7 października 2018

To nie jest recenzja "Władcy Pierścieni"




Próba zrecenzowania tego wiekopomnego dzieła byłaby dowodem jedynie mojej pychy i zaślepienia, które nie przystoi adeptowi sztuk humanistycznych ani adeptowi żadnej nauki w ogóle. Pycha i przekonanie o sile własnych sądów jest cechą głupców, a nie mędrców, moi drodzy. Za dużo o „Władcy Pierścieni” i jego twórcy już napisano; jest nawet na moim wydziale fakultet w tej tematyce. Cokolwiek spróbuję Wam powiedzieć, będzie za mało, za płytko i za słabo, lepiej więc przekażę Wam tylko część własnych przemyśleń i spostrzeżeń – i o książce, i o sobie, a głównie o indywidualnym odbiorze. Zaznaczam z góry, że specjalnie się tolkienologią nie zajmowałam, bo uważam to za dział nauki tak obszerny, że liźnięcie go jedynie jest dla niego obrazą, a poznanie wymaga studiów zbyt obszernych jak na moje możliwości. W skrócie: prawdziwe teksty o „Władcy Pierścieni” czytajcie u Tolkienowych fanów, mi dajcie napisać od serca, co myślę.

Każdy czytał, oglądał albo słyszał o „Władcy Pierścieni”. Nie da się praktycznie funkcjonować w naszej kulturze bez podstawowych informacji o Pierścieniu, jakby co najmniej funkcjonował w naszym własnym uniwersum, i zniszczenie go było dla nas żywotnym problemem (czy Tolkienowi przypadkiem nie udało się wcisnąć w myśl naszego świata mitologię swojego własnego świata?). Sama jako dziecko pamiętam teczkę mojego taty z wizerunkiem Pierścienia ze świetlistym napisem, wyrytym mocno w mojej pamięci. Pamiętam jakieś określone sceny z filmów, które oglądałam po milion razy na malutkim ekranie. Pamiętam doskonale, że moja mama zawsze najbardziej lubiła Legolasa i zarażała mnie sympatią do elfów w ogóle. Jak to jest wychowywać się bez „Władcy Pierścieni”? Nawet sobie nie wyobrażam.

Gdy miałam kilkanaście latek nagrywałam na cegłofonie czyjejś matki czy tam ojca ekranizację „Władcy Pierścieni” mocno inspirowaną filmem, wraz z rodzeństwem bliższym i dalszym. Na nieszczęście, nagranie to przetrwało, więc mogłam niedawno obserwować moje bliższe i dalsze rodzeństwo bezwładnie biegające i zaprawdę potępieńczo drące japę, najwyraźniej w imię jakichś wyższych idei kinematograficznych. Było to zarazem przerażające i fascynujące, możecie mi wierzyć.




Ja na dodatek mam mamę szczerze lubującą się w fantastyce i s-f. Zawsze dziwnie to wypada, gdy książki na prezent szukam dla mamy w dziale „Fantastyka młodzieżowa” zamiast „Kulinaria” albo „Literatura kobieca”, jak dla jakiejś prawdziwej matki. Bywa. Rodzicielka moja ma swój egzemplarz „Władcy Pierścieni” w tomach trzech, z których jest niezwykle dumna, bowiem to pierwsze wydanie w wolnej Polsce. Dodać też należy, że to prawdopodobnie najgorzej wydana książka w tym kraju od kiedy wynaleziono druk. Nie spodziewałam się nigdy, że zobaczę książkę złożoną bez wyjustowania. Na zajęciach pokazywano nam ją jako antyprzykład, bo edytorzy ogólnie lubią popastwić się nad dziełami kolegów po fachu, i wyobraźcie sobie mój szok, gdy odkryłam, że tym książkowym potworkiem jest ów matczyny święty Tolkien.

Na wszelki wypadek jej nie uświadamiałam. A pożyczyć go mogłam tylko do zdjęć, broń Boże do czytania (zapewne by się rozleciał).

Mama, chcąc naturalnie zarazić nas swoim gustem literackim, czytała nam do snu „Hobbita”, i to czytanie wpłynęło na, myślę, całościowy odbiór „Władcy Pierścieni” w moim dorosłym życiu. „Hobbit” cudnie nadaje się jako baśń czytana wieczorem dzieciom, żeby miały się czym przejmować, czyje przygody przeżywać potem całymi dniami, żeby w jakiś jeszcze świat móc się zanurzyć i z niego czerpać podświadomie pewną mądrość. „Władca Pierścieni” jest za to dla tych samych dzieci, gdy już mają dwadzieścia jeden lat i nadal potrzebują baśni, opowieści snutej przy ognisku, o mądrości, o dobrych i złych stworzeniach i o smętnych kurhanach dawnych, wspaniałych władców.



Tolkien bardzo słusznie zwrócił uwagę, że jego świat nie zgadza się z zasadami panującymi w naszym  świecie, i nie można przykładać wydarzeń z jednego do drugiego, mrucząc „O, on totalnie chciał przez to przedstawić drugą wojnę światową...”. Postanowiłam w dobieraniu perspektywy, z której będę analizować tę lekturę, zaufać twórcy, i im bardziej się w nią zagłębiam, tym bardziej widzę, że te światy egzystują w zupełnie innych wymiarach. Odbiera mi to ochotę do szczegółowej analizy i interpretacji, zachęca do puszczenia cugli i wpadnięcia w świat opowieści, przez co „Władcę Pierścieni” klasyfikuję jako książkę absolutnie rozrywkową i zwyczajnie – lekką.

Stanowczo jest w  niej za dużo mądrych ludzi jak na warunki naszego świata, za dużo dobrych władców i za dużo się ogólnie śpiewa.
Fantastyka tyle przejęła od Tolkiena, a śpiewu i delikatności jakoś nie. Mam wrażenie, że książki tego typu, które czytałam, wolą nawalankę mieczami i brutalną rzeczywistość, niż śpiewanie pieśni do dawnych wodzach. Widocznie one dzieją się w naszym świecie.

O ile filmowego „Władcę Pierścieni” z różnych powodów lubię, o tyle „Hobbita” nie znoszę. No dobra, pozwalam mu egzystować jako osobne dzieło, nie mające nic wspólnego ze świetną książką Tolkiena, ale nadal – nie obejrzałabym dla przyjemności. Bo zrobili z niej takie właśnie nawalanie mieczem, które w porównaniu z baśnią jest zwyczajnie ordynarne. Nie odnajduję w tym tego „Hobbita”, wraz z którym przemierzałam drogi Śródziemia w latach dziecinnych.

Z „Władcy Pierścieni” tyle wątków, motywów, nazw, cytatów i całej tej drobnicy kulturowej przeniknęło do popkultury, że w zasadzie czytanie go w wieku już poważnym bywa przezabawne, gdy ci te wszystkie skojarzenia latają po głowie. Gandalf jest sklepem z książkami, chlebem krasnoludów moja mama zwała okropne słodycze, które nie schodziły albo ostatni prowiant w górach, chowany na dnie plecaka. Mapy Śródziemia pojawiają się na wszystkim, wejście do Mordoru proponują mi w poznańskim klubie, chociaż przeważnie silniej kojarzy się z Warszawą albo moim pokojem, gdy go za długi nie wietrzę. Homo floresiensis, człowiek z Flores, nazywany bywa przez badaczy „Hobbitem”. Że nie wspomnę o wszystkich Waszych niskich znajomych.



Jestem w połowie lektury „Władcy Pierścieni” i prawdziwej jego recenzji nie napiszę. Zapewne po drodze coś mi się jeszcze rzuci w oczy, to o tym napiszę. Szczególnie interesuje mnie teraz kwestia wydań polskich i przekładów. Sama mam przekład polecony mi przez kumpelę, aczkolwiek w latach dziecinnych czytałam inny (łatwo poznać po tym, że Aragorn jest nazywany Obieżyświatem czy Łazikiem oraz po tłumaczeniach wierszy). Jeżeli macie jakąś wiedzę na temat tego, który przekład jest dobry, który kanoniczny, a który odradzany, dajcie znać.

Teraz będę pisać straszną herezję, ale mam wrażenie, że Tolkien z literackiego punktu widzenia popełnił błąd – czy raczej coś, co dla mnie subiektywnie jest błędem, w końcu ocena literatury to rzecz względna. Otóż budowanie tak szerokiego świata dla tylko kilku powieści uważam za błędne. Mnożenie informacji ponad miarę utrudnia odbiór. Jestem zwolenniczką tego sposobu pisania, w którym każdy opisany szczegół musi być ważny dla fabuły albo zamysłu, i jeżeli okno ma żółte firanki, to te cholerne firanki wyrażają traumę z młodości głównego bohatera, a nie, że autorowi akurat wpadły żółte firanki do głowy. Tolkien bardziej stworzył świat, w którym przypadkiem znalazła się fabuła, a nie świat dla fabuły, co dla mnie jest... zbędne. Rozumiem wielką miłość do tego i wszelkich ludzi, którzy światy i języki uwielbiają badać, ale ja do nich nie należę, i wszelką mitologię Śródziemia, wszelkich przodków, bohaterów legend, synów i ojców, skomplikowane nazwy i historię każdej krainy zwyczajnie czytam jednym okiem i zapominam, skoro do niczego mi się w dalszej lekturze nie przyda.
Czy tylko ja jestem takim heretykiem...?
(Nie bijcie)

0 Czytaj dalej »

1 października 2018

Zapowiedzi wydawnicze na październik

0



Zupełnie nie spodziewałam się, że w październiku będzie tak dużo nowych książek. Oczywiście żadnej nie kupię – za dużo mam do kupowania starych książek – ale zapowiedzi zazwyczaj robię starannie, żeby zainteresować Was konkretnymi tytułami i wydawnictwami oraz zrobić sobie samemu ponadczasowy spis Obiecujących Czytadeł. W tym miesiącu jednak poddałam się i ogarnęłam tylko kilka wydawnictw, a i tak wyszło 13 książek. Kolejne bałam się przeglądać, nie umiałabym odmówić żadnej książce i zatrzymałabym się koło czterdziestki D:

Oto październikowe Godne Czytadła:




O kotach (Czarne)

Zbiór opowiadań o kotach pisanych przez takich ziomków jak Stefan Chwin, Olga Drenda, Piotr Paziński, Małgorzata Rejmer, Piotr Siemion czy Paweł Sołtys. Jako posiadacz kota zapewniam – można o nich pisać i czytać w nieskończoność!

O psach (Czarne)

Jak wyżej – opowiadania o psach napisane przez pisarzy takich jak Michał Cichy, Wioletta Grzegorzewska, Weronika Murek, Patrycja Pustkowiak, Krzysztof Varga i Andrzej Stasiuk. Psa również posiadam, z psami wychowuję się od urodzenia (mając na ich punkcie niezłego hopla) i psów zamierzam mieć mnóstwo (zdradzę, że mam już imiona przyszłych pupili: Morf, Fonem i Spock), więc pomysł na dzielenie się opowiadaniami o nich uważam za niezwykle fajny.

Pepiki. Dramatyczne stulecie Czechów. Mariusz Surosz (Czarne) 

Pepiki to książka o ludziach piszących historię, o zwycięzcach i o tych, którzy zapłacili najwyższą cenę za walkę o ideały. To opowieść o sławnych Czechach i nie mniej ważnych dla czeskiej historii postaciach drugiego planu: wybitnym pisarzu Karelu Čapku, urodzonym w Karlowych Warach Karlu Hermannie Franku, hitlerowskim zarządcy Protektoratu Czech i Moraw, amerykańskiej żonie pierwszego prezydenta Czechosłowacji, astronomie nawołującym do zjednoczenia kraju, księdzu-prezydencie oskarżonym o współudział w ludobójstwie, czeskim pilocie z Dywizjonu 303 i wielu, wielu innych. To błyskotliwe reportaże o czeskim człowieku, pozwalające otrząsnąć się ze stereotypów i uważniej spojrzeć na południowych sąsiadów.

Bo niby wiemy, że jacyś Czesi są i maja spoko piwo, a my ich kilka razy w tym wieku nieładnie najechalim, ale tak naprawdę większość ludzi (nieuważających na historii) o Czechach ma blade pojęcie.



Czesałam ciepłe króliki. Rozmowa z Alicją Gawlikowską-Świerczyńską. Dariusz Zaborek (Czarne)

Rozmowa o fenomenalnym optymizmie. W każdych warunkach, także w obozie koncentracyjnym. O tym, że człowiek umie przetrwać bardzo wiele i że do końca może pozostać młody. Alicja Gawlikowska-Świerczyńska – lekarka, była więźniarka obozu w Ravensbrück – w wieku dziewięćdziesięciu dwóch lat opowiada o swoim życiu. To niezwykły dokument, a zarazem porywająca opowieść o życiu kobiety silnej, odważnej i niezależnej.

Alicja Gawlikowska-Świerczyńska urodziła się w 1921 roku w Warszawie. Gdy miała dwanaście lat – umarła jej matka. Gdy miała szesnaście lat – zmarł jej ojciec. Gdy miała osiemnaście lat – wybuchła wojna. Działała w konspiracji. Po wpadce trafiła na pół roku do więzienia na Pawiaku, a potem na cztery lata do obozu koncentracyjnego w Ravensbrück. Po wojnie została lekarką: pulmonologiem i anestezjologiem. Pracuje do dziś.

Z dwojga złego wolę optymizm niż martyrologię, a to brzmi jak naprawdę ciekawy żywot.

Czasy secondhand. Koniec Czerwonego człowieka. Swietłana Aleksiejewicz (Czarne)

 Nie sposób go z nikim pomylić, choć jest podobny i zarazem niepodobny do reszty ludzkości. Ma własny słownik i doskonale wie, co jest dobre, a co złe. Paszport radziecki przechowuje jako najcenniejszy skarb. Homo sovieticus.

Nie umarł wraz z upadkiem imperium, za to musiał stawić czoła nowej rzeczywistości, gdy wbrew przewidywaniom Marksa po socjalizmie nastąpił kapitalizm, ojczyznę zastąpił supermarket, a władzę przejęli handlarze i cinkciarze. Wiecznie żywy, chętnie opowiada o swoich bohaterach i męczennikach, o nadziejach i rozczarowaniach, o złości, frustracji i zderzeniu z rzeczywistością. To z tych opowieści, domowych i osobistych składa się niezwykła książka wybitnej białoruskiej autorki, laureatki literackiej Nagrody Nobla.

Swietłana Aleksijewicz po raz kolejny oddaje hołd zwykłemu człowiekowi, którego losy przeplatają się z Historią.

Wywracanie kultury. O dandysach, hipsterach i mutantach. Rafał Księżyk (Czarne)

„Tam, gdzie stawką jest przetrwanie, wszelkie chwyty są dozwolone. Sztuczny gest, maska, brikolaż, improwizacja, akty magii i prywatne mity liczą się bardziej niż racjonalne rachuby. Drobiazgi ponad systemy. Paradoksy ponad prawa. Funkcjonalność ponad moralność. Estetyczny materializm ponad uduchowiony racjonalizm”.
Trzeba sobie radzić, stwierdza autor. A skoro uwiera nas i osacza kultura, można ją wywrócić. Tylko jak to zrobić? I za jaką cenę?
Podpowiedzi dostarcza ten błyskotliwy esej, którego bohaterowie na szok nowoczesności odpowiadają szykiem. Księżyk nawiguje swą książką po luce między dyskursem humanistycznym a popkulturową mitologią i próbuje przyjrzeć się tradycji i użyteczności takich zjawisk jak sztuka drażnienia, mit błyskawiczny, narcyzm kompensacyjny, patafizyka, ironiczny konformizm, dryfowanie, psychogeografia, przechwycenie, rytmanaliza, cool, Neo-HooDoo i inne.
Wywracanie kultury odległe jest jednak od teoretyzowania. Skupia się na perspektywie dnia codziennego, a wszystko ogniskuje się wokół trzech figur niedocenionych bohaterów nowoczesności: dandysa, hipstera i mutanta.

O kusiła mnie ta książka od dawna, jak się dało podczytywałam fragmenty, i wygląda na coś fascynującego, chociaż... no możliwe też że mało zrozumiem.



 Dukla. Andrzej Stasiuk (Czarne) 

No więc Dukla. Dziwne miasteczko, z którego nie ma już dokąd pojechać. Dalej jest tylko Słowacja, a jeszcze dalej Bieszczady, lecz po drodze diabeł powtarza jak litanię swoje „dobranoc” i nic z rzeczy ważnych się nie przydarza, nic, tylko kruche domy przycupnięte przy szosie jak wróble na drucie, a pomiędzy nimi wietrzne wygony nieodmiennie zakończone niebem, które wznosi się, a potem przegina, zawisa nad głową, by wesprzeć się o przeciwległy skraj horyzontu. Tak jest – Dukla, uwertura pustych przestrzeni. Dokąd pojechać z Dukli? Z Dukli można tylko wracać. Podkarpacki Hel, urbanistyczna ultima Thule. Dalej już tylko drewniane chyżki i betonowe okruchy corbusierowskich bastardów – czyli rzeczy, z którymi pejzaż daje sobie jakoś radę.

Do białości. Ala Flora (Ha!art)

Albin nie ma prawa jazdy, bo jest płetwonogi, na szczęście Bianka ma potężne łapy. Decydują się na wspólną podróż samochodem.

Im mniej wiemy tym lepiej dla książki.

Ciemności, Yedda Morrison (Ha!art)

Czy Joseph Conrad był poetą natury, w podróży do prehistorycznej ziemi? Nic bardziej mylnego. W 2009 roku amerykańska artystka i pisarka konceptualna Yedda Morrison wydała broszurę Darkness (chapter 1) o znamiennym podtytule “odtwarzanie przed-kolonialnej dziczy. Biocentryczna lektura Jądra Ciemności Josepha Conrada”. [re-animating the pre-colonial wilderness: a biocentric reading of Joseph Conrad's Heart of Darkness]. Projekt urósł do rozmiarów pełnej książki wydanej w 2011 r., będącej w całości przechwyceniem angielskiego tekstu "Jądra ciemności", z którego artystka wymazała wszelkie ślady obecności człowieka.Tym, co pozostało, są elementy scenerii, rozrzucone po stronach archipelagi słów, kompozycje typograficzne, których głównym bohaterem i aktorem jest przyroda. Mroczna, zaskakująca, zabawna, wzniosła, bezsensowna.

Im bardziej bezsensowna tym lepiej dla książki.



Dizajn na co dzień. Don Norman (Karakter)

Pierwsze polskie wydanie kultowej książki poświęconej projektowaniu. Od czego zależy, czy przedmiot jest dobrze lub źle zaprojektowany? Kiedy spełnia on oczekiwania użytkowników, a kiedy zaspokaja wyłącznie ambicje projektanta? Co sprawia, że jedne przedmioty przechodzą do historii, a inne ulegają zapomnieniu? Donald Norman, amerykański psycholog kognitywny i projektant, wnikliwie i ze swadą opowiada o tym, na czym polega funkcjonalność projektowania i na czym opierają się nasze relacje z przedmiotami.

Te zapowiedzi to taki mój spis książek o designie, które sobie kupię gdy będę już bogata i zacznę zgłębiać tę pasję, na razie traktowaną po macoszemu.

Pani od obiadów. Lucyna Ćwierczakiewiczowa historia życia. Marta Sztokfisz (Wydawnictwo Literackie) 

Pani Lucyna miała niespełna czterdzieści lat, a już była obiektem zachwytów, złośliwych spojrzeń i plotek. Jej 365 obiadów za 5 złotych” było najchętniej czytaną polską książką tamtego okresu i zajmowało honorowe miejsce w tysiącach polskich domów, tuż obok Biblii. Nakłady kolejnych jej książek kucharskich przekraczały nakłady dzieł Mickiewicza i Słowackiego, prowadzony przez nią salon przy Królewskiej odwiedzały największe osobistości stolicy, a za roczną pensję mogła kupić trzy majątki ziemskie!

Uwielbiam, gdy książki wyciągają takie fascynujące, nieco zapomniane osoby i pozwalają rzucić się w nurt historii w pogoni za kimś niby zwyczajnym, nieobecnym w podręcznikach szkolnych, ale niezwykle ciekawym. Niejako od kuchni.


Wyzwolenie zwierząt. Peter Singer (Marginesy) 

Wyzwolenie zwierząt to biblia obrońców praw zwierząt i każdego, komu nieobce jest cierpienie naszych braci mniejszych.
Zwierzęta nie mogą same domagać się wyzwolenia ani też głosowaniem, demonstracjami czy bojkotem protestować przeciwko warunkom, w jakich żyją. Zdaniem Singera jednak normy moralne nie powinny odnosić się jedynie do ludzi, lecz do wszystkich istot, które zdolne są odczuwać cierpienie. Nie ma dobrych powodów pozwalających nam na używanie zwierząt do zaspokajania naszych potrzeb. Zwłaszcza na taką skalę i z takim okrucieństwem.

To nie jest mój temat. W gruncie rzeczy nie jem mięsa (od dobrych, hmmy, dziesięciu lat? zawsze uważałam że jest obleśne), ale nie ma to żadnego uzasadnienia etyczno-ideowego, a jak ktoś mi da parówkę to chętnie, parówki lubię. Tak samo buty i paski z prawdziwej skóry oraz membrany bębnów jeszcze pokryte włosiem kozy (czy tam czego) nie są dla mnie odrażające. Przez taką bardzo środkową, umiarkowaną postawę w zasadzie nie mam nic do powiedzenia w temacie, i na co dzień wyrzucam go w zakamarki „tyłu głowy”. Ciekawi mnie, czy taka książka by coś zmieniła.\

***

Spóźniłam się z tym wpisem o jeden dzień, żeby mieć we wrześniu publikację co pięć dni. Niestety! Ale i tak jestem z siebie dumna, bo najpierw wyszło to przypadkowo, a jak już wyszło, to szkoda było porzucać. Potem każda podzielna przez pięć data w kalendarzu budziła we mnie dziką potrzebę pisania i utrzymania tego trendu, nawet gdy byłam na wakacjach. Wrzesień uważam więc za bardzo udany jeżeli chodzi o blogowanie.

Październik będzie inny, bo np. jutro kończą mi się wakacje. Na razie cichy plan zakłada publikację w co siódmy dzień miesiąca – będą to niedziele -  i dzięki temu uzyskanie czterech wpisów. Nie mogę jednak nic obiecać, poza tym, że nadal będę aktywna na facebooku (trochę) oraz Instagramie (dużo, bo mocno weszło mi to medium). Także obserwujcie, lajkujcie i patrzcie na siódme dni tygodnia.

PS. Z okazji rozpoczęcia roku akademickiego pozdrawiam wszystkich, którzy pisali do mnie z pytaniami o studiowanie na UAM, bo zobaczyli mój wpis w tym temacie. Bardzo się cieszę, że mogę jakoś pomagać przyszłym filologom. Powodzonka, napiszcie mi, gdy odkryjecie gdzie jest sala 01.

Czytaj dalej »

25 września 2018

Obrona "Nad Niemnem" + nowy cykl!

0


Dwoma założeniami, z którymi zakładałam tego bloga jakieś 9 miesięcy temu, był po pierwsze beenkowy instagram (który już działa, a zintensyfikuje działalność w roku akademickim) oraz ten cykl, który dzisiaj zamierzam rozpocząć, i który nie ma nazwy, bo nadal jej nie wymyśliłam. Tak, od 9 miesięcy blokuje mnie brak nazwy! 

Ale plwajmy na takie rzeczy i zejdźmy do głębi.

Nowy cykl: Klasyka literatury!


A dedykuję go Hani 



Jako czytelnicy na pewno wiele razy mieliście momenty, w których chcieliście wziąć się za klasykę literatury. Jak mówią mi znajomi, szkoła potrafi do klasyki ślicznie zniechęcić. Mi nie zaszkodziła, ale nie mogę bez żenady myśleć o instytucji, która pozwala nie znać „Hamleta” i nazywać się wykształconym człowiekiem. 


Gdy znajomi zauważyli, że studiuję coś związanego z książkami, pojawiły się pytania – co czytać? Co czytać, żeby bez subtelnych wątpliwości nazywać siebie człowiekiem oczytanym? Co czytać, by nie mieć wrażenia że coś bardzo ważnego w literaturze nam umknęło?
I zapewne też inne. W zasadzie nie wiem. Dla mnie czytanie kanonu jest czymś równie naturalnym jak oddychanie, a wśród starych książek na pewno lepiej się poruszam niż wśród nowości wydawniczych. Skoro więc jestem takim dinozaurem, a na świecie są jacyś ludzie, mogący na moim dziwactwie skorzystać, czemu im tego nie ułatwić.


Nie mam wielkich aspiracji edukacyjnych, starczą mi moje biedne dzieci na prywatnych lekcyjach, które straszę Leninem w mauzoleum i kastrowaniem Mieszka II. Ale zważmy, że blog jest o książkach, a ja czytam głównie klasykę i nie recenzuję jej... bo po co, skoro nikt tego nie czyta. Sprzedają się tylko nowości wydawnicze, modne książki, trzeba być na czasie, żeby twój mało fascynujący blog ktokolwiek czytał. Na szczęście szybko ogarnęłam, że idąc takim tokiem myślenia sama przekreślam sens, który nadałam temu blogowi – kajam się więc i wjeżdżam na salony z literaturą dawną. Nudną. Niezrozumiałą. Szkolną. Czyli klasyką. 

Plan wygląda tak – zbieram książki już przeczytane i właśnie czytane, które czytam na studia jako klasykę literatury polskiej i światowej. Tworzę z nich ciągle uzupełnianą, nie chronologiczną listę według subiektywnego wrażenia. We wpisach z serii daję krótkie recenzje kolejnych tytułów, skupiając się ja tym, jaki jest poziom trudności lektury, tematyka, język. Próbuję dorzucić nieco informacji pozwalających umieścić ją w danej epoce rozwoju myśli ludzkiej. Traktujcie to jako polecenia znajomej, która po prostu lubi takie książki, a nie jako dzieło o wartości naukowej. 


Większość recenzji będzie wyglądało jak ta o „Ogniem i mieczem” albo „Nad Niemnem” (którą prezentuję poniżej). Wydaje mi się to fajną formą w przypadku książek, które i tak wszyscy z grubsza znają. Ponadto nie wymaga jednoznacznych ocen dobra/słaba, a ja nigdy nie miałabym tyle pychy, żeby powiedzieć Kochanowskiemu, że jest słaby i w ogóle monotematyczny, 3/10.


Jeżeli zawsze chciałeś przeczytać coś z klasyki, ale w zasadzie nie wiesz od czego zacząć, no to znalazłeś coś dla siebie.

Ponieważ serio nie mam dla tego nazwy, wpisy z serii sygnowane będą słowem "Klasyka!" i taką też kategorię znajdziecie na blogu. 

(A przy okazji, jeżeli kusi Was w przyszłości filologia polska, macie tutaj wgląd w okrojoną nieco listę lektur.)

Spis klasyki już opisanej:




Część wpisu nr 2, czyli

Obrona "Nad Niemnem"


Witold jest jednym z moich ulubionych bohaterów, chociaż rolę ma w tej książce takich chodzących poglądów


„Nad Niemnem” to jedna z moich ulubionych książek, ale przeczytałam ją dopiero... tydzień temu (aktualizacja – jakiś miesiąc temu, ale ogólnie – w te wakacje). Ja, człowiek który „Lalkę” i „Zbrodnię i karę” czytał w gimbie, bo się nie mógł doczekać. W przypadku cudownej książki pani Orzeszkowej to opinia publiczna mnie tak skrzywdziła. Nigdy w swoim krótkim życiu nie słyszałam nic dobrego o „Nad Niemnem” – wciąż tylko narzekania, że opisy przyrody, że nudna obyczajówka. Dlatego napisać postanowiłam obronę „Nad Niemnem” – nie zachęcam do jej czytania, bo jak ktoś nie trawi pozytywizmu ani obyczajówek, to zatruje się srogo. Co nie odbiera w ogóle wspaniałości tej książce. Ale konieczne jest odczarowanie jej niesprawiedliwej opinii wśród ludzi, którzy mieli problem z lekturami w liceum.


*** 

Uważam "Nad Niemnem" za najlepszą książkę pozytywizmu. Ba, idąc dalej, mój wielce lubiany Żeromski też nie może z nią stawać w szranki. Ma tę jedną rzecz, której student polonistyki potrzebuje jak piwa i tostów – jest optymistyczna. 

Nie będę spoilerować, powiem tylko tyle, że nie kończy się jej z gwałtowną chęcią zamordowania głównego bohatera, zamordowania autora i puszczenia z dymem całego nakładu. Pamiętacie Judyma, tego od sosny rozdartej? Ale mnie ten typ wnerwił. Pamiętacie Martę, Chama, Janko Muzykanta, Antka i wielu, wielu innych? Pozytywizm uwielbia wnerwiać czytelników niesprawiedliwością świata i rozpaczą. A Orzeszkowa po prostu tego nie zrobiła. Dała trochę nadziei, trochę wspólnej zgody i zrozumienia, utarła nosa tym bohaterom, których nie lubimy, a uszczęśliwiła tych fajnych. Dla mnie to ewenement w klasyce światowej. 

Nawet spoko typografia


*** 

Zauważyłam w książce pewne opisy krajobrazu, ale daleko mi było do bycia nimi znudzoną. Wspomnę, że skursywionym urodziło się i wychowało na wsi, takiej typowej, starej, w otoczeniu drzew, pól, lasów, cmentarzy i Wisły w dalszym krajobrazie, natomiast teraz spędza się wakacje w Poznaniu, w pracy. Możliwe, że gdyby nie to, mój odbiór byłby inny, ale czytając „Nad Niemnem” w pracy, na betonowej, zgrzanej pustyni jaką jest Rondo Kaponiera, potrzebowałam tych opisów jak wody żywej. Gdzieś na świecie są jeszcze bujne łąki, a nie atomowe pustynie produkujące choroby cywilizacyjne... Nigdy jeszcze miasto nie wydało mi się tak brzydkie. Pewną część czytałam też w pociągu i zastanawiałam się, czy gdzieś jeszcze taki urodzaj jak nad Niemnem w Polsce jest? Czy w ogóle możemy to porównywać? Pola za oknem wydały się nudne i jałowe. Krajobraz – jak to zazwyczaj na kujawach – nudny. Chyba tylko w Bieszczadach widziałam takie dzikie, wyzwolone i bujne łąki, które sięgały człowiekowi do ramion, grzały się w słońcu wspaniałością miliarda kwiatów i traw, i mogły dać podobne doznania estetyczne (edit - jeżdżenie rowerem po mojej okolicy przy zachodzie słońca daje dość podobny efekt, jeżeli wybiera się drogi przy starych domach). 


*** 

Orzeszkowa chyba ani razu nie napisała, że któryś z bohaterów jest brzydki, ale wystrzegła się też romansowej maniery rozpływania się nad ludzką urodą (której to maniery nie znoszę, czytając w kolejnej książce o kobietach tak pięknych, że czapki spadają z głów i trzeba wzywać policję do zamieszek społecznych, i zastanawiając się, kiedy wyginęły, bo jakoś na ulicy nie widzę takich Wenus). Bardzo uśmiechałam się przy opisach zatrważająco wysokiej Marty, spadającej z płotu jak kluska Elżuni czy Justyny z opalonymi rękami i chodzącej boso. I nie zapomnijmy o Tereni i jej obowiązkowych brudnych szmatach na twarzy. 

To akurat Klotylda, która jest biedna


*** 

Nad Niemnem to książka z duchem. Czytanie streszczeń nie da nic oprócz frustracji, a na pewno nie da żadnego pojęcia o talencie Orzeszkowej. Ale ze streszczenia tak jest, że służą głównie krzywdzeniu książek i wydawaniu na świat gimbusów którzy twierdzą, że książka była zła, bo streszczenie wyglądało dziwnie (trochę gardzę). 


*** 

Pamiętacie jak pozbawiałam Sienkiewicza prawa do pisania elementów romansowych, bo nie umie? Orzeszkowa jak najbardziej ma u mnie monopol na pisanie o miłości, bo wychodzi jej to cudownie, naturalnie (bez żadnych póz i utartych schematów) i uczuciowo. Już czytając „Martę”, po mężu Marty płakałam bardziej niż po swoim własnym, i trzeba nie mieć serca, by nie docenić smutnej miłości rybaka z „Chama”. Tam, gdzie Sienkiewicz wrzuca mało przekonującą miłość od pierwszego wejrzenia, i przekonuje do niej czytelnika głównie słowami bohaterów, tam Orzeszkowa lekko zaznacza zauroczenie i pozwala mu się dalej rozwijać bez specjalnych deklaracji, za to z wiele mówiącymi gestami. 


*** 

Legenda o Janie i Cecylii jest po prostu baśniowa, i po wielokroć wracałam myślami do sceny, w której bieli jak śnieg, ponad stuletni małżonkowie podchodzą do króla – Cecylia z oswojoną sarenką przy boku, jak z symbolem swojej niezwykłej roli w tym świecie. A wokół nich cały piękny świat, który zbudowali, którego byli kreatorami i dobrymi bogami. Legenda o Marku i Cecylii mogłaby być osobną baśnią albo książką fantasy, a opowieść o Mogile – dramatem wojennym. I każdy z tych gatunków Orzeszkowej świetnie wychodzi. 

(Teraz myślę, że Marek i Cecylia bardzo kojarzą mi się z tolkienowskimi elfami.) 

Oglądając film czułam się w tym dworku bardzo swojsko - może obiadki rodzinne w Polsce się po prostu nie zmieniają?


*** 

Morał z tego wszystkiego taki, że nie ocenia się książek po recenzjach gimbusów. 

„Nad Niemnem” uważam za bardzo nietrafioną lekturę szkolną. Primo, wymaga pewnej wrażliwości, secundo – dojrzałości, której ludziom w liceum może jeszcze zabraknąć. Polecam zabrać się za nią w wieku nieco mądrzejszym, a najlepiej wtedy, kiedy nagle zaczniecie tęsknić za spokojnym, przytulonym do dzikiej przyrody światem, w którym każdy ma swoje miejsce.

zdjęcia z filmu stąd stąd screeny superjakościowe stąd


Czytaj dalej »

20 września 2018

Czego nauczyły mnie książki

0




Książki uczą, książki bawią. Dzięki książkom mało interesujące ziomki z podstawówki mogą wywyższać się nad kolegów tym, jak to czytanie kiepskiej fantastyki wybitnie wpływa na ich IQ i przyszłe powodzenie życiowe. W książkach zawarta jest jakaś bliżej niezidentyfikowana mądrość, i to totalnie w każdej książce, nawet jeżeli tą mądrością jest przepis na pierogi albo porady, jak książek nie pisać. Książki poprawiają wyobraźnię, książki poszerzają horyzonty, książki to, książki tamto. Słyszę to od dzieciństwa i zastanawiam się, skąd bierze się ten snobizm i przekonanie, że odcyfrowywanie zapisanych kart dalej ci tyle bonusowych punktów dla mózgu, a np. patrzenie na obrazki nie. A może to nie snobizm, tylko czysta prawda? Zebrałam się w sobie i spisałam w kilku punktach, czego przede wszystkim nauczyły mnie książki.

1. Banany
Nie ma takiej podróży, w której nie przydałoby się kilka bananów. Nigdy nie wsiadaj do pociągu bez nich! Najlepiej dopieraj ilość bananów do ilości godzin podróży. Jeżeli zobaczycie gdzieś w bydgoskim pubie dziewczynę z bananem, to zapewne jestem ja. Gdy normalni ludzie idą na kebaba o czwartej nad ranem, ja idę z nimi pogryzając banana. O tym, że banany to najpraktyczniejsze jedzenie na każdą podróż dowiedziałam się z... „Mikołajka”, gdzie z niezrozumiałych dla mnie względów w podróż brało się banany i jajka na twardo.

2. Wrogowie
Pamiętacie tą scenę (jest też w filmie) z Ogniem i mieczem, gdy Bohun wiąże spitego Zagłobę w chlewie? Już czytając powieść bardzo zastanawiałam się, jak to wyglądało, takie związanie „w szablę”, więc oczywiście któregoś dnia wypróbowałam tą metodę na bracie (i miotle). Z badań wynika, że jest całkiem skuteczna, pod warunkiem że się dobrze i mocno zwiąże, bo w przeciwnym wypadku brat może się wyswobodzić i zemścić.

3. Chodzenie z nożem
Posiadanie własnego noża było wielkim marzeniem mojego dzieciństwa, i idąc do liceum długo próbowałam przekonać rodziców, że powinni pozwolić chodzić mi do szkoły z nożem sprężynowym dziadka (można było nim ścinać cienkie brzózki!), bo Szwederowo to niebezpieczna dzielnica (to akurat jest prawda) i muszę mieć jak się bronić. Przekonanie o niezbędności posiadania ostrych przedmiotów i broni palnej wyciągnęłam oczywiście z przygód Tomka Wilmowskiego. No bo jakby na Szwederowie ukąsił mnie jakiś dziki lokalny, to trzeba by było szybko wyciąć ranę, żebym nie zaraził mnie genem Sebixów, to nóż jest konieczny. Jasne i logiczne.

4. Studenci medycyny
Wiele książek wskazuje na to, że studenci medycyny to najniebezpieczniejszy i najbardziej fascynujący gatunek na świecie. Studenci medycyny zawsze mają gdzieś ludzkie szczątki w mieszkaniu, czasami używają ich w warunkach bojowych, dręczą nerwowe paniusie, udają martwych, spuszczają się z okna na krześle, mnóstwo się uczą, piją niesamowicie czarną kawę z żołędzi (moja współlokatorka ma kawę z żołędzi, czysta ohyda!) i ogólnie są strasznie cool jak się jest gimnazjalistą i czyta „Lalkę”.



5. Pójście na edytorstwo to totalnie dobry pomysł
Tak, wybrałam kierunek studiów przez przeczytaną w dzieciństwie książkę, której bohaterka przeprowadza się z synkiem do schowanej w  lesie wsi i pomiędzy robieniem korekt walczy z demonicznymi siłami, kumpluje się z duchem nazisty i takie tam. Książka przeciętna, ale uświadomiła mi, że jest ktoś, kto robi korektę w książkach, a do tego pracuje w domu na komputerze i ma dużo wolnego czasu żeby walczyć z siłami zła. Wymarzona praca dla mnie!

6. Naukowcy są strasznie cool
Ludzie, którzy mają wiedzę są super fajni, bo potrafią przeżyć samotnie na bezludnej wyspie, nie mając nawet noża, dotrzeć do wnętrza ziemi i budować niesamowite podwodne statki, a do tego nauka daje im nieskrępowaną wolność, wyzwania i bardzo ciekawe życie. Juliusz Verne zadziałał na pacholęcą mnie dokładnie tak, jak zapewne chciał, czyniąc ze mnie małego pozytywistę i miłośnika nauk wszelakich, stawiającego wiedzę i inteligencję jako najważniejszy wyznacznik bycia cool.

7. Bycie pozytywistą grozi gruźlicą
Czasami wracam sobie z korepetycji, które daję różnym dzieciakom w Poznaniu, wiatr wieje i targa mi dziurawy nieco płaszcz, a ja, dręczona nagłym kaszlem zastanawiam się, ile mi jeszcze zostało... Każde zbliżenie się do pozytywistycznego ideału (działacz, aktywista społeczny, ubogi, najlepiej student) jest równoznaczne ze skazaniem człowieka na śmierć z powodu gruźlicy albo jakiejś gorączki; nie istnieje przecież coś takiego jak zadowolony z życia i ładnie układający sobie życie pozytywista.

8. Dobre uczennice
Jeżeli jesteś dobrą uczennicą i nie masz problemów z przyswajaniem wiedzy, prawdopodobnie nigdy nie znajdziesz chłopaka, bo biedak, nie mogąc ci pomagać w lekcjach, nie będzie mógł też uświadamiać ci swojej męskiej dominacji nad twoją jakże niedoskonałą płcią zbierającą same dwóje z matmy. A bez tego w ogóle nie będzie wiedział, jak do ciebie zagadać, no i w zasadzie po co komu dziewczyna, nad którą nie można dominować intelektualnie. Niedoczekanie.
A do tego jesteś nudna. Dwóje z matmy dodają życiu uroku i pikanterii.

Ten wpis w ogóle by nie powstał gdyby nie banany, pociąg do Bydgoszczy i fakt, że musiałam coś szybko napisać przed wyjazdem w góry, żeby zachować zasadę publikowania co pięć dni (ambitnie!) 

Serdecznie dziękuję bananom. 

Wpis wrzuca się automatycznie, bo ja jestem w górach i nie istnieję w social mediach. Do zobaczenia wkrótce! 



Czytaj dalej »

15 września 2018

Czy czyta się dla relaksu?

0



Większość mojego życia to czytanie lektur na studia. I niestety rzadko są to powieści. Przeważnie teksty naukowe z różnych dziedzin humanistycznych, charakteryzujące się zdaniami na pół akapitu, nasyconymi niezrozumiałym słownictwem aż do porzygu, i wymagające prowadzenia osobnego zeszytu na słownik. Przeważnie czyta się je na ostatnią chwilę, w bibliotece, pod biblioteką, w mieszkaniu, w stresie i próbując dowiedzieć się, na kiedy są.

Da się więc zauważyć, że większość mojego życia to nie czytanie dla relaksu (a moje szybkie tempo czytania nie wzięło się znikąd). Jednakże raz na jakiś czas mam w końcu możliwość wzięcia lektury, którą sama sobie wybrałam, i przeczytania jej przy kakałku z piankami, obiadku (w zasadzie czas na jedzenie to często mój jedyny czas na czytanie „swoich” książek), siedząc wygodnie na łóżku i w ogóle tak instagramowo.

Sięgam wtedy po jakąś od dawna obiecywaną fantastykę, opowiadania z Nowej Fantastyki, coś naukowego, ale z innej dziedziny (antropologia <3), jakiś reportaż lub biografię, i mogę z całą pewnością powiedzieć, że czytam dla przyjemności.

Uczenie się nowych rzeczy bez widma egzaminu jest przyjemne. Czytanie klasyki fantastyki jest przyjemne. Czytanie Lema przeważnie też jest zasadniczo przyjemne, gdy masz pod ręką kilka słowników i internet. Czytanie słownika Kopalińskiego to, wbrew pozorom, świetna rozrywka (i niewyczerpana kopalnia inspiracji i fabuł).
Ale przyjemne nie znaczy – dla relaksu!

Czytanie książek to ciężka praca, jak ostatnio wspominałam. Absolutnie nie rozumiem postawy „czytam coś głupiego dla odmóżdżenia się\zrelaksowania”, i na pewno już o tym wspominałam, więc wspomnę jeszcze z milion razy!

Zresztą pisałam coś podobnego we wpisie "Nie czytam złych książek", który z jakiegoś powodu jest bardzo na tym blogu popularny.

Nawet czytając najgłupszą rzecz, jaką posiadam, czyli „Hellsing” (brutalna manga dla nastolatków, sensu to nie ma żadnego, chyba wystarczy wspomnieć, że jest o organizacji zwalczającej nazistowskie wampiry swoimi własnymi wampirami), daleko mi do odmóżdżenia. Każda, nawet najbardziej absurdalna akcja powoduje, że człowiek zaczyna zastanawiać się nad tym, jak ona funkcjonuje, na takich motywach i toposach działa, z jakiej kultury się wywodzi i co do kultury wprowadza. Dlaczego bohater jest akurat taki? Dlaczego przyjmujemy tą fabułę bez protestu, mimo że jest debilna? Skąd takie zainteresowanie ludzi bezmyślną brutalnością? Dlaczego ludzie tak łatwo chwytają powtarzalne wątki i motywy, ale po przekroczeniu pewnej cienkiej granicy zaczynają narzekać, że zbyt powtarzalne? Co takiego zrobił autor, że to jednak jest wciągające? Czemu naziści są tak popularni w  kulturze? Czemu szalony przywódca bardziej nas przekonuje gdy jest niski i gruby? Czytanie „Hellsing” to niekończące się pytania o ukształtowanie naszej kultury, a trochę i o samą siebie (dlaczego ja to w ogóle czytam? dlaczego niektórych bohaterów lubię, a innych nie, i czy czytanie tego w liceum przypadkiem nie przełożyło się na pewne moje zainteresowania i preferencje w życiu dorosłym? ergo – czy nie jestem jako człowiek głównie zlepieniem różnych motywów przeczytanych książek?).


Mój nusz ma oko


Często takie „odmóżdżacze” przekraczają pewien próg bólu, po którym zostaje już tylko czarna otchłań pełna jęków rozpaczy redaktora, który to gówno przepuścił, i zapewne będzie się za to smażyć w piekle. Po którym zostaje już tylko pusty i ponury śmiech, i czytać dalej się zwyczajnie nie da. Perfekcjoniści czują coś podobnego zapewne patrząc na krzywo powieszony na ścianie obrazek, którego nie da się poprawić. Tutaj mieszczą się książki naprawdę złe, naprawdę mnie irytujące, i tytułów może nie będę wymieniać (szczególnie że od kilku lat skutecznie omijam je w moim życiu, uważając że i tak mam za mało czasu na czytanie).

Osobna kategoria to książki tak nudne, przewidywalne i sztampowe, że w połowie zapominam o tym, że coś czytam, i zaczynam gapić się w okno. Autor gubi wątek. Kreuje papierowe postacie bez jednej cechy charakterystycznej. Pisze po raz kolejny opowieść o dziewczynie przeprowadzającej się do nowego miasta, gdzie poznaje tajemniczego chłopaka bojącego się światła słonecznego. Każdy jego dialog brzmi, jakby napisała go jakaś mało zaawansowana sztuczna inteligencja. Pierwszy dowcip ściągnięty od pisarza A. Drugi od pisarza B. Wystrój wnętrza od pisarza C, a w połowie od D. Znacie to uczucie, gdy czytacie artykuł o np. wynikach wyborów samorządowych albo posiedzeniu rady miasta (pozdrawiam W.), i jego treść napisana jest tak neutralnie, przezroczyście, że nie widzicie wręcz słów, żadnego autora, żadnego charakteru, mózg przepływa po słowach chłonąc samą treść? Ja znam, bo sprawdzam takie teksty znajomej i sama czasami piszę, i na wszystkich bogów, czasami własnego tekstu nie widzę, taki jest przezroczysty. Te książki też są przezroczyste. Widać w nich tylko błędy.

Ani zwijanie się z bólu psychicznego, ani zasypianie w połowie książki nie mogą zaliczać się do relaksu nad książką. A czytanie książek, które nie są miałkimi odmóżdżaczami, zawsze wymaga pewnej pracy intelektualnej.
Czasami bardzo intensywnej i połączonej z googlowaniem, ale na tym przecież polega cała zabawa. Książka zadaje Ci mnóstwo pytań. Książka zadaje Ci pytania tak, że musisz nieźle się nagimnastykować, by w ogóle zrozumieć ich sens. Książka akurat idealnie trafia tematyczne w twój aktualny problem życiowy, który próbujesz rozwiązać, ale nie daje Ci żadnych odpowiedzi, tylko mota wszystko coraz bardziej. Książka stawia cię przed dylematami moralnymi, nad którymi jako Europejczyk z XXI wieku nigdy nie musiałbyś się zastanawiać. Książka z radością pozbawia cię Twoich niepodważalnych przekonań o świecie, jak ten jeden profesor od filozofii, który chyba czerpie radość z wmawiania ci, że nie istniejesz.

Co gorsza, książka zaraża Cię emocjami, których chwilowo nie przeżywasz albo nigdy byś nie przeżywał. Jaką wymyślną torturą jest nagle przejmowanie emocji oświeceniowego poety, który stracił córkę, chorego chłopca sprzed dwustu lat czy uczciwej wobec braci siostry z czasów starożytnych, kiedy jesteś zwykłym młodym człowiekiem z XXI wieku i powinno cię raczej martwić to, czy ten ziomek, który ci się podoba, zawsze jeździ tym tramwajem. To ma być relaks?

Oczywiście, nie każdy będzie tak to czuć. Prywatnie jestem nadwrażliwcem, od jakichś czternastu lat żyjącym ciągle w świecie książkowym – mogę odbierać takie sprawy inaczej, bardziej ekstremalnie, emocjonalnie.  Ale, jak już wspominałam, czytanie ma otwierać przed naszymi duszami nowe horyzonty, horyzonty emocjonalne i intelektualne, więc przez pięć minut czytania tego tekstu możecie być młodym nadwrażliwcem zakochanym w książkach i zrozumieć, czemu instagramowe obrazki „relaks, świeczki i książeczka” są moim zdaniem bardzo głupie.

PS. Dla prawdziwego relaksu przytulam się do ludzi, włażę na drzewa albo siedzę godzinami w parkach obserwując kaczki i słuchając smutnej muzyki alternatywnej.

Chyba brzmię jak ktoś, kto powinien zażyć pigułki z suszonej żaby xD

PS2. Czyli zapowiedzi - zaczęłam czytać w końcu Władcę Pierścieni, czytanego chyba jak byłam w podstawówce? Na pewno w czasach, gdy miałam jakieś 150 cm wzrostu i chodziłam w dziwnych ubrankach. Postanowiłam, że muszę sobie powtórzyć. Zapewne zajmie mi to kilka miesięcy, bo studia, studia, więc spodziewajcie się niedługo wpisów typu "Zbiór dziwnych myśli o Władcy Pierścieni" i zapewne połowę wpisu zajmą moje dziwne skojarzenia, bo już po pierwszych 100 stronach mam tyle skojarzeń kulturalno-społecznych że szok!  
Kogo to dziwi w zasadzie xD
Recenzji nie będzie, bo to trochę bez sensu w 2018. 

PS3. Nie chcę zapeszyć, ale w tym miesiącu udaje mi się pisać coś co pięć dni. Mam nadzieję, że jesteście dumni, a nie przytłoczeni.

PS4. Zapytałam osobę niezależną i wyszło, że mam zrypane kolory na ekranie, i blog wcale nie jest z elementami różowego, jak myślałam, jeno bardziej beżowego. Świat mi się załamał :c

Klasycznie zapraszam na instagrama oraz na fejsbuczki, jeżeli chcesz być bez trudu na bieżąco i patrzeć na zdjęcia beenek z głupimi podpisami. No i jeżeli chcesz na bieżąco widzieć moje różne narzekania, komentarze i zdjęcia książek. 


Czytaj dalej »

10 września 2018

Lektury szkolne, czyli czemu nienawidzę pewnego bociana

0



Tytuł jest zupełnie niezgodny z regułami pisania dobrych tytułów w internecie i zupełnie bezsensowny, gdyż sam wpis powstał w celach bardziej humorystycznych niż np. umoralniających. . Zakładając bloga obiecywałam sobie, że żadnych głupich tagów, przecież te wyzwania to zabawa dla nastolatek kurde, a ja jestem POWAŻNYM STUDENTEM i już LEGALNIE SOBIE SZKODZĘ na różne sposoby, więc sami rozumiecie, blog takiej Poważnej Persony nie może być zaśmiecany tagami. Ale to było silniejsze ode mnie... Powaliło mnie jak jedzenie parówek mimo deklarowanego wegetarianizmu i jak czipsy do piwa w sobotni wieczór, to jest wiem, że nie, ale jednak tak.

Postanowiłam zrobić jak z czipsami, to jest wziąć te równie kaloryczne, ale z batatów i strasznie drogie, więc na pewno zdrowe, no i w skrócie to postanowiłam połączyć formę tagu o lekturach szkolnych, do którego nominowała mnie Kasia z Pozaświatów z wpisem o tym, co myślę o lekturach szkolnych i co chciałabym z nimi zrobić.

Zdjęcia będą śmiszne, bo przedstawiają typowe obrazki z mojego liceum oraz mnie, w jakości typowej dla telefonów w roku 2013. W którymś momencie człowiek był przekonany, że zawsze będzie fanem Farben Lehre, a na studiach będzie grać w zespole rockowym, machając długimi włosami przy gitarowych riffach. Ja z 2013 byłaby nieco zawiedziona, widząc dorosłą, krótkowłosą siebie siedzącą w piżamie, słuchającą vaporwave i piszącą z ludźmi na messengerze jak jakaś typowa laska. 

Jak coś to jestem ja i piję kawę. Kosztowała w automacie 1,70 póki rząd się do niej nie dopieprzył. 


Moja ukochana lektura szkolna
Prawie wszystkie. Jestem dzisiaj takim polonistycznym snobem właśnie dlatego, że jako dzieciak kochałam lektury. Najpierw z powodu tego, że chłonęłam absolutnie każde słowo pisane, obojętnie czy były to Wysokie Obcasy, gazeta codzienna czy książka medyczna o seksie, porodach i wychowywaniu dzieci. Później zaczęłam dostrzegać w nich coś fascynującego, a trudności ze zrozumieniem pewnych rzeczy szalenie mnie motywowały.
Jak często zaznaczam na blogu, moją ulubioną książką ever, a przy okazji lekturą, jest „Lalka”. Poza tym wskazałabym całego Żeromskiego, „Jądro ciemności”, „Dżumę”, „Wesele”... Dobra, szybciej będzie, jak powiem że nie lubiłam książki „Ten obcy”, bo była o nudnych nastolatkach, a ja kochałam wtedy Jeżycjadę i L. M. Montgomery, i żadne inne książki obyczajowe nie mogły z nimi rywalizować.

Najgorsza lektura szkolna, jaką przeczytałem/-am, to…
No właśnie ten biedny „Ten obcy” nie jest zły, jest tylko niewyróżniający się na tle innych, podobnych mu książek. Czytałam masę książek obyczajowych, często dziejących się w podobnym czasie co „Ten obcy”, i nie wyróżniał się na ich tle (kochałam np. „Dziewczynkę spoza szyby” czy „Awanturę o Basię”). Faktycznie złej lektury nie pamiętam. 

(Pierwsza) lektura, której nie przeczytałem/-am, to…
Na złą drogę zeszłam w bardzo młodym wieku, to jest w trzeciej klasie podstawówki, gdzie lekturą były „Kajtkowe przygody”. Co ja miałam do tego biednego bociana to ja nie wiem! Uparłam się, że nie przeczytam i koniec, nawet nie wypożyczyłam. Ale bałam się bardzo, że ktoś to odkryje (byłam wzorową uczennicą). Zadanie domowe, polegające na opisie prac polowych na wsi, napisałam na podstawie nie książki, a wspomnień z dzieciństwa mojej babci. Nikt się nie skapnął.
Nigdy więcej nie ominęłam żadnej lektury. Studia się nie liczą.

Lektura szkolna, którą przeczytałem/-am więcej niż raz, to…
„Lalka” – trzy razy. Wszystkie, które dublują mi się na studiach. Pana Tadzia chyba też trzy razy. „Nie-boską komedię” wiele razy, „Dziady” z milion razy, bo pisałam o nich pracę, a często czytałam dla przyjemności. „Bajki robotów” ze trzy razy (u mnie były lekturą, ale nieprzerabianą na lekcji, bo polonistka słusznie uznała, że klasa nie sprosta takiemu wyzwaniu intelektualnemu).

Patron mojego liceum. Zgadnijcie, co to za morda.


Lektura szkolna, do której wróciłem/-am po latach…
Jak po latach, wyszłam ze szkoły dwa lata temu... Znowu będzie „Lalka”, „Nie-boska” i „Dziady”, zapewne w swoim czasie przeczytam wszystkie lektury od nowa (szczególnie jeżeli będę dawać korki). Uważam lektury za książki na tyle interesujące i wartościowe, żeby wracać do nich często w dorosłym życiu (i może w końcu niektóre zrozumieć).

Lektura szkolna, którą przeczytałem/-am zanim dowiedziałem/-am się, że jest lekturą, to…
Heh, jasne, że Wasza ulubiona „Lalka”. Oraz „Zbrodnia i kara”, którą mama mi poleciła gdy byłam w gimbie. Może jeszcze „Kamienie na szaniec”. Ale zazwyczaj czytałam książki właśnie dlatego, że były lekturami dla uczniów na wyższym levelu, a ja chciałam być tak inteligentna jak oni.

Lektura szkolna, którą udało mi się przeczytać dopiero niedawno, to…
„Nad Niemnem” – nie omawiano tego w mojej szkole. Przeczytałam dopiero na studiach i żałuję tej zwłoki. Niedługo będzie wpis o tym!

Lektura szkolna, która powinna zniknąć z kanonu, to…
Specjalnie sprawdziłam kanon lektur i wyszło, że ja totalnie co innego czytałam, szczególnie w podstawówce, z dzisiejszego kanonu znam może 1/6. Więc trudno mi się wypowiedzieć. Sporo lektur wywaliłabym do działu „rozszerzone”, dla klas humanistycznych. Szczególnie „Pana Tadeusza” i co trudniejszych pozytywistów i romantyków. Dałabym na podstawce więcej fragmentów i omawiania lektur bez czytania lektur, na zasadzie „W jaki sposób dana książka funkcjonowała w społeczności tego okresu, na jakie potrzeby odpowiadała, co zmieniała itd.”. Uczeń i tak przeczyta lekturę bezrefleksyjnie i interpretację trzeba będzie mu wbijać do głowy, więc po co ma ją czytać. Niech rozumie, co „Pan Tadeusz” zrobił dla świata i zna fragmenty, zamiast pamiętać „Lol, taka głupia książka gdzie cały rozdział zbierali grzyby, a potem ktoś dopisał trzynastą księgę i dopiero ona jest interesująca" (nigdy nie przeczytałam tej sławnej trzynastej księgi, ale uczniowie jakoś zawsze nią byli najbardziej zainteresowani). 

Autor: Basia Wysocka. Nie podlinkuję, bo chyba nie byłaby teraz dumna ze swych tablicowych prac z pierwszej liceum xD


Książka, która według mnie powinna być lekturą szkolną, to…
Więcej różnorodności ziomeczki! Czemu wśród lektur nie ma żadnego komiksu, powieści graficznej? Żadnej mangi? Czemu tak mało fantastyki i s-f, czemu pomija się współczesność, jakby zaprawdę „Legenda o św. Aleksym” więcej w życiu dawała niż książki pisane o nas i dla nas? Na rozszerzeniu w ogóle powinny być też różne eksperymenty literackie, poezja cybernetyczna, pasty internetowe, fanfiki i całe to tałatajstwo, które rodzi się nagle i zmienia nieco obraz naszej literatury (zaryzykowałabym też wprowadzenie fabuł niektórych gier jako zjawiska okołoliterackie). Warto byłoby też rozumieć, jakie książki są ważne dla pokolenia, i je wprowadzać. Np. dla mnie pokoleniową książką był Harry Potter, zresztą mój rówieśnik, a tymczasem gdy byłam w podstawówce pani zabraniała mi go czytać, bo to szatanizm i psuje mózg (ach ta legenda o tym, że jakiś chłopiec po lekturze książki wyskoczył przez okno, bo myślał, że może latać na miotle... moja wychowawczyni w podstawówce uwielbiała opowieści, w których dzieci robią sobie krzywdę). A dzisiaj dla większości moich znajomych (i to filologów polskich) to przygody Pottera, a nie „Lalka” były lekturą, która pchnęła ich do dalszego zgłębiania literatury. Ustalając lektury nie można być ślepym na trendy czytelnicze (te wartościowe).
Wiem, że to mocno idealistyczne, nie musicie mi tego uświadamiać.

Lektura dowolna to ostatnia lektura przerabiana w czerwcu na języku polskim. Nauczyciel nie podaje żadnych wytycznych, uczeń sam wybiera książkę, którą chce przeczytać i przedstawić klasie. Co sądzisz o idei "lektury dowolnej"?

I tu właśnie mam problem. W moi liceum raz mieliśmy taką akcję, że każda grupa przedstawiała jakąś wybraną książkę. Na profilu humanistycznym (w całkiem dobrym liceum) to działało. Ludzie dawali naprawdę spoko książki. Ale w podstawówce... Większość dzieciaków i tak nie czyta. Większość dzieciaków i tak ściągnie od kolegi albo przeczyta coś modnego i krótkiego, zapewne jakieś straszne gówno. Większość dzieciaków boi się występować publicznie przed klasą. Wiele dzieciaków specjalnie wybierze taką książkę, jak wszyscy, żeby nie odstawać i nie być wyszydzonym przez resztę. A pewna część dzieciaków, np. ja, dałaby pewnie jakąś dziką książkę, która przeraziłaby nawet nauczycielkę, i spowodowała u klasy głęboką traumę, a potem naturalne odreagowanie, czyli wyszydzenie danej osoby. Dla mnie ta akcja brzmi uroczo, ale za bardzo sensu w tym nie widzę. Lepiej już dać listę lektur nieobowiązkowych będących takim „poleceniem” – dla dzieciaków czytających, żeby mogły się inspirować, oraz zrobić na tyle ludzkie lektury, żeby dzieciaki nieczytające znalazły może coś zachęcającego do nie bycia analfabetami.
Lubiłam zakurzoną lemoniadę. 


A jak w ogóle powinien wyglądać język polski w szkołach?
To już coś poza tagiem lekturowym, to część moich przemyśleń, które postanowiłam wprowadzić jako element do dyskusji. Lektury lekturami, ale jak powinna w ogóle wyglądać edukacja literacka i językowa w szkołach? Ze swojej dzisiejszej perspektywy mam wrażenie, że w moim prywatnym świecie wyglądałoby to tak:

1. Osobnym przedmiotem jest literatura, obejmująca też literaturę światową. W dzisiejszym kanonie lektur jest trochę utworów zagranicznych, ale nie ma nic o np. historii literatury w innych państwach. A przecież nie wszędzie jest tak samo. Spojrzałabym na problem bardziej światowo. Tutaj też pojawiłyby się np. komiksy o superbohaterach i te bardziej ambitne, mangi, haiku, utwory charakterystyczne dla różnych obcych kultur, nobliści.

2. Osobno nauka o języku, prowadzone też w liceum, chociaż w niedużym wymiarze godzin.

3. I przedmiot, który mi, jako edytorowi, wydaje się straszliwie potrzebny, czyli literatura i kultura internetu. A przede wszystkim JAK SIĘ PISZE NA KOMPUTERZE. Zajęcia prowadzone przez polonistę, a nie jakiegoś informatyka ze skończoną tylko podstawówką (przepraszam, ale w życiu nie miałam dobrego informatyka; był to jedyny przedmiot, na którym ściągałam i oszukiwałam, bo nawet nie było mi głupio przed nauczycielem). Ludzie TOTALNIE nie wiedzą nawet tak podstawowych rzeczy, że nie stawia się spacji przed przecinkiem. Nie możemy puszczać kolejnych pokoleń w świat internetu bez tej wiedzy. Zamiast niezdarnie straszyć pedofilami na forach lepiej nauczyć dzieciaki, że w internecie też pewne reguły są, bo potem te dzieciaki zostają właścicielami sklepów internetowych, biznesów, robią reklamy, prezentacje dla firmy czy zakładają blogi, objawiając całemu światu „nie umiem pisać i poskąpiłem na korektę”. Pierwsze zajęcia – „Dlaczego Comic Sans to bardzo zły pomysł”. 

Co o tym myślicie? Piszę zupełnie na świeżo, temat nawet nie przedyskutowany ze znajomymi, więc jestem tym bardziej otwarta na sugestie i uwagi. 
Czy istnieje ktoś, kto tak samo jak ja kochał lektury szkolne? Nie chcę być jedyna na świecie :c. A może to kwestia świetnych polonistów?

Wszystkie fotki autorstwa Basi Wysockiej, ale podejrzewam, że generalnie nie uważa ich za wartościową własność intelektualną. Pozdrawiam.



Klasycznie zapraszam na instagrama oraz na fejsbuczki, jeżeli chcesz być bez trudu na bieżąco i patrzeć na zdjęcia beenek z głupimi podpisami. 
Czytaj dalej »

Copyright © Szablon wykonany przez Blonparia