opisuje to Bythell; nasz rynek ma swoje bolączki, ale problem tego, że ludzie kupują wszystko przez Amazon i księgarnie muszą być mu podległe u nas jeszcze nie powstał. Z naciskiem na jeszcze. Ta część nas najbardziej zainteresowała. Daleko nam do strzelania do czytników, ale przyszłość niezależnego, różnorodnego rynku książki bardzo nas martwi i warto poczytać, jak to wygląda gdzie indziej. Wielu może to jednak znudzić albo wydać się takim staruszkowym gadaniem kogoś nieprzystosowanego do nowej rzeczywistości. Tak też może być.

***

Inny lokalny koloryt nam w Polsce niedostępny – autor wspomina, że jego najstarsza książka jest z 1501 roku i wydała go wenecka oficyna Manucjusza. No kurcze, Manucjusz! Dla kogoś, kto wychowywał się na antykwariacie w Bydgoszczy... W Poznaniu nie jest lepiej, może Kraków, Warszawa, są w stanie zaoferować naprawdę stare książki, ale ogólnie ten kraj nie jest szczególnie szczęśliwym miejscem do przechowywania cennych kawałków zapisanego papieru. Zazdrościmy, oglądając jakie książki prezentuje na facebooku Bythell.

***

To nie jest tak, że książka jest nudna. Nie jest też tak, że jest ciekawa. Ot, cały problem – chociaż tematyka jest interesująca, potencjału nie ma. Mamy wrażenie, że tak pamiętnikarski styl nam zupełnie nie leży. Odrobina fabularyzacji by nie zaszkodziła; nasze życie nie jest nigdy aż tak interesujące, jak jego podkolorowana fabularnie wersja. Żeby to dobrze wyjaśnić – czytanie o okropnych klientach albo fajnej relacji ze współpracownikami jest super, ale czytanie o każdej naprawie vana, wyjeździe na ryby, opiniach na Amazonie, pakowaniu wysyłek, odwiedzinach znajomych, wyjściu do kina czy podwożeniu kogoś do miasta jest już na trzeciej stronie strasznie nudne. Szczególnie, gdy ma formę notatek mało refleksyjnych, raczej suchych i notowanych na szybko. Od połowy książki głównie przelatywałam ją wzrokiem, żeby to wszystko pominąć, jeżeli nie jest istotne dla głównego tematu książki.

Brakowało nam w niej porządnego redaktora, który by jednak doradził wywalić trochę z tych suchych faktów, zostawić samo mięso księgarniowe, może dorzucić więcej refleksji na różne tematy albo opisów miasteczka i okolic, wzajemnych stosunków lokalnych – żeby podkreślić klimatyczność miejsca akcji. Brakowało nam też dobrego polskiego korektora, który by poprawił niefortunne sformułowania i literówki.

***

To jest trzecia strona tej recenzji i naprawdę nie powinniśmy tyle pisać o książce, którą się kupuje po to, żeby przeczytać w jeden dzień i natychmiast zapomnieć, ale jednak zmarnowano na nią sporo papieru, więc nie powinniśmy pomijać jej kilkoma znudzonymi frazami.

Podsumowując: to jest całkiem sympatyczna książka, zdecydowanie bardziej na czytnik lub wypożyczona, bo życia zdecydowanie nikomu nie zmieni. Nadaje się na prezent dla praktycznie każdego czytającego, szczególnie gdy zupełnie nie znacie jego charakteru i preferencji. Np. na Wigilię klasową. Albo nagrody książkowe. Może nie sprawdzić się jako relaks, nas nieszczególnie zrelaksowała, raczej zmęczyła, ale to dlatego, że jesteśmy wredni i łatwo się nudzimy. Nie musicie się nas słuchać. Aha, bardzo doceniamy autora za taki pomysł promocji księgarni. Chętnie wpadniemy, jak znajdziemy gdzieś bardzo tanie loty/teleport/dużo pieniędzy na ulicy.

A za książkę musimy podziękować, po pierwsze Bardziej lubię książki niż ludzi,  od której ją dostaliśmy w ramach rozdania na insta, po drugie Piotrowi, na którego adres ją wysłaliśmy, z braku adresu własnego, i sąsiadce Piotra, która ją ostatecznie odebrała od listonosza. Dziękujemy! Zamierzamy puścić książkę w dalsze, ekscytujące przygody, więc jeżeli ktoś z Was jest z Poznania i chce ją dostać, zapraszamy do kontaktu! (Za darmo, musisz tylko się z nami zgadać i przyjść pod akademik. Serio. Książkami chętnie szastamy na lewo i prawo.)

0 Czytaj dalej »

10 sierpnia 2019

Wątki romantyczne a klasyka literatury – skursywiony wybór

0



Obiegowa opinia twierdzi, że najlepszym czasem na zakochanie się jest wiosna (mój kot przytakuje) tudzież lato, gdyż wakacje (koloru blond), plaża, romantyczne i przesączone zapachem potu wieczory w górach, komary tnące w tyłek nad mazurskim jeziorem, i tak dalej (jak informuje nas piosenka popularna). 

Osobiście uważamy, że najlepsza na zakochanie się jest sesja zimowa, bo jest szansa, że dzięki temu będziemy mieli kogoś do przynoszenia nam herbaty na katar i zaoszczędzimy na rachunkach za ogrzewanie. Ale możliwe, że się nie znamy, skoro jesteśmy bezcielesnym kolektywem czytającym książki. 

Przyjmijmy więc bez narzekania, że to upalne, namiętne lato, ponętne za krótkie męskie szorty i prawdziwie kamienne brzoskwinie z biedry zainspirowały nas do czytania i pisania o romansach.

Zebraliśmy 7 książek określanych jako klasyka literatury, bo właśnie takie czytamy najczęściej, z intrygującym, irytującym, wspaniałym, okropnym, dobrym, uroczym albo podobającym się wyłącznie nam wątkiem romantycznym, słowem takim, nad którym myślimy cokolwiek więcej niż "ble" albo "hmmy, może jednak się zakocham, łóżko w akademiku przecież wcale nie jest takie wąskie"*.

0. Na tej liście na pewno nie ma Romea i Julii. 

Wybaczcie, o ile rozumiemy doniosłość motywu dwóch skłóconych rodzin i miłości ponad tym, osobiście uważam taką miłość za nudną i przereklamowaną. A gdzie pościgi, a gdzie wybuchy, a gdzie zdrady. Miłość, która kończy się tak szybko, że kochankowie nie zdążyli się nawet pokłócić, no co to za miłość. Z całym szacunkiem, ten dramat jest dla mnie odpowiednikiem trzymania się za rączki w podstawówce (i śmierci zaraz potem).

Nuuudy.



1. Tristan i Izolda

Ach, jak my byliśmy do tej książki (mitu?) zniechęcani przez popkulturę! Popkultura i obiegowa opinia krzywdziła nas wielokrotnie, ale najbardziej chyba wmawiając nam, że to jakaś urocza historia kochanków i ich Miłości Ponad Wszystko. Obraz ten za to został zupełnie wyzbyty całej miłej atmosfery niemoralności, kłamstwa, oszustw, krzywoprzysięstwa, magii... Czy to nie fascynujące, że mit (możliwe że  biorący swe źródło w mitologii Celtów, czyli stary jak sam świat) o straszliwym fatalizmie, zmuszającym ludzi do ulegania ich namiętnościom, krzywdzenia i niszczenia wszystkiego, co dobre, prowadzący ich w końcu do śmierci, został przetworzony i zapamiętany jako historia o wielkiej miłości? 

Dlaczego tak romantyczna i wdzięczna wydaje nam się historia o zdradzie, czemu kibicujemy kłamliwym kochankom, a nie biednemu Markowi?
(Czytałam gdzieś tezę, że to dlatego, iż udziela nam się średniowieczne prawo, że kobietę bierze silniejszy. Marek okazał się słabszy, pozwolił porwać sobie żonę, więc dla etyki ludzi średniowiecza jej zdrada jest logicznym następstwem. Nie współczuje się słabszemu.)

Każdemu polecam zerknięcie sobie na Tristana i Izoldę z wolnelektury.pl, gdzie w tłumaczeniu Boy'a jest dostępna wersja może nie oryginalna, ale z grubsza zebrana. Jak na standardy dzisiejszych czytelników to jest coś zupełnie nie do czytania, bo długie, fabuła dziwna, bardziej do snucia opowieści niż czytania, ale przecież nie jesteśmy tchórzliwymi czytelnikami, którzy potrafią przełknąć tylko powieści powyżej XIX wieku, co nie?

2. Poganka, Narcyza Żmichowska

Wyryła się w pamięci taka scena z tej książki – nasz bohater o egzotycznym imieniu Beniamin pędzący na koniu w las i wypadający z niego nagle – jak w bajce – przed tajemniczym zamkiem, którego miało tu nie być, a w którym spotyka tajemniczą kobietę... Nie, wcale nie księżniczkę czekającą na swojego księcia, tylko straszliwą femme fatale, pogankę, kobietę, przez którą zrobi wiele złych i szalonych rzeczy, m.in. doktorat... A nie, czekaj, wtedy nie było doktoratów, ale zostanie naukowcem, więc na jedno wychodzi. 

Czy to nie brzmi jak o wiele ciekawsza perspektywa niż mdłe i nijakie księżniczki z wież i innych smoków? Przy okazji – cała fabuła tej niezasłużenie  niemodnej książki to szalony romantyzm w czystej postaci, pisany przez kobietę  i nie jest o męczeńskim narodzie polskim!!! Musicie to przeczytać. Szkoła Wam tego nie da. (PS. Strasznie żałujemy, że nie dane nam jest mieć na imię Narcyza, i imię cudowne, i patronka wspaniała!)

3. Bohun, czyli Ogniem i mieczem

Wszyscy wiemy, że Bohun jest fajniejszy i Halszka popełniła błąd życia. Pomijając już to, jak nudno Sienkiewicz rozstrzyga całą rzecz, każąc Skrzetuskiemu zakochać się tak od razu i nastawiać wielokrotnie głowy dla laski, z którą może dwa razy pogadał. Razi nas to w bajkach Disneya, ale w lekturach szkolnych to niby już można?

Btw, co myślicie o wersji uwspółcześnionej, takiej w odpowiedzi na nasze czasy, w której student z Ukrainy i student z Polski walczą o względy najładniejszego geja na roku, i w którymś momencie odkrywają, że los odgrywa na nich fabułę Ogniem i mieczem i nie mogą w żaden sposób tego przerwać, póki nie odegrają książki do końca? Pisałabym.

4. Pani Bovary

W przypadku tej nieco psychicznej Francuzki fascynuje nas przede wszystkim jej nieszczęście. Wybaczcie, jesteśmy okropni, i o wiele ciekawsze są dla nas miłosne dramy znajomych, niż szczęśliwe, gruchające, nudne parki (dzikie parki są zawsze bardziej obiecujące, np. obiecują wpierdol). Po tej lekturze na długo można sobie wmówić, że celibat i samotność są lepszą opcją, tak do głębi potrafi obrzydzić relacje międzyludzkie swoimi smutnymi, dusznymi romansami, ciężką atmosferą znudzenia i małego miasteczka.



5. Ursul K. Le Guin, Ziemiomorze

Wyjątkowo nie jest to klasyka literatury, więc nie będziemy zdradzać treści, bo bardzo chcemy, żebyście sami przeczytali i się zakochali w tych książkach. Pierwszy wątek romansowy – wielka i zaślepiona miłość skursywionych do Le Guin – widzicie, dlatego skursywieni są fatalną partią i nawet nie mają tindera – bo trzeba by było dzielić się nami z wieloma książkami, a ludzie z jakiegoś irracjonalnego powodu nie rozumieją, że nigdy nie będą tak zajebiści jak Ziemiomorze albo Czarodziejska góra i mają oczekiwania.

Drugi wątek romansowy, który nas intryguje – teksty Le Guin to dla nas chyba pierwszy przypadek zetknięcia się z literackim ujęciem miłości kobiet dojrzałych, starszych, takich, które jakąś drogę życiową już przeszły, ale znów stoją na początku, przed jakimś wyborem. I nie jest to miłość nieszczęśliwa albo uważana za złą, występną, daje odetchnąć od męczącego motywu matki polki albo matrony, która po czterdziestce powinna zająć się wnukami i sukienką do trumny, tudzież opłakiwaniem zmarłego męża. Nie jest też miłością z desperacji. Nie ma tego nieco strasznego dla nas, młodych, wątku szukania miłości ze strachu przed samotnością i śmiercią. 

No my się z tym wątkiem czuliśmy bardzo pozytywnie i nawet bez typowego dla nas prześmiewczego cynizmu, który ukazujemy w reszcie tego wpisu. Czytajcie, warto.

6. Lalka

Lubimy Lalkę. Naprawdę! Lubimy praktycznie wszystkie rozbudowane, długie powieści XIX-wieczne z dobrze opisaną psychologią postaci. Najbardziej oczywiście lubimy studentów z kamienicy Łęckich (i czekamy, kiedy sami zamieszkamy w kamienicy), ale oni nie mają specjalnego wątku romansowego, a przynajmniej nie opisanego. I to niepowetowana strata, bo to byłby ten wątek romantyczny w Lalce, który my byśmy lubili. A tak to dupa. Wszystkie inne są męczące.  

Doceniamy Wokulskiego, oczywiście, ale nikt nie powie, że on nie  jest męczący. Należy więc do tego typu romansów, co Pani Bovary, rzekłabym, antyzwiązkowych i dbających o zmniejszenie przeludnienia na świecie.

7. Cierpienia młodego Wertera

Niesamowicie doceniamy tę książkę! Jak to się udało, że krótka książeczka z nudną fabułą, o emocjonalnie męczącym kolesiu, który zakochał się we własnych fantazjach o zakochaniu (dzisiaj byśmy rzekli, że trochę przegryw) i przez to się zabił stała się czymś, o czym się i dzisiaj mówi, myśli, kłóci, maluje, do czego się nawiązuje i przeżywa po raz kolejny, tworząc z tego tekstu prawdziwy mit, opisujący wiele innych sytuacji i będący prostym hasłem odwołującym do wielu motywów, fabuł i emocji.

 Ja Wertera strasznie szanuję, mimo że raczej nie przeczytam go drugi raz  zauroczyła mnie wrażliwość bohatera i jego postrzeganie świata. Czytajcie go, koniecznie czytajcie, bez uprzedzeń i heheszków, jeżeli macie ambicję patrzenia na kulturę nieco szerzej.



8. Nagroda specjalna – Tadeusz Konwicki. 

Jedyne czytane przez nas po szesnastym roku życia książki, w których omijaliśmy skrzętnie opisy erotyczne, to właśnie książki Tadeusza Konwickiego, który zasłużył sobie u nas na miano najbardziej niesmacznej erotyki klasyki literatury. 

Wiemy, że mało kto się z nami zgodzi, szczególnie że wielu z Was pewnie miało szczęście lub nieszczęście czytać Grey'a lub inne podobne policzki smakowi powszechnemu. Nie spodziewaliśmy się jednak, że na studiach będziemy mieć taki problem jak omijanie w książkach scen erotycznych (tata byłby dumny). 



Wpis ten zaczęliśmy prawie miesiąc temu, gdyż była to praca niezwykle odpowiedzialna i zmuszająca do przypomnienia sobie tych wątków, które zazwyczaj szybko w książkach zapominamy albo wręcz pomijamy.

Próbowaliśmy znaleźć jakąś książkę, która miała po prostu sympatyczny wątek romantyczny, i nam się nie udało, dawajcie w komentarzach swoje propozycje. To niemożliwe, żeby w klasyce były same dziwne/toksyczne miłości!


A wpis ten dedykujemy niektórym naszym znajomym, którzy nam poniekąd i nieświadomie podrzucili temat i klimat – i oni już wiedzą, że o nich mówimy :P




* Jest. Nie mieścimy się tam nawet z własną wybujałą wyobraźnią, co skutkuje regularnymi snami o spadaniu z różnymi skutkami na jawie.

Czytaj dalej »

19 lipca 2019

Pokój z widokiem, Marcin Wilk

0



Pokój z widokiem Marcina Wilka  to książka, wobec której mam ambiwalentne odczucia i umiarkowane zachwyty (co widać choćby po długości recenzji). Nie umiem jej jakoś jednoznacznie skrytykować, bo i po co, jak jest dobra; ale jednocześnie przy czytaniu ciągle miałam uczucie, że ja bym to inaczej rozplanowała, i że niekoniecznie takiej wiedzy się spodziewałam.

Jest to reportaż opisujący ostatnie wakacje przed wojną, wakacje roku 1939. W zamyśle ma przybliżać czas przedwojenny, zestawić beztroskę wypoczynku z grozą wojny, ukazać różne warstwy społeczne II Rzeczpospolitej i ich sposób życia, przypomnieć też urywki z biografii kilku znanych osób. Bohaterami Marcina Wilka są ludzie znani, jak Gombrowicz czy Komeda, jak i zupełnie zwykli, dzisiaj w bardzo podeszłym wieku, a wtedy  dzieci, nastolatkowie, uczniowie kończący szkołę.

Teoretycznie wszystko się w nim udało. Wciąga, jest miłą lekturą na wakacje, a pisze to człowiek, który reportaży nie lubi jakoś bardzo, bardzo (nie mam wielkiej potrzeby ich czytać, skoro fikcją można przekazać to samo - rzeczywistość w stanie czystym jest dla mnie mniej interesująca. Czytam je, gdy chcę się czegoś faktycznie nauczyć o świecie.) Czytało się kilka dni, może bez wypieków na twarzy, ale z zainteresowaniem. To, co przekazać miał, tamtą atmosferę, tamte warunki, wydaje nam się, że przekazuje dobrze.

Kłopot tkwi w szczegółach. Cała książka wydaje nam się taką jakby soczewką, która przybliża nam malutkie wycinki, skrawki, fragmenty ówczesnego życia. A zdajemy sobie sprawę, że nie każdy, jak my, ma maturę z historii i udziela z niej korepetycji, jak i posiada rodziców historyków, trochę literatury historycznej na półce i w głowie, słowem  no nie każdy się na losach międzywojennej Polski zna.  Podejrzewamy, że wielu czytelników ani o Kwiatkowskim nie słyszało, ani za bardzo nie pamięta, jak rozpoczęła się wojna, nie kojarzy politycznych zawiłości tego czasu.

Bez takiej wiedzy, powiedzmy, maturalnej, reportaż traci sporo uroku, gdyż dostajemy skupione, drobne fragmenty zawieszone w próżni politycznej i społecznej. Pojawiają się różne postaci i fragmenty ich życia  wspomniani Komeda, Gombrowicz, Kwiatkowski, Witkacy, garść informacji o ich życiu i przeskakujemy dalej. Tutaj trochę o wsi, tutaj o Gdyni, tutaj o warunkach w Wolnym Mieście Gdańsk, i już przeskakujemy dalej. Bohaterów z grona zwykłych ludzi praktycznie się nie da zapamiętać, bo zanim nam jakoś się zakodują, to już znikają.  Mieliśmy wrażenie, że autor za duży obszar materiału ugryzł, że to musi być takie poszarpane, bo napisać o wszystkim się nie dało  stąd u nas odczucie, że może lepiej, jakby się skupiono na kilku dziedzinach życia albo tylko na życiu sławnych/zwykłych ludzi. Ale może się mylimy.

Jednakże nie mówimy, że reportaż zły. Nam się czytało świetnie. Do kompletu mamy album ze zdjęciami z tego samego okresu, i te zdjęcia uzupełnią świetnie  bo też każde jest z innej parafii. Zebrać to do kupy, mieć podstawy wiedzy  i już można sobie wyobrażać, wizualizować bardzo plastycznie ten, bądź co bądź, fascynujący czas, o którym wiele by można było jeszcze napisać. Autor dobrą robotę zrobił, książkę uzupełniają też przeróżne wycinki z prasy o wypoczynku wakacyjnym  o ośrodkach, cenach, polecanych kurortach, świetny materiał dla tych, co chcą epokę poczuć  i może lepiej zrozumieć.

***

Wyjątkowa sytuacja, że możemy dość zdecydowanie o książce napisać: świetna dla fanów, mniej dobra dla kogoś, kto dopiero zaczyna przygodę z międzywojniem albo chce się tylko troszkę o tej epoce nauczyć, ale jej nie odradzamy.


Czy nadaje się na czytnik? Owszem, ale pod warunkiem, że masz dotykowy; na moim praktycznie nie da się skakać do przypisów, które są w tym reportażu dość istotne!

Czytaj dalej »

20 czerwca 2019

Olga Hund, Psy ras drobnych, prawie recenzja

0



Uwaga, ten tekst może być niestrawny do czytania, bo oryginalnie pisałam go na zajęcia z literatury najnowszej. Nawet po poprawkach jest nieco sztywniacki i nie wyraża do końca mojego chaotycznego podejścia do kwestii własnego stylu. Możecie być lekko rozczarowani albo zupełnie oczarowani tym, że w końcu napisałam coś, co ma wstęp, rozwinięcie, zakończenie i formę prawdziwej recenzji. Będę bardzo wdzięczna za odzew, czy wolicie teksty takie jak ten, czy zwyczajne.

***

Od wydania książki minęło już trochę czasu, można więc zerknąć też na jej odbiór w Internecie. Powszechnym problemem wśród nieprofesjonalnych recenzentów wydaje się traktowanie utworu Olgi Hund jak  relacji ze szpitala psychiatrycznego, mającej na celu pokazanie, że wcale nie jest tam tak ładnie i sympatycznie, jak by wskazywało na to niektóre teksty kultury popularnej; że książka ma pozbawiać złudzeń, których przecież zapewne żaden jej świadomy czytelnik nie ma. I to właśnie niezbyt do mnie przemawia, a najbardziej lubię robić we wpisach zahaczki o takie rzeczy, które nie przemawiają.

Wydaje mi się, że Olga Hund nie stworzyła reportażu; „Psy ras drobnych” to literatura piękna, w pewien sposób poetycka, choć brutalna, wymykająca się prostym i jednoznacznym interpretacjom czy wyciąganiu publicystycznych wniosków. Mimo, że tematów i komentarzy społecznych w niej nie brakuje.

Sama Olga Hund w wywiadzie dla Małego Formatu wspomina, że nie jest to reportaż i nie chce określać, czy w ogóle była kiedyś w szpitalu psychiatrycznym, pisze pod pseudonimem, żeby uniknąć sprawdzania jej życiorysu czy podważania autentyczności jej zapisków. Nie jest to literatura terapeutyczna, mająca pomóc, a raczej taka pozwalająca na rozładowanie napięcia, wyrzucenia z siebie złości i smutku, mówi.

„Psy ras drobnych” to  krótkie teksty, pocztówki, zapisy w dzienniku, długie raz na kilka akapitów, a raz na trzy dobitne słowa („Kurwa, ale nudno”). Wspomnienia z pobytu w szpitalu psychiatrycznym w Kobierzynie. Są one nieuporządkowane, czy może właśnie specyficznie uporządkowane, ale bez dat, bez poczucia upływającego czasu, który w szpitalu staje się raczej trwaniem. Narratorka ma dwadzieścia osiem lat, skończone studia i duże doświadczenie w przebywaniu w szpitalach psychiatrycznych, poczynając od czasów, gdy była dzieckiem i przynosiła potrzebne rzeczy swojej mamie do tegoż samego Kobierzyna (tylko warunki sanitarne poprawiły się po dotacjach z Unii, reszta – cudownie znajoma). Próbuje uporządkować czas, którego nie pamięta, pozbierać wspomnienia z kart wypisowych.

Książka nie skupia się wyłącznie na osobie narratorki i jej problemach z chorobą. One są, ale na marginesie. Nie jest to rozpaczliwy pamiętnik z trudnego okresu w życiu (gdyby był, ta recenzja byłaby o wiele bardziej krytyczna i łatwiejsza do napisania...) Prawdziwą bohaterką są kobiety z całego oddziału, ujęte razem i osobno, składające się na mozaikę problemów, charakterów i wydarzeń. Każda z nich ma własną historię, tę z oddziału i tę wcześniejszą.

Kobiety ze szpitala są społecznymi wyrzutkami, zbieraniną osób dysfunkcyjnych, chorych, zapomnianych. „Właśnie o nich samych mówię, ale o sobie też że nie nazywam się Hund, zmyśliłam to. Mogłabym się przecież nazywać zwyczajniej, jak one [...], ale wtedy mogłaby wam umknąć to nazwisko i zapomnielibyście, a nie chcę zostać całkiem sama.” Przed zupełnym zapomnieniem, zatarciem ich śladów w świecie i świata w nich samych, ratują je totemy, drobne rzeczy, które są wartościowe tylko dla nich samych: „Gdyby nie papiery [...] i gdyby nie ich drobne przedmioty: łyżka ze stołówki, modlitewnik, zdjęcie dwóch yorków wyszarpane z gazety [...] wyprana siata reklamowa, złożona równo – nikt by nie pamiętał, że te kobiety, które dzisiaj są tutaj, w ogóle żyły”.

Szpital przedstawiony jest specyficznie, jakby przez grubą warstwę waty, przez pryzmat otępienia spowodowanego lekami. Narratorka opisuje nieludzkie traktowanie pacjentek, ich problemy, krzyki, jęki, płacz, maniakalne zachowania, złe warunki życia, ale dochodzi to do nas w formie jakby zniekształconej, groteskowej. Czujemy się nieswojo, z jednej strony czytając, że jedna z pacjentek siedzi pod gabinetem pielęgniarek i miarowo zawodzi przez cały dzień, żeby ją wypuszczono, z drugiej strony dostające ten opis w stanie suchym i bez emocji. Nie wiemy, czy mieć łzy w oczach, czy nie. Przejmować się czy nie? Wszystko jest nieco groteskowe, też wygląd pacjentek – zaniedbane przez brak odpowiedniej higieny w szpitalu, przez niszczące zdrowie leki, ubrane w dziwnie dobrane elementy piżam, szlafroków, kapci.



Szpital stanowi u Hund małą, zorganizowaną społecznością o dużym poczuciu przynależności, jednocześnie opartą na skomplikowanych wzajemnych uczuciach –  od litości do nienawiści. „Nowymi trzeba najpierw gardzić, potem ich przyzwyczajać i opalić z ostatniej fajki. Potem można zacząć lubić, ale na chwilę, do pierwszej kłótni” – tłumaczy narratorka zasady życia. Opinię o nowo przybyłych wyrabia się na podstawie tego, czy przybyli karetką, czy taksówką, i czy taksówkarz był przystojny. Dziwna i osobliwa jest ta wspólnota ludzi chorych, targanych sprzecznymi, absurdalnymi i silnymi emocjami wywołanymi chorobą, trudna do uchwycenia i jednoznacznego opisu.

„Wchodzę na oddział i słyszę smutne wycie. Ekstra, myślę, to tak tu będzie teraz, kurwa, codziennie, ale przecież nie powiem autystce Gosi, że ma zamknąć mordę” – kipi złością narratorka, pojawiając się w szpitalu, ale jej podejście do innych chorych dalekie jest od nienawiści. Przypomina raczej współczucie, pewną tkliwość, przeplataną momentami antypatii, ale pełną zrozumienia i poczucia wspólnoty. „Po chłodnej podłodze przechadzają się już pierwsi wybudzeni pacjenci, tak krusi, jakby przypłynęli tu na liściach nenufarów” – pisze, zaskakująco poetycko, by zaraz opisywać wzajemną niechęć pacjentów do siebie, wyzywanie się i budowanie poczucia własnej godności kosztem innych, którzy mają gorzej. Pacjenci domagają się izolatki dla ciężkich przypadków – „A może to instynkt? Jak zwierzęta odganiające ze stada śmiertelnie chore osobniki, i my chcemy pozbyć się umierających i najciężej chorych.” – bez sztucznie kreowanego współczucia zastanawia się narratorka.

Przede wszystkim jednak Olga Hund pisze o społeczeństwie, w którym kobietom przyszło żyć, i którego opresyjność i patologiczność doprowadziły je do szpitala. Choroby psychiczne nie są w „Psach ras drobnych” romantycznymi, „literackimi”, przypadłościami wrażliwych poetów i kobiet-wiedźm. „[Ludzie] Myślą też, że na oddziałach psychiatrycznych znajdują się tylko seryjne morderczynie, wiedźmy, mówiące językami szeptuchy.”

Na fatalną sytuację kobiet w szpitalu wpłynął też świat, w którym żyły, który odrzucał je i niszczył. „większość dziewczyn na oddziałach nie jest aż tak szalona, i pamięta, co robili im ojcowie, wujkowie, mężowie, matki, co robił im Kościół, ZUS i rynek pracy.” Sytuacja ekonomiczna i społeczna, przemoc domowa, dysfunkcyjne rodziny, wszystko to, co czeka za murami szpitala, jest, jak się zdaje, głównym  i najbardziej palącym dla Olgi Hund tematem. Opisuje kobiety z traumatyczną przeszłością, kobiety chore i zupełnie niezrozumiałe. Z fragmentów opowieści, które one snują, wyczytuje się ich losy. „ Waldek mówił też Wiolce, że do szpitala z lenistwa poszła, choć sam zawezwał karetkę, jak już odciął jej pasek. [...]Wiola natomiast uwierzyła, że jest leniwa i teraz lekarzy przekonuje, że zachorowała z lenistwa.”, wspomina narratorka. A w innym miejscu opowiada o Karolinie i jej relacji z zięciem: „I drze się, że życie bez niej byłoby zajebiste [...] I że teściowa to ma gdzie indziej mieszkać, a nie z córką i zięciem bo to rodzinę demoralizuje. Na Cmentarzu Batowickim powinna mieszkać”. Czyż to nie jest przeokropne? A to tylko kilka zdań, sprawnie i minimalistycznie nakreślone kilkadziesiąt akapitów, 117 stron.

Inna bohaterka, Ania, odtwarza ciągle przerażający cykl pracy w korpo „mówi, że załatwia ważne rzeczy i od niej zależy powodzenia projektu”, jest perfekcjonistką, szamoce się i biega nerwowo, a potem siedzi kilkanaście godzin bez ruchu.

Szpital jest „antyarką” załadowaną „smutnymi i samotnymi kobietami, kobietami o fatalnej kombinacji genów, kobietami przeznaczonymi do wyginięcia. Antyarka nikogo nie ratuje i donikąd nie zmierza.” 
I ten cytat chyba najbardziej ruszył mnie emocjonalnie, na tyle, że jak już się przeprowadzę, to wyląduje u mnie na ścianie, żeby straszyć współlokatorki (razem z  wierszem o Holocauście). Leczenie psychiatryczne – u Olgi Hund –  nie ma  nikomu pomóc, a jedynie wyjąć ze świata i czasu, zebrać te wszystkie odrzucone i dysfunkcyjne jednostki w jednym miejscu, w nadziei, że może „wymrą” w nich te choroby, te nieszczęścia. „Szpital to wczasy dla smutnych dzieci. Żeby wszystkie były w jednym miejscu” – wyjaśnia na początku książki narratorka, i ta pesymistyczna, pełna rezygnacji metafora, rozwija się dalej, pokazując pacjentów jako chore, marudne i rozczarowane dzieci, szpital jako miejsce najmniej skupione na leczeniu – jak leczyć lekami coś, co wynika z samych głębin naszych rodzin, naszego państwa, systemu społecznego?

„Psy ras drobnych” to książka, która nie rozczarowuje, chyba że faktem, że tak szybko się kończy. Ja bym czytała więcej. Olga Hund pisze naraz książkę niezwykle uniwersalną, jeżeli chodzi o opis chorych psychicznie, oraz zawieszoną tu i teraz, komentującą rzeczywistość, jeżeli chodzi o opisywane historie i relacje. Książkę smutną, ironiczną, łagodną, absurdalną, pełną empatii i złości, a dla mnie najlepszą książkę o szpitalu psychiatrycznym, jaką czytałam. Jak wiecie, nie oceniam książek, raczej też ich nikomu nie polecam i nie odradzam, nie nadaję gwiazdek i zupełnie nie umiem wbić książki w punktację od 1 do 10, ale jeżeli po przeczytaniu tego tekstu nie czujecie się zachęceni, to znak, że coś źle napisałam. Idźcie i czytajcie!

***
Jeżeli się Wam podobało, tradycyjnie zapraszam na instagrama, gdzie ciągle piszę głupoty, i facebooka, gdzie czasami piszę coś mądrego. 
Czytaj dalej »

8 czerwca 2019

Zapowiedzi wydawnicze na lato

0




Czytelnicy! Rzadko robię zapowiedzi, bo to roboty huk, a mało kreatywnej; książki, które chcę przeczytać, znajduję w księgarniach, jak już wyjdą i metoda ta jest dobra, jako że w księgarniach naprawdę bywam. Ponadto w kręgu moich zainteresowań są też książki stare, starsze i starszawe, niekoniecznie nowości, tu, teraz, natychmiast. Ale miałam natchnienie, to napisałam, zdarza się. Od razu na całe lato, bo w lecie zazwyczaj dużo nie ma. Jak mi coś nowego wpadnie, to będę aktualizować na Instagramie ^^

PS. Dzisiaj praktycznie nie ma zdjęć, bo mój laptop już nie wyrabia ze starości, a na dodatek ciągle traci połączenie z internetem. 



Jacek Dehnel, Ale z naszymi umarłymi, Wydawnictwo Literackie

"Do Europy — tak, ale razem z naszymi umarłymi”, pisała Maria Janion. Ta myśl stała się punktem wyjścia powieści Jacka Dehnela, w której trochę śmieszno, trochę straszno, a na pewno bardzo aktualnie.
W pewnej krakowskiej kamienicy mieszka cały przekrój polskiego społeczeństwa. W tym Kuba i jego chłopak, Tomek. Kuba jest dziennikarzem. Wraz z ekipą telewizyjną trafia na cmentarz w Cikowicach pod Bochnią, skąd napływają informacje o napadach na groby i wykradzionych ciałach. Nie byłoby w tym może nic aż tak niezwykłego, gdyby nie jeden zagadkowy szczegół — nagrobne płyty zostały rozbite… od środka.
I wtedy zaczyna się prawdziwe literackie szaleństwo! Kolejny cud nad Wisłą? Próba mająca zjednoczyć naród? Polska w ferworze! Medialna gorączka, polityczne oskarżenia i społeczne nastroje, od paniki po euforię. Tymczasem sytuacja stopniowo wymyka się spod kontroli… Bo są na świecie rzeczy, o których nie śniło się czytelnikom.

Będę szczera, że skusił mnie tytuł. I przypomnienie sobie, że tytuł jest od Marii Janion tylko poparł moją tezę, że jestem stworzona do czytania Marii Janion, mimo że jak na razie czytałam tylko „Wampira”. Bez tytułu książka Dehnela jest mniej kusząca, ale nadal na tyle, żeby mieć ją na czytniku.

Tommy Orange, Nigdzie indziej, Zysk i s-ka

"Nigdzie indziej" to wielopokoleniowa opowieść o przemocy i regeneracji, pamięci i tożsamości, jak również pięknie i rozpaczy, które wplecione są w dzieje rdzennych mieszkańców Ameryki.
Tommy Orange opowiada historię dwunastu postaci, z których każda ma swoje powody, by wybrać się na wielki zjazd plemienny w Oakland. Jacquie Czerwone Pióro od niedawna znowu nie pije i usiłuje powrócić na łono rodziny, którą niegdyś porzuciła. Dene Oxendene stara się poskładać swe życie na nowo po śmierci wujka i przybywa na zjazd, aby pracować na rzecz indiańskiej społeczności i w ten sposób uczcić jego pamięć. Opal Viola Wiktoria Niedźwiedzia Tarcza przychodzi na stadion, by obejrzeć występ swego siostrzeńca Orvila, który nauczył się tradycyjnego indiańskiego tańca, oglądając materiały wideo na kanale YouTube, a teraz po raz pierwszy chce go wykonać podczas zjazdu przed publicznością. Ten imponujący spektakl odwołujący się do uświęconej tradycji będzie więc okazją do wzruszających pojednań. Stadion w Oakland stanie się również widownią wydarzeń, w których wyniku naród indiański poniesie wielkie ofiary, znów wykaże się heroizmem i dozna niewypowiedzianej straty.
Oto głos, jakiego nigdy wcześniej nie słyszeliśmy, głos nabrzmiały poezją i pełen pasji. W tej kapitalnej powieści, która bierze się za bary ze złożoną i bolesną historią, ze spuścizną piękna i głębokiej duchowości, a także z plagą uzależnień, przemocy oraz nadużyć i samobójstw, Tommy Orange pisze o rdzennym Amerykaninie osiadłym w wielkim mieście. Na przemian pełna niepohamowanej wściekłości i gniewu, zabawna i poruszająca aż do głębi serca, pierwsza powieść Tommy’ego Orange’a jest zdumiewającym i wstrząsającym zarazem portretem takiej Ameryki, jaką bardzo niewielu z nas kiedykolwiek widziało.

Lubię w zapowiedziach spisywać książki na tematy zupełnie dla mnie nieznane i nieczytane, żeby w chwilach kryzysu czytelniczego wypływać na nieznane wody, a nie kupować kolejną beenkę.

Shaun Bythel, Pamiętnik księgarza, Wydawnictwo Insignis

Pewien młody Szkot pod wpływem impulsu przejmuje podupadły antykwariat i postanawia rozkręcić ów bez wątpienia niełatwy interes. Jak się okazuje, decyzja ta wywraca jego życie do góry nogami.
Sto tysięcy wolumenów, półki po sufit, labirynty korytarzy, a wszystko to w pięknym miasteczku nad morzem. Raj dla miłośników książek? Cóż, prawie...
Na szczęście Wigtown okazuje się mekką festiwali literackich, więc Shaun ma sporo szczęścia, stawiając wszystko na jedną kartę. Shaun Bythell nie szczędzi ironicznych uwag sobie, swoim ekscentrycznym pracownikom, odpłaca się pięknym za nadobne namolnym klientom, nie zostawia suchej nitki na pewnym sklepie internetowym („Jak ja, k****, nienawidzę Amazona!”), a popularne czytniki radzi czym prędzej spalić w piecu. Najciekawsze okazują się jednak jego poszukiwania tytułów, które chce postawić na półkach swojego antykwariatu. Bythell – niczym prawdziwy łowca skarbów – wyrusza do najodleglejszych zakątków Zjednoczonego Królestwa: do starych domów i domów aukcyjnych; poleca książki (zarówno zapomniane klasyki, jak i nowe odkrycia) i odmalowuje uroki małomiasteczkowego życia.

Czy to nie brzmi jak i d e a l n a książka do leżenia w schronisku/na działce u kumpla/w poznańskim akademiku z bosymi stopami na stole, popijania bananowego mate i afirmowania życia?

Carl Frode Tiller, Początki, Wydawnictwo Poznańskie

Hipnotyzujący portret destrukcyjnego idealisty.
Ilekroć zdarzało mi się fantazjować o tym, że z sobą kończę, wyobrażałem sobie uroczysty, rytualny wręcz czyn – w tym list pożegnalny, garnitur i ważne dla mnie miejsce. Dlatego ostatnią moją myślą, która przyszła, gdy w nagłym ataku paniki próbowałem ostro skręcić, było to, że mogłem trochę bardziej się postarać.
Historia Terjego musiała skończyć się samobójstwem. Przez całe życie tłumił swoje uczucia, był ironiczny i szorstki, a naturę rozumiał lepiej niż innych ludzi. Carl F. Tiller stopniowo cofa się do coraz wcześniejszych wydarzeń i wnika w psychikę swojego bohatera, by stworzyć fascynujący obraz jego dramatu egzystencjalnego i walki z wewnętrznymi demonami.

Carl Frode Tiller, analizując duchowe pejzaże lodowatej Północy, konstatuje bezlitosny fakt, z którym już dawno powinniśmy się zmierzyć: kiedy coś w przyrodzie umiera, umiera też coś w człowieku. A wtedy umiera i sam człowiek...
Sebastian Musielak

Początki to przenikliwa diagnoza dysfunkcyjnej rodziny i kryzysu więzi międzyludzkich nominowana do Nagrody Rady Nordyckiej i Nagrody Norweskich Krytyków Literackich.
Fascynująca kompozycja, czarny humor, poruszające sceny, psychologiczna głębia i poetycki sznyt.
„Aftenposten”

Taak, więcej książek o depresji i nieszczęsnych stanach umysłu. Mam już w planach kupieniowych Bladego Króla i Serotoninę, a na zaliczenie na studia piszę recenzję Psów ras drobnych. To musi być miłość.

Tomasz Pindel, Historie fandomowe, Wydawnictwo Czarne

Kręcą ich kosmiczne pojazdy i wielościenne kostki. Doskonale znają odzywki elfów i hobbitów. Przebierają się za postaci z japońskich kreskówek. Posługują się swoim żargonem, prowadzą hermetyczne dyskusje w sieci i w realu. Spotykają się na konwentach. Ludzie z zewnątrz na członków fandomu patrzą z nieufnością, a często nawet z pobłażaniem.
Tymczasem fandom, a dziś raczej fandomy, to niezwykłe środowisko zrzeszające tysiące ludzi, którzy mają swoje pasje i traktują je naprawdę poważnie.
Oto książka o polskim fandomie fantastycznym: wielkim ruchu miłośników literatury, kina, komiksu, gier, którego początki sięgają zamierzchłych czasów PRL-u. Oto opowieść nie tyle o kontrkulturze – ile o alterkulturze, o trzecim obiegu, o ludziach, którym się chciało i chce nadal, o środowisku dynamicznym i twórczym, niesłusznie niedocenianym. Bo przeciwieństwem fana nie jest antyfan. Przeciwieństwem fana jest osobnik obojętny.

Jestem zainteresowana, bo fandom to dla mnie coś tak zmiennego, płynnego, że nie da się tego w książce opisać inaczej niż historycznie. Może się mylę. Sama niby jestem trochę w środowisku, niby nie jestem; niby jeżdżę na konwenty, ale czy się interesuję, czy po prostu spotkania fanów czytania nie odbywają się przy piwie, tańcach i śpiewie w ruinach dawnej twierdzy, i przez to są o wiele mniej kuszące?

Pizza Polska (powieść kolaboratywna) GrUpKa (Marcin Barszcz, Weronika Kapusta, Ewa Kaleta, Karolina Bonarska, Aleksandra Wójcik, Kazimierz Fajfer) Korporacja Ha!art

Polska to jest wielka rzecz. Tak wielka, że aż łatwo zapomnieć, że rzecz pospolita. Pospolita, jak przybyła z ziemi włoskiej do Polski pizza, którą solidarnie jedzą wszyscy: mieszkańcy blokowisk i luksusowych osiedli, rodzice i dzieci, normalni i dziwacy. W ciągu jednego dnia pracy główny bohater Pizzy Polskiej spotyka ich wszystkich. Jego przygody, trochę śmieszne, trochę straszne, a trochę smutne są papierkiem lakmusowym, którym sześcioro autorów sprawdza stan naszego społeczeństwa. 

„Stendhal porównał kiedyś powieść do zwierciadła wędrującego po gościńcu. My myślimy podobnie, ale nasze zwierciadło jest nieco krzywe, niesione przez dostawcę pizzy i nie zatrzymuje się na drodze. Ono zagląda do naszych domów”.

O Autorach: Młodzi, obiecujący, fot. Julia Skrzyńska


Ta książka już wyszła, ale muszę o niej wspomnieć, bo to jeden z tych projektów, które budzą mój wielki entuzjazm. Po pierwsze, to liberatura, świetna rzecz! Po drugie, młodzi twórcy, dodatkowo zgrupowani, współpracujący, organizujący się. Po trzecie – komentarz młodych odnośnie współczesnej Polski, w ogóle, tego co tu i teraz, a więc też bardzo wokół mnie. Jedną nogą siedzę zawsze gdzieś w historii, ale drugą nogą właśnie w takich projektach. Czekam na jakieś recenzje, bo sama sobie raczej nie kupię (...na czytnik się nie da...)

Marcin Wilk, Pokój z widokiem. Lato 1939, Wydawnictwo W.A.B
Współczesne lato to przede wszystkim wakacje. W przedwojennej Polsce lato odróżniało się od innych pór roku tylko tym, że było cieplej.
Podróżowali oczywiście artyści, literaci, dziennikarze, a kurorty z roku na rok stawały się coraz nowocześniejsze (tak jak modernizowała się Polska). Ale nie wszędzie było tak kolorowo. Na wsi o wakacjach się nie marzyło. Krucho z marzeniami było także w województwach wschodnich, dziś określanych mianem Kresów.
Opisując ostatnie przedwojenne lato, Marcin Wilk zajrzał do Zakopanego, spędził trochę czasu w Gdyni, przyjrzał się Zaleszczykom, ale przede wszystkim zboczył z popularnych tras turystycznych. Przemierzając tereny Polski przedwrześniowej, postanowił dotrzeć do żyjących świadków epoki i wysłuchać ich opowieści o ostatnich tygodniach życia w pokoju.
Obrazy pamięci wzbogacone wycinkami z prasy i dokumentami epoki złożyły się w mozaikę o codzienności na moment przed apokalipsą.

To również książka letnia, wakacyjna, do leżenia i bycia przegrzanym, i zbierania anegdotek do opowiadania na korkach z historii. Międzywojnie to bardzo wdzięczna dla mnie epoka, i lubię czytać o tamtym świecie, zupełne bajkowym, bo już nieistniejącym, stojącym w cieniu wojny i niewyobrażalnych zmian.

I co, widzimy gdzieś punkty styczne z tym, co sami będziecie chcieli zdobyć w tych letnich wakacjach? Dzięki czytnikowi mam teraz o wiele większe możliwości kupowania i przerabiania książek, więc mam nadzieję na intensywne lato i porządne czytanko :3

Czytaj dalej »

29 maja 2019

Czytnik - wrażenia po pierwszym miesiącu (i 11 książkach)

0



Kiedy pytają mnie, czemu nie Kindle, odpowiadam, że nie wiem. Kupując elektronikę, wychodzę z założenia, że przede wszystkim muszę z tą technologią dobrze się czuć. Bardzo nie lubię też poczucia, że muszę kupić rzecz idealną, najlepsza, najtańszą, z największą liczbą funkcji, najzajebistszą, bo inaczej to klapa i wieczne niespełnienie. Ignoruję takie myślenie i kupuję rzeczy wystarczająco dobre albo akceptowalnie dobre i akceptowalnie tanie. Nie jestem gadżeciarzem.

Kupiłam więc PocketBooka, bo właśnie taki czytnik pewien czas temu pożyczył mi dobry ziomek, gdy leżałam smętnie w chorobie i nie miałam siły iść do biblioteki po lektury na studia (takie nieszczęście chorowania – czytasz tak dużo, że ciągle musisz chodzić do biblioteki, i jesteś po tym tak osłabiony, że chorujesz dłużej, więc czytasz jeszcze więcej, i...).

Mój PocketBook, dalej określany jako Czytniczek, to Basic Lux 2. Ma 6 cali ekranu, podświetlenie i nie jest dotykowy. Cenę szybko wyrzuciłam z pamięci, ale nie dochodziła do 500 zł. Rozmiar i wagę ma dla mnie idealną, trzymam go zawsze jedną ręką, mieści się do tylnej kieszeni dżinsów i przedniej ortalionu. Nie ma porządnego pokrowca, na razie jako wyrodna i niebogata właścicielka noszę go w dziwnej saszetce rodem z PRL–u, która jest bardzo retro i alternatywna, ale wymaga dużo ostrożności. Co do podświetlenia, to chciałam bez, ale ma jedną ogromną zaletę – można swobodnie czytać na wykładach, kiedy profesor przygasza światło przy prezentacji.  To zdecydowanie zmieniło moje życie na lepsze. A jego świecenie nie odbija się na twarzy, w odróżnieniu od telefonu, co dla skrytoczytaczy z ostatniego rzędu też jest niezwykle istotne. Bateria trzyma godnie, ładowany chyba tylko dwa razy, a ja przecież bardzo dużo czytam.

Wbrew pozorom, brak dotykowego ekranu to nie jest duży problem. Ja dopiero jakieś dziewięć miesięcy temu przesiadłam się na dotykowy telefon, więc przestawić się było bardzo łatwo. A obserwowanie wszystkich twoich znajomych, którzy w głębokim szoku stukają w ekran i krzyczą „Jak to nie dotykowy?!” jest miłym akcentem każdego dnia.

Jak widzicie, czytnik uczy, czytnik bawi.


Tak wygląda mój retro pokrowiec

Czy dzięki Czytniczkowi czytam więcej, lepiej, szybciej?


Wielkim plusem czytnika jest przede wszystkim to, że mam go zawsze ze sobą – jak żel antybakteryjny czy chusteczki, stał się czymś zabieranym nawet na nocne picie. Staram się wyrobić sobie odruch, żeby w chwilach nudy albo rozproszenia sięgać po niego, a nie po telefon (social media mnie zazwyczaj nudzą, książki nigdy, ale wiadomo – łatwiej i bardziej odruchowo odpala się fejsa).

Nie wpływa to na moje ogólne tempo czytania, gdyż jako student czytałam, czytam i czytać będę dużo. Na czytniku przeważają moje książki na zajęcia, tomiki poezji, teksty krytyczne. Czyta się je łatwiej i milej, bo nie muszę już targać tylu tomów z biblioteki. Ale nie zawsze to działa. Gdybym miała teraz staropolkę, targałabym tak samo dużo. Miałam wyczucie i kupiłam czytnik akurat teraz, kiedy mam literaturę najnowszą, a profesor jest kochany i wszystkie lektury wysyła w wersji elektronicznej. Czytnik pomaga w edukacji dopiero na trzecim roku, chyba że lubisz czytać paskudnie skserowane beenki w pdf.

Czytniczek za to ładnie wpływa na moje czytanie książek „dla siebie”, tych, które są oddechem po zajęciach i cichym przypomnieniem, że poza Gombrowiczem, Masłowską, „Małą apokalipsą” i Herbertem mam też jakieś własne zainteresowania książkowe. Kupiłam bardzo porządny zbiór opowiadań Ursul K. le Guin „Rybak znad morza Wewnętrznego”, który normalnie jest klocem rozmiarów naprawdę nieprzyzwoitych. A przecież opowiadania są stworzone do tego, żeby czytać je po jednym, w okienku, w momencie nudy, w wyrwanej życiu chwili na relaks. W tym samym czasie kupiłam dwie Tokarczuk, które tak samo kocham, i też są opowiadaniami, ale jednak stoją nieprzeczytane. Tak, czytnik bardzo pomaga rozwijać swoje czytelnictwo w momencie, gdy masz mało czasu wolnego, dużo się przemieszczasz i jeszcze nie masz prywatnego androida do noszenia za tobą książek.

Co mnie zaskoczyło – w ogóle nie pojmuję Czytniczka jako kolejnej elektroniki. Poza tym, że ciągle nadaję mu ludzką tożsamość (u mnie to rodzinne, nic nie poradzę), traktuję go jako zupełnie odrębną kategorię rzeczy. Laptop, telefon często mnie wnerwiają i mam potrzebę odłożenia, poczucie osaczenia. Czytniczek nie żre dużo prądu, nie świeci się agresywnie i nie ma internetu, reaguje dość wolno i w jakiś sympatyczny sposób przypomina mi nie tak dawne czasy, gdy mój telefon nie wydawał się bardziej inteligentny niż ja i miał guziki, a nie miał internetu, albo gdy nawet mój stary komputer nie miał internetu, bo mieliśmy wykupione 10 godzin miesięcznie. Gdy nie trzeba było co wieczór podłączać wszystkiego do gniazdek, i gdy nocując ziomków nie musiałam wyciągać im drugiego przedłużacza, bo gniazdek zabrakło na te wszystkie słuchawki, laptopy, telefony i powerbanki.

Żeby nie było, nie narzekam na obecny stan swojej domowej technologii, bo gdybym chciała, to bym jej nie miała – raczej o to, że ludzie, którzy bardzo nie lubią mieć nadmiaru technologii, raczej nie poczują się czytnikiem zirytowani. To jednak co innego.

A tak czasami wyglądam ja


Nadal kupuję papierowe książki


Kupienie czytnika nie spowodowało, że przestałam kupować książki papierowe, ani że uznałam, że kupowanie ich to tylko kwestia sentymentu. Nie, raczej nie wącham książek, chociaż lubię zapach i pleśni, i farby drukarskiej (bądźmy szczerzy, odwiedziny w drukarni to najlepszy haj w życiu). Staram się nie podchodzić naiwnie-sentymentalnie do książek. Chyba jeszcze o tym nie pisałam, ale dla mnie książki są przedmiotami codziennego użytku i pracy, których się po prostu używa – brudzi, niszczy, notuje na marginesach, gubi w kącie, i który się po prostu produkuje i kupuje – dla pożytku, rozrywki albo bez sensu. Jestem człowiekiem, który spokojnie robi notatki na marginesach i odrywa okładkę, jeżeli jest zbyt zniszczona. Czemu mamy książkę traktować jak artefakt, skoro to jest to samo, co plik w pdf, przekazuje to samo?

No właśnie, i tutaj wchodzi problem, że książka to nie zawsze plik w pdf. albo epub. Zupełnie inną kategorią są książki artystyczne, książki zabytkowe, historyczne albo po prostu zajebiście złożone i wydane. Posiadają one dla mnie niejako dwie składowe „treści” – myśl autora i myśl artysty, składacza czy redaktora. Istnieje wiele książek, których układ, okładka czy różne rozwiązania graficzne to czysta poezja. I zazwyczaj nie mają napisane na okładce czegoś w typie „Najlepiej złożona książka w tym roku!” czy „Książkę składał najlepszy składacz w Rzeczpospolitej”. Póki nie znajdziemy na półce i nie obmacamy, nie przepuścimy przez naszą estetykę, to nie wiemy.

Z tego samego powodu nie kupuję też książek przez internet. Toć to branie kota w worku! A jak będzie za mały font? Za wąski margines? Źle sklejona okładka? Niewygodny format? Olaboga. Trzeba iść do księgarni obmacać, a jak już jestem, to może kupię...

Podsumowując ten mocno publicystyczny wywód – jeżeli cenisz estetykę książki, skład, okładki i klejenie, to kupienie e-booka zabierze ci połowę zabawy i radości. Czytnik po prostu kastruje książki, zostawiając samą treść. Trzeba być na to gotowym. A do tego, nie wiem jak inne, ale mój kompletnie nie ogarnia dzielenia wyrazów. Ani wdów i bękartów. Chamsko zostawia pojedyncze wersy na górze strony i człowiek dochodzi czasami do ponurych wniosków, że skoro ludzie to czytają i nie widzą, to cała nasza praca jako składaczy jest diabła warta. :c

A tak wygląda Riba. Teraz wiecie o nas wszystko.


Kolejna wada, która wynika z mojej specyfiki użytkowania towaru typu książka – niestety, Czytniczek skrzętnie skrywa, co akurat czytam i co w ogóle czytam. Wychowywałam się w domu, w którym książek było zdecydowanie więcej niż czegokolwiek innego, i widokiem naturalnym, wręcz kojącym, jest dla mnie r e g a ł. R e g a ł  to trochę styl życia. Gdy wchodzę do kogoś do mieszkania, kto też jest skażony r e g a ł e m, przeglądam jego księgozbiór zupełnie bez skrępowania, zakładając, że mogę swobodnie rozpocząć zachwycanie się, komentowanie i wyciąganie książek, które chciałabym sobie obmacać, jak i entuzjastyczne sprowadzić rozmowę na literaturę.

Mój własny, chwilowo przebywający w sferze niefizycznej, r e g a ł jest moją dumą i troską, moim ulubionym dzieckiem (nawet przed studiami), moją wizytówką, CV i duszą. Nawet jeżeli chwilowo trzymam duszę pod łóżkiem, to nadal jest mniej ukryta niż gdybym trzymała ją na czytniku. Oczywiście, nie każda książka jest składnikiem duszy. Ale czy da się tak na pierwszy rzut oka poznać, która nadaje się na czytnik, a która ma zagwarantowane dożywotnie miejsce na r e g a l e? Otóż nie tak łatwo, i już miałam ten problem dobre trzy razy. Na miesiąc!

A więc, jeżeli chcemy dobrze dobrać książki na czytnik, musimy przefiltrować je przez: artystyczna/zwykła i regałowa/nieregałowa, i sama definicja jest kłopotliwa, a co dopiero rozstrzyganie problemu, gdy książka jest artystyczna i nieregałowa albo regałowa i zwykła.

Cóż... Czytniczek to świetny wynalazek, dobry ziomek, z gatunku tych, co zawsze mają pigwóweczkę w lodówce, nie jest tak straszliwie drogi i pomaga w życiu i w czytaniu. A poza tym jest małym zdrajcą, dodaje człowiekowi kłopotów natury etycznej i jest zupełnym ignorantem w kwestiach edytorskich. Mam nadzieję, że bardzo wam pomogłam w podjęciu decyzji czy kupować, czy nie :D

Zapraszam na mojego instagrama, gdzie publikuję bardzo dużo przypałowych materiałów o tragicznym życiu smutnego filologa polskiego xD Oraz na facebooka, gdzie publikuję mniej, ale za to staram się rozpowszechniać wydarzenia związane ze slamami i kulturą w Poznaniu. 


Czytaj dalej »

Copyright © Szablon wykonany przez Blonparia