16 grudnia 2018

Jak brzydko da się wydać Ziemiomorze, czyli kwestia okładki





Dzisiaj, moi drodzy, poznęcamy się nad grafikami.

Przybywajcie do mnie, ludzie nienawidzący niedziel! Bo mam dzisiaj niezły towar nie wymagający wysiłku intelektualnego na poziomie oglądania amerykańskich seriali dla nastolatek! Dzisiaj porozmawiamy o polskich wydaniach, jamnikach i chorej wyobraźni niektórych grafików.

Kilka miesięcy temu skursywieni zainwestowali oszałamiającą sumę 10 PLN (dwa cydry) w trzy tomy „Ziemiomorza” Ursuli K. Le Guin, nie mając żadnego pojęcia, w co się pakują.

Wpakowali się nie tylko w świat, z którego wraz z każdym kolejnym tomem coraz trudniej wrócić do świata realnego (z ciągłą obawą z tyłu głowy, że będzie jak u Tokarczuk, i w końcu z tej szafy nie wyjdę, zostanę na zawsze...), ale wpakowali się też w wielki problem kolekcjonerski: otóż wydawnictwo Fantom Press zdaje się być typowym wytworem lat 90., który umarł równie szybko jak się narodził, i wydał tylko cztery tomy „Ziemiomorza”. A skursywieni posiadają tylko trzy tak ogólnie.

Jesteśmy w stanie zbierać kolekcję Lema naprzemiennie, z dwóch różnych wydań, w zależności od tego, które lepiej pasuje do danej grubości książki, ale nie jestem w stanie mieć trzy tomy, a nie mieć czwartego! Ale historia ta jest o wiele bardziej tragiczna, moi drodzy.

Uściślijmy, mamy „Czarnoksiężnika z archipelagu” (przeczytanego), „Grobowce Atuanu” (w czytaniu) i „Najdalszy brzeg”. Brakuje nam spójnie z nimi wydanego „Tehanu”. Ale na cykl składa się jeszcze powieść „Inny wiatr”, a w tym wielkim wydaniu wspólnym Prószyńskiego są do tego opowiadania zebrane pod wspólnym tytułem „Opowieści z Ziemiomorza”. Skursywieni stanęli nagle przed strasznym wyborem: czy mieć całą serię Fantom Press (nieszczególnie ładną, ale tanią i klimatyczną) i dokupywać kolejne części składowe w postaci osobnych wydań, czy porzucić ją i kupić wielkie wydanie wspólne (a nie znosimy wielkich, grubych książek, szczególnie że panią Le Guin to się powinno nosić w torebce jak tabletki a nie trzymać na półce).

Spowodowało to wielkie przekopywanie internetu w celu rozejrzenia się po wydaniach. Najlepszym sposobem na odnalezienie wszystkich wydań jest lubimy czytać oraz allegro. Ja wykorzystuję allegro, żeby od razu podliczyć, ile monet muszę stracić na swoje niezdrowe czytelnicze zapędy.

...i żeby popatrzeć sobie, jak różni, pożal się boże, graficy, na przestrzeni lat gwałcą oczy, estetykę i fundamentalne prawa człowieka.

Zapraszam w straszliwą podróż po wydaniach Ziemiomorza, po której zdacie sobie sprawę, że świąteczne pluszaki z cekinami z biedry to szczyt estetyki i artyzmu, a stare centra handlowe wyłożone plastikiem to wysokiej jakości design!

Dzisiaj współpracuję trochę z Piotrem, który o wiele lepiej niż ja zna Ziemiomorze, i został przypadkiem w to wciągnięty, gdy wysyłałam mu screeny najgorszych okładek z Allegro, krztusząc się rosołkiem w uczelnianej stołówce.

Zdjęcia pochodzą głównie z lubimyczytac.pl



Kolaż pierwszy, czyli „Czarnoksiężnik z archipelagu”. Jako że już czytałam, mogę analizować pod kątem treści. Pozostałe będę analizować (znaczy, oczerniać) tylko pod kątem artystycznym, ale generalnie w życiu nie bardzo przejmuje mnie to, czy okładka zgadza się we wszystkim z treścią. Bez przesady, nie interesuje mnie, jaki kolor włosów, oczu czy jakie rysy ma bohater, póki to nie jest istotne dla treści. Oburzanie się, że ziom na okładce według książki powinien mieć oczy ciemniejsze o dwa odcienie i zarost trzydniowy a nie dwudniowy jest straaasznie nastolatkowe, blee.

Co my tu mamy... Tom pierwszy wydawało wielu, jako że jest najbardziej kultowy, z czasem przetrwają najlepsi. Osobiście za najgorsze wydanie uważam nowe wydanie Prószyńskiego. Doprowadziło ono do prawdziwej tragedii – gdy wiele lat temu zobaczyłam tę okładkę, pomyślałam w swojej nastoletniej dumie „Znowu jakaś szmira dla nastolatków pokroju Eragona” (w gimbie nienawidziłam „Eragona”, bym dla mnie uosobieniem szmatowatej fantastyki i prowadził do niechęci do całego gatunku). I przez to jej nigdy nie przeczytałam! Aż do teraz. Tyle bezsensownie zmarnowanych lat... No, a poza tym nie znoszę zdjęć na okładkach. Nigdy. A Ged wygląda tutaj jak mój ex, czego absolutnie nie jestem w stanie znieść, i serio, widzicie tutaj cokolwiek ładnego? No nie!

Fantom Press ma niezbyt udaną okładkę, dość prostą, nawiązującą dobrze do faktu, że cała książka jest o bohaterze i jego cieniu. Sama książka jest typowym tworem lat 90., sypie się i blaknie, robiona bardzo po kosztach, i stąd zapewne wynika prostota okładki (i ten kaptur, podejrzewam że grafik niekoniecznie umiał rysować twarze czy coś takiego). Wulkan w tle jest dość niezrozumiały, ale dodaje grozy, nie? Bo to totalnie jest książka pełna grozy, prawie thriller (...nie...). Jak dla mnie – przaśność lat 90., jak ktoś lubi, to super, jak nie, to jest normalny...

To po prawej to Wydawnictwo Literackie, i Piotr twierdzi, że to dziwny człowieczek z dużą głową na pniu drzewa (a może na statku?). Coś w tym jest, jakaś głowa na pewno, ale czemu, jak, po co... Typografia ładna, ale bez tego dziwnego stworka odbiór byłby znośniejszy.



Druga porcja „Czarnoksiężnika...” dodaje wrażeń. Od lewej, znowu Prószyński, tym razem zaskakująco ładny, minimalistyczny, jak dla mnie najbardziej odpowiadający temu dość filozoficznemu stylowi książki (a nie, jak pozostałe, stylizujący się na typową rozrywkową fantastykę ze smokami, mieczami i nawalanką). Haczyk tkwi w tym, że to wydanie kieszonkowe, a ja wiemy (albo jak się właśnie dowiadujecie) wydania kieszonkowe to zło, bo przeważnie są kiepsko złożone, mają za małe litery, za małe marginesy, i są tak sklejone, że otwiera się je za pomocą dwóch wołów ciągnących w dwóch kierunkach.

Pośrodku chyba najstarsze wydanie Prószyńskiego. Miałam przy nim niejasne wrażenie, że widziałam ten styl już milion razy w różnorakiej fantastyce i s-f, i chyba faktycznie Prószyński swego czasu wydawał wszystko tak samo (Piotr twierdzi, że wygląda jak Thorgal – logiczne, przecież to prawie taka sama fabuła, co nie? xD). Lektura książki ani trochę nie pozwala rozwiązać tajemnicy, co się na tej ilustracji w zasadzie dzieje. 

Ostatnia okładka to moje zaskoczenie, bo pochodzi z akcji „Cała Polska czyta dzieciom”. Ja uważałam, że to nie jest książka dla dzieci, a wydanie jej w takim celu to absurd, aczkolwiek Piotr zbija moją argumentację tym, że sam czytał to w podstawówce i nawet nic mu się nie stało (okey, to kwestia dyskusyjna, czy nic...). A ja wiem, że nie doceniam dzieci, i łaskawie jestem skłonna przyznać, że może nie są aż tak głupie, i warto czytać im mądre książki. I w zasadzie to dziecięce wydanie najbardziej mi się podoba, chociaż specjalnie ładne nie jest, ale jest... łagodne, a ta książka, wbrew pozorom, jest dla mnie bardzo łagodna. 



„Grobowce Atuanu” dopiero zaczęłam, ale wydawnictwa niekoniecznie zaczęły, i teraz mam tylko trzy, wszystkie będące częściami cyklu.

No dobra, nie znalazłam, by Książnica wydała tom pierwszy, ale co tam, mamy tom drugi, czyli ten po prawej. W zasadzie wygląda cacy. Skursywieni mają pewne doświadczenie z handlem książkami przecenionymi, i mają okropny nawyk nadawania ceny na podstawie okładki książki – są jakieś takie cechy, które powodują, że człowiek od razu wie, że to dobre nie będzie, może jakiś międzynarodowy sygnał grafików? Bądź co bądź, widząc tę okładkę, instynkt podpowiada mi „Nie taniej niż 15 zł!”, a to już coś. Niezbyt ładna kreska, ale nie dzieje się tu nic potwornego ani wynaturzonego, a typografia spoko.

Okładeczka środkowa to znany nam Thorgal Prószyński, i patrząc na nią miałam dziwne wrażenie, że taką samą mogliby walnąć do Wiedźmina i nic by mnie nie gryzło. Ba, znając zdolności polskich wydawnictw, jakby walnęli do Tolkiena to też niewielu by protestowało. Motyw „ziomek+ziomeczka+dramatyczne tło” (nowy model rodziny w polskiej fantastyce!) pasuje przecież wszędzie, nie?

Moje Fantom Press używa znowu tego samego wulkanu i pioruna (chwila, czy na tej okładce w ogóle coś się zmienia poza kolorystyką i obręczą?). Okey, moja analiza szczegółowa wykazała, że na szczęście nie jest to ta sama grafika na zasadzie kopiuj-wklej, tylko przerysowane znowu te same motywy. Dodano magiczny hula-hop i zmieniono kolor na niebieski. Nie ma zaskoczenia estetycznego.



W „Najdalszym brzegu” znowu mamy tych samych zawodników, proszę państwa. Kto okaże się najgorszym ziomkiem od okładek?

Fantom Press, uwaga, uwaga, zmienia coś! Mamy nieco inną błyskawicę, nieco inny wulkan, nieco innego ziomeczka, któremu zimno w uszy, i połączenie kolorystyki dwóch poprzednich tomów, morze pomidorówki oraz wielką jaszczurkę, która na żywo wygląda jeszcze bardziej absurdalnie! Cóż za brawura...!

Książnica utrzymuje zimowy sznyt i tego samego rysownika, który nie lubi rysować więcej niż jednej osoby naraz. Tym razem ziomek gdzieś idzie. Sądząc po lasce, nie jest to historia podróży arktycznych z XIX wieku ani nietypowa książeczka edukacyjna o ludach Syberii.

Prószyński serwuje znanego nam już ciemnowłosego gostka w nowej sytuacji lirycznej, tym razem w tandemie z czymś, co Piotr nazwał „kraina umarłych w postaci czarnego gluta z pazurami” oraz z wewnętrznym landszafcikiem z duchami na pierwszym planie. Po dalszej obserwacji można zauważyć, że glut ma oko, i może być też smokiem, a skursywieni wysunęli odważną tezę, że ma też język, i to liżący gostka po szyi (cóż za perwersja!), co Piotr skomentował krótkim „Ojej... Blee...”, noo ale to może być nadinterpretacja. Sama okładka to dramatyczny groch z kapustą, a może kapusta z grzybami, przecież zaraz święta.



„Tehanu”

Jak już męczymy Prószyńskiego... Cóż to za lot w stronę zachodzącego... oka Saurona? No dobra, to chyba bardziej jakiś smok, jak wspominałam, nie znam treści, aczkolwiek Piotr oburzył się, że tom najbardziej poświęcony kobiecości nie ma kobiety na okładce. Może rysownik zgubił gdzieś tę babkę z części z obrazkiem rodzinnym?  Tym razem przynajmniej mamy kompozycję z grubsza zrozumiałą.

Za to niesamowicie postarało się Fantom Press, niszcząc wszystko to, co stworzyli wcześniej. Wszystko wskazuje na to, że grafik odkrył istnienie więcej niż dwóch fontów i... stały się rzeczy straszne. Cztery różne fonty na jednej okładce, jeden szeryfowy, jeden wyjebany w kosmos, plus ozdobny wzorek, dobrze, że jeszcze w wolne miejsca nie wcisnęli tam Hitlera, reklamy proszku do prania i kota. Nic w warstwie typograficznej nie zgadza się z poprzednimi wydaniami, nawet logo się zmieniło – ale obrazek został podobny, żebyśmy mogli ponapawać się tym, jak to się wszystko gryzie. Niestety, styl ilustracji się diametralnie zmienił na jakieś rozmyte coś, tracąc cały urok siermiężnej kreski tomów poprzednich. Obok pana zakapturzonego pojawia się absurdalny smok jak z bajek dla dzieci, oraz, niestety, dziecko (chyba?). Zamiast naszego kochanego wulkany i piorunów mamy okropne gwiazdki i tego straszliwego bachora, który wygląda jak wariacja na temat „typowy uroczy dzieciak z bogatej rodziny z XIX-wiecznej Anglii”. Dobra, jeżeli nie czujecie tego porównania, to spójrzcie na jego grzywkę i wszystko stanie się jasne. Skursywieni muszą napić się herbatki (z procentami) i chwilę odsapnąć po tym cherubinku.

No dobrze, a Książnica? Mamy zamek, mamy babeczkę o trochę przesadzonej facjacie, moim skromnym zdaniem, pasującej bardziej do jakiegoś harlekina, ale Piotr twierdzi, że do treści pasuje. Tracimy stylistykę zimową, nic ładnego nie dostajemy w zamian. Niekoniecznie jest to książka, którą bym obkładała szarym papierem... Ale szału nie ma.


Doczekaliście się! Ostatni tom, „Inny wiatr”. Bywało zabawniej, moi mili, ale proszę o chwilę uwagi.

Wydawnictwo Fantom Press niestety nas pożegnało, zapewne zdążyło upaść – szybko znalazłam je w internecie i wychodzi na to, że miało spore zasługi w kwestii sprowadzania do Polski ważnych książek oraz w kwestii gwałcenia gustów estetycznych Polaków przez całe lata 90. Niesamowity jest dorobek tego wydawnictwa, serio, patrzcie co znalazłam o nim w internetach. 

Ech, Fantom Press, a tak paskudnie mogliście wydać „Inny wiatr”... Bez was będzie nudno, czyli od Książnicy znowu zima i smutny koleś, a u Prószyńskiego mała rewolucja artystyczna. Po ostatnim oczowo-ropno-językowym chaosie tym razem mamy zwrot w zupełnie nowy rodzaj brzydkich ilustracji w bardzo optymistycznym, kolorowym klimacie. Gostek zaczął ubierać się na kolorowo i najwidoczniej zainwestował z kolorowego smoka, który wygląda trochę jak stary, gruby jamnik mojej sąsiadki z bloku (taki, któremu nie kupuje się ubranka na zimę tylko plandekę). Wydaje mi się, że niezwykle ważnym elementem treści musi być chodzenie z pochyloną głową, jakby bohater właśnie miał taki smutny przypadek, jak ja niedawno, czyli nagle zgubił w trawie guzik od dżinsów, sikając w plenerze. Jeżeli tak to współczuję. Nie wiem tylko, czy smok cokolwiek w takiej sytuacji pomoże. 


I tym optymistycznym akcentem kończymy dzisiejsze nękanie, którego napisanie, mimo że zupełnie pozbawione elementów intelektualnych, zajęło mi kilka dobrych godzin. Mamy nadzieję, że bawiliście się dobrze i zrozumieliście swoiste poczucie humoru i estetyki skursywionych. Bo można nie zwracać uwagi na okładki i wydanie, i żyć spokojnie, a można zwracać i żyć na wielkiej karuzeli wkurwu i zachwytu na przemian, co Wam serdecznie polecamy.

I dziękuję Piotrowi za komentarz i fakt, że wreszcie mogłam pisać w liczbie mnogiej bez elementu schizofrenicznego. Nie przyzwyczajajcie się, w kolejnych postach znowu będę jedną osobą w wielu osobach.

0 Czytaj dalej »

25 listopada 2018

Kultura w mieście - poradnik ogarniania

0



Jesteś studentem. Wysiadasz z pociągu z wielką walizą, która przez najbliższy miesiąc ma stanowić cały twój życiowy dobytek, i czujesz się jakbyś co najmniej wychodził na ląd w Australii. W XIX wieku. Jeszcze nie doszedłeś do akademika, a już masz ochotę dzwonić do matki z pytaniem, jak uruchamia się pralkę, do przyjaciół z pytaniem, kiedy to znowu spotkacie się na piwie w waszej starej grupie (spoiler: nigdy) i na telefon zaufania z pytaniem, jak przeżyć za 200 zł miesięcznie, i jak to nie udzielacie takich porad.

Przede wszystkim jesteś jednak człowiekiem kulturalnym, do tego z małej wsi, a więc przez lata odcięty od kultury innej niż ta dostępna w internecie (i w gminnym domu kultury, więc generalnie tańczenie, robienie ptaszków z papieru i granie Maryli Rodowicz masz w małym placu). Wreszcie znalazłeś się w mieście, mieszkasz tu na stałe, masz masę wolnych wieczorów (przynajmniej na razie tak myślisz) i możesz CHŁONĄĆ kulturę jak jakiś jamochłon 24/7 we wszystkich dostępnych miejscach.

Jesteś pełen entuzjazmu, który jednak mija niespodziewanie wraz z poznaniem obleśnych typów z twojego składu w akademiku, powąchaniem tego, co Erasmusi właśnie pichcą we wspólnej kuchni i uświadomieniem sobie, że bladego pojęcia nie masz, gdzie chcesz iść w pierwszej kolejności na tę całą kulturę.

Skursywieni dwa razy przechodzili już przez proces kulturalnego oswajania miasta, gdyż są bytem z małej wsi, bardzo wsi nielubiącym i ze wsi uciekającym. I dzisiaj opiszemy i doradzimy, jak wykorzystać potencjał kulturalny miasta, jak nie być ignorantem, jak nie mieszkać 20 lat w jednym mieście i nie wiedzieć o wielkim, europejskim festiwalu, który się w nim odbywa, jak nie nudzić się w domu i jak zgadnąć, czy do danego teatru trzeba ubrać się elegancko.

Polecamy i mieszczuchom, i przyszłym mieszczuchom, i studentom, i zupełnie nie studentom, właściwie wszystkim, też tym, którzy należą do przerażającej dla mnie grupy ludzi niekorzystających z kultury.



Załóżmy więc, że nasz student to totalna czysta karta, człowiek co raz był w filharmonii z klasą i było nudno, zupełnie nieuświadomiony odnośnie tego, co go w kulturze interesuje, i chcący spróbować wszystkiego jak głodny student na weselu (a jednocześnie ustrzec się przed przeładowaniem i negatywnymi skutkami dla żołądka). Od czego zacząć?

1. Od wyjścia z domu! Nigdy jeszcze nie wynaleziono lepszej metody poznawania miasta, jak zgubienie się w nim. Miasta, osiedla, parku, czegokolwiek! Wstajesz, wychodzisz, idziesz i czytasz absolutnie wszystko, co widzisz. Napisy na budynkach, znaki drogowe, nazwy urzędów, bazgroły na ścianach. Starannie kodujesz sobie w głowie położenie wszystkich bibliotek, teatrów, oper, pubów i dziwnych miejsc z których dolatuje muzyka. Wszystko się przyda! Idąc na uczelnię, do sklepu czy do fryzjera też nie łap pokemonów, tylko rozglądaj się uważnie. Odkrywanie miasta to moje hobby, i mogłabym mówić godzinami o tym, ile to niesie pożytku, ale ograniczę się do wspomnienia, że przez mój chodzony tryb życia poprzednie miasto znałam lepiej niż jego rdzenni mieszkańcy – też pod względem kulturalnym.

2. Internet to jednak rzecz podstawowa, więc na niej skup swoje siły poszukiwawcze. Obserwuj fanpejdże wszystkich pubów i kawiarni, w których byłeś albo które wpadły ci w oko. Często organizują koncerty, spotkania, festiwale kawy, kursy robienia kawy, kursy czegokolwiek. Szczególnie te hipsterskie miejsca, do których chodzą dziwnie ubrani ludzie, je obserwuj zaciekle. Takie miejsca też bardzo chętnie przyjmują ulotki z teatrów, galerii itp., które skrzętnie co miesiąc zbieraj i przeglądaj. Patrzenie na ulotki i sprawdzanie, co to ze zespół będzie grać na tydzień, może zaowocować nową muzyczną miłością, pamiętajmy.



3. Na szczęście na fb można przestać obserwować znajomych, bo inaczej mogłyby ci umknąć różne fajne wydarzenia; na wszelki wypadek jednak zostaw sobie kilku bardzo interesujących znajomych z twojego miasta i bacz na to, na jakie wydarzenia chodzą i co piszą.

4. Myślę, że każde miasto ma swój biuletyn w rodzaju poznańskiego Afiszu, czyli wyboru ciekawych wydarzeń kulturalnych. Jak to znaleźć? Oczywiście w internecie, zacznij od przeglądania oficjalnych stron urzędu miasta, a znajdziesz na pewno. Miasto finansuje sporo instytucji, muzeów, galerii, przeważnie tych największych, musi więc też je reklamować. Możesz też fizycznie zacząć od znalezienia Centrum Informacji Turystycznej albo czegoś takiego, co przeważnie ma mnóstwo ulotek o różnych wydarzeniach kulturalnych. W Poznaniu jest koło Empiku na placu Wolności i odwiedzam je co miesiąc, żeby porwać Afisz i kilka innych ładnych rzeczy. Do tego strony internetowe, np. kulturapoznan.pl czy wydawnictwa papierowe, jak „IKS”.

5. Znajdź osiedlowe centra kultury oraz To Jedno Największe, Które Wszystkimi Rządzi... No dobra, po prostu różne centra kultury, bo one wcale nie są hierarchiczne. W Poznaniu największe, miejskie, jest CK Zamek i jest prawdziwym molochem pod tym względem (nie wiem jaki adres, ale trudno go NIE zauważyć, jak jest kurcze w zamku). W Bydgoszczy to MCK na uliczce w bok od Dworcowej. Osiedlowe też są czasami warte uwagi, bo miasta mocno kładką nacisk na ożywienie kulturalne dalszych dzielnic. Nie wiem, jak jest na odległych blokowiskach, ale np. na Jeżycach jest serio fajnie (Dom tramwajarza na Słowackiego).

6. Znajdź wszystkie teatry i wpisz w kajecik. Dorzuć operę, filharmonię, akademię muzyczną i bibliotekę. To są newralgiczne miejsca do obcowania z kulturą tak zwaną wysoką, a przynajmniej miejsca, które zawsze warto wypróbować. Poczekaj, aż w którymś będzie coś naprawdę interesującego i taniego, wbij się do wolontariatu, poszukaj odpowiednich znajomości, chodź na przesłuchania dla statystów, siadaj na najbardziej odległych balkonikach za pięć złotych od osoby i ogólnie wydębiaj darmowe bilety jak się da. Nigdy bym nie zaczęła chodzić do teatru, ani zapewne nigdy nie byłabym w operze, gdyby nie przypadkowo zdobyte bilety za darmo, kombinowanie i znajomości. Przy odrobinie zainteresowania nie jest to wcale kultura tak droga.



7. Jak uniknąć przypału i pójść odpowiednio ubranym do teatru? W Bydgoszczy sprawa była prosta, bo był jeden teatr, i z założenia chodziło się elegancko (żeby potem śmieszkować, że było to silnym kontrastem wobec nieeleganckich rzeczy, które działy się na scenie). W Poznaniu nagle odkryłam kilka teatrów. Najprościej iść zobaczyć, jak wygląda widownia zbierająca się na chodniku przed spektaklem, ale jeżeli nie masz żyłki detektywistycznej, patrz po wielkości teatru i cenie biletu, jak i po tym, czy jest we własnym budynku, czy też na strychu czegoś innego. Małe i tanie sceny przeważnie są w Poznaniu nieeleganckie (U Przyjaciół, Ósmego Dnia), wielkie natomiast, takie jak Teatr Nowy czy Narodowy, eleganckie. Oczywiście nie jest to święta zasada, tylko taka, którą stworzyłam na swoje potrzeby, bo nienawidzę być ubrana elegancko).

8. Blogi o kulturze w danym mieście, strony na facebooku, takie rzeczy. Tutaj akurat się nie znam, ale napisanie na grupie dla studentów pierwszorocznych pytania o fajne puby z odpowiednią muzyką zaowocowało kilka lat temu kilkoma spoko miejscami i nową znajomością.

Czyż to nie piękne, że w dzisiejszych czasach otwierają się przed nami takie perspektywy, takie możliwości, żeby zachłysnąć się miastem, żeby żyć w nim naprawdę, a nie tylko hodować frustracje, kursując od uczelni, przez biedrę do domu? Żyjmy, obcujmy, twórzmy – no i poznawajmy.

Wpis powstał dzięki uprzejmości mojej współlokatorki, która akurat wyjechała na weekend i mogłam spokojnie używać jej fotogenicznych instrumentów. Pozdro Slasia!

prywata

Auć, dopiero co kupiłam telefon z takim aparatem, żeby się dało robić zdjęcia, a już mój laptop dochodzi do momentu, w którym robienie czegokolwiek w programie graficznym zajmuje godziny. Serio, zaczęłam słuchać podcasty czekając, aż cokolwiek się załaduje. Chyba czas nauczyć się rysować. Albo rzeźbić. Jak w kolejnych wpisach zobaczycie rzeźby z plasteliny to już wiecie, dlaczego.

Drugie auć - czytam o wiele szybciej niż piszę i mam tyle książek w kolejce, że nie wiem, jak Wam je wszystkie przedstawić. Chyba zacznę od daty wydania. W kolejnym odcinku: prawdopodobnie "Opowieść podręcznej".


***Tradycyjnie zapraszam na facebooka i instagrama, a lubimy czytać macie na pasku bocznym, powodzenia***

Czytaj dalej »

11 listopada 2018

Bardzo krótka recenzja Maus

0




Kiedy szykowałam się do napisania tego wpisu, siedząc na niespecjalnie fascynującej konferencji językoznawczej i przeglądając recenzje innych czytelników, okazało się, że moje notatki składają się głównie z tego, o czym NIE CHCĘ pisać w tej recenzji.

Nie chcę rozwodzić się znowu nad kontrowersjami, czy Polacy są pokrzywdzeni przedstawieniem ich jako świnie czy nie. Za bezsensowne uważam streszczanie tej opowieści, bo przecież wiadomo, o co chodzi; tak samo wszystkim doskonale wiadomo, jak wyglądała wojna z perspektywy Żydów, jak wyglądały obozy, jakie okropieństwa się działy. Czy mam się znowu, za rzeszą podobnych mi recenzentów, historyków, nauczycieli, pisarzy i biografów, rozpisywać nad zbrodniami, mordami, okrucieństwem, odbieraniu ludziom prawa do człowieczeństwa i innymi przypadkami XX wieku?

A już w ogóle irytowało mnie każdorazowe zaskoczenie recenzenta, że tak trudną historię opowiedziano jako „komiks jakby dla dzieci”, „niepoważnymi obrazkami”, „poprzez ludzi z twarzami zwierząt, jak z bajek dla dzieci”, i czy to na pewno pasuje? Wypada? Nie wypada?
Odniosę się tylko do sprawy ostatniej – moim zdaniem ten komiks narysowany normalnie, z postaciami ludzkimi, byłby zwyczajnie zbyt ciężki. A czy się coś narysuje, czy napisze, jaka to w zasadzie różnica?

Podeszłam do Maus bez żadnego założenia interpretacyjnego, i stąd też mój wielki problem z napisaniem więcej niż kilku akapitów o tym dziele. Chciałam zobaczyć człowieka, który poświadczy mi, że coś takiego jak Holocaust naprawdę istniało, nie jest wyłącznie cyframi w podręcznikach, jest raczej milionem osobistych historii, szybciej lub później zakończonych, opowiedzianych lub nie. Zobaczyłam człowieka, i tego, który cudem uniknął śmierci, i tego, który jest już stary, zmęczony, nieco zdziwaczały. Chciałam potraktować ten komiks jako kronikę, nie jako coś co czyta się dla walorów artystycznych, dla oderwania się od życia czy czegokolwiek innego. Plan edukacyjny na pierwszym miejscu, więc zawaliłam naukę i w dwa wieczory przeczytałam całość.





Obudził emocje, ale nic nie stworzył ani nic nie zburzył. Czuję się zaskakująco pusto, może wina bycia człowiekiem dość historycznie uświadomionym. Groza wojny może pobudzić mnie do łez, ale nie jest szokiem, nie jest niczym nienaturalnym. Z zazdrością patrzę na moich uczniów, którzy oburzają się i przejmują wojnami, zadając bezsensowne pytania o to, jak ludzie mogą wywoływać je i się na nie zgadzać.

Oczywiście, bardzo Wam Maus polecam, nawet nie tyle polecam, co nalegam – czytajcie! Miejcie na półkach. Nie bądźcie obojętni na historię! A z książek o Holocauście dostępnych dla zwykłych czytelników ta jest jedną z naprawdę ważnych, obok „Zdążyć przed panem Bogiem” czy innych takich lekturowych. Bo nie wszystko, co podejmuje ten jakże trudny dla ludzi temat, jest czytania warte, o czym bardzo fajnie jest napisane w tym artykule zPrzekroju:

„Mają niestety rację: kicz Holocaustu świetnie się sprzedaje – nie budzi też dzisiaj większych oporów ze strony odbiorców, a często właśnie kiczowaty sposób przedstawienia jest bardziej pożądany.”

Maus jako lektura szkolna? Ja bym głosowała za tym bardzo.



***
Prywata

Jak widzicie, straszliwie trudno skursywionym funkcjonować naraz ze studiami, licencjatem, blogiem i życiem osobisto-koncertowym. Nie zamierzają się jednak poddawać na żadnym froncie!

Czyta się, czyta się sporo, więc dojdzie kilka nowych lektur i tak zwanej klasyki. Chciałabym też rozszerzyć tematykę bloga na inne elementy rzeczywistości mojemu sercu bliskie, czyli kulturę w ujęciu generalnym i szerokim, a szczególnie kulturę miasta Poznań. Czy jest ktoś z Poznania? Z okolic? Czy wpisy poznańskie trafią zupełnie w próżnię? Bardzo chętnie bym Was informowała na fb na przykład o tym, co się ciekawego w mieście dzieje, ale nie wiem, czy byłby jakikolwiek odbiór.

Na fb mało się dzieje, i moja to wina, gdyż zbyt wciągnął mnie instagram. Tam Was przede wszystkim zapraszam, tam jest trochę prywaty, sporo mojego ślicznego wydziału (Collegium Maius w Poznaniu, zalecam je pozwiedzać, jak będziecie, kawa jest prosto i w lewo), trochę moich butów, dużo mojej Ryby, książek, zdjęć na świeżo z biblioteki albo klatki schodowej, zapowiedzi blogowych, i w ogóle wszystkiego, co na blogu nie wyląduje nigdy albo za tysiąc lat. Stronę na fb też postaram się troszkę ruszyć. I oczywiście wszędzie możecie do mnie pisać i zagadywać, jestem człowiekiem bardzo online (stety? niestety?).

Niedługo zacznę też prowadzić instagrama mojego koła naukowego, jeżeli to kogokolwiek interesuje (mnie by interesowało, bo co takiego może wrzucać koło naukowe? no właśnie).

A na koniec macie porządnie już nadgryzionego, absolutnie nie instagramowego rogala świętomarcińskiego, który jest głównym powodem, dla którego lubię to miasto. Bądźmy szczerzy, historię to ma nudną to miasto (praca, praca, praca, ale dla Niemca, wyzwolenie, znowu praca), mało studencką, poziom smogu taki sobie, poziom ładności też, ale nigdy jeszcze nie widziałam tak fajnego sposobu świętowania, jak jedzenie rogali. I to idealnie wpasowane w datę trudną, czyli 11 listopada, który wiemy, jakie emocje budzi.*

*We mnie generalnie pozytywne, ale zanim się zacznie i po tym, jak się skończy – bardzo lubię patrzeć jak się organizuje wielkie imprezy, montuje nagłośnienie i sceny, biega i załatwia rzeczy na ostatnią chwilę, a potem to wszystko sprząta i rozmontowuje, natomiast nie znoszę brać udziału w żadnych spędach publicznych, marszach czy wiecach.






Czytaj dalej »

7 października 2018

To nie jest recenzja "Władcy Pierścieni"

0



Próba zrecenzowania tego wiekopomnego dzieła byłaby dowodem jedynie mojej pychy i zaślepienia, które nie przystoi adeptowi sztuk humanistycznych ani adeptowi żadnej nauki w ogóle. Pycha i przekonanie o sile własnych sądów jest cechą głupców, a nie mędrców, moi drodzy. Za dużo o „Władcy Pierścieni” i jego twórcy już napisano; jest nawet na moim wydziale fakultet w tej tematyce. Cokolwiek spróbuję Wam powiedzieć, będzie za mało, za płytko i za słabo, lepiej więc przekażę Wam tylko część własnych przemyśleń i spostrzeżeń – i o książce, i o sobie, a głównie o indywidualnym odbiorze. Zaznaczam z góry, że specjalnie się tolkienologią nie zajmowałam, bo uważam to za dział nauki tak obszerny, że liźnięcie go jedynie jest dla niego obrazą, a poznanie wymaga studiów zbyt obszernych jak na moje możliwości. W skrócie: prawdziwe teksty o „Władcy Pierścieni” czytajcie u Tolkienowych fanów, mi dajcie napisać od serca, co myślę.

Każdy czytał, oglądał albo słyszał o „Władcy Pierścieni”. Nie da się praktycznie funkcjonować w naszej kulturze bez podstawowych informacji o Pierścieniu, jakby co najmniej funkcjonował w naszym własnym uniwersum, i zniszczenie go było dla nas żywotnym problemem (czy Tolkienowi przypadkiem nie udało się wcisnąć w myśl naszego świata mitologię swojego własnego świata?). Sama jako dziecko pamiętam teczkę mojego taty z wizerunkiem Pierścienia ze świetlistym napisem, wyrytym mocno w mojej pamięci. Pamiętam jakieś określone sceny z filmów, które oglądałam po milion razy na malutkim ekranie. Pamiętam doskonale, że moja mama zawsze najbardziej lubiła Legolasa i zarażała mnie sympatią do elfów w ogóle. Jak to jest wychowywać się bez „Władcy Pierścieni”? Nawet sobie nie wyobrażam.

Gdy miałam kilkanaście latek nagrywałam na cegłofonie czyjejś matki czy tam ojca ekranizację „Władcy Pierścieni” mocno inspirowaną filmem, wraz z rodzeństwem bliższym i dalszym. Na nieszczęście, nagranie to przetrwało, więc mogłam niedawno obserwować moje bliższe i dalsze rodzeństwo bezwładnie biegające i zaprawdę potępieńczo drące japę, najwyraźniej w imię jakichś wyższych idei kinematograficznych. Było to zarazem przerażające i fascynujące, możecie mi wierzyć.




Ja na dodatek mam mamę szczerze lubującą się w fantastyce i s-f. Zawsze dziwnie to wypada, gdy książki na prezent szukam dla mamy w dziale „Fantastyka młodzieżowa” zamiast „Kulinaria” albo „Literatura kobieca”, jak dla jakiejś prawdziwej matki. Bywa. Rodzicielka moja ma swój egzemplarz „Władcy Pierścieni” w tomach trzech, z których jest niezwykle dumna, bowiem to pierwsze wydanie w wolnej Polsce. Dodać też należy, że to prawdopodobnie najgorzej wydana książka w tym kraju od kiedy wynaleziono druk. Nie spodziewałam się nigdy, że zobaczę książkę złożoną bez wyjustowania. Na zajęciach pokazywano nam ją jako antyprzykład, bo edytorzy ogólnie lubią popastwić się nad dziełami kolegów po fachu, i wyobraźcie sobie mój szok, gdy odkryłam, że tym książkowym potworkiem jest ów matczyny święty Tolkien.

Na wszelki wypadek jej nie uświadamiałam. A pożyczyć go mogłam tylko do zdjęć, broń Boże do czytania (zapewne by się rozleciał).

Mama, chcąc naturalnie zarazić nas swoim gustem literackim, czytała nam do snu „Hobbita”, i to czytanie wpłynęło na, myślę, całościowy odbiór „Władcy Pierścieni” w moim dorosłym życiu. „Hobbit” cudnie nadaje się jako baśń czytana wieczorem dzieciom, żeby miały się czym przejmować, czyje przygody przeżywać potem całymi dniami, żeby w jakiś jeszcze świat móc się zanurzyć i z niego czerpać podświadomie pewną mądrość. „Władca Pierścieni” jest za to dla tych samych dzieci, gdy już mają dwadzieścia jeden lat i nadal potrzebują baśni, opowieści snutej przy ognisku, o mądrości, o dobrych i złych stworzeniach i o smętnych kurhanach dawnych, wspaniałych władców.



Tolkien bardzo słusznie zwrócił uwagę, że jego świat nie zgadza się z zasadami panującymi w naszym  świecie, i nie można przykładać wydarzeń z jednego do drugiego, mrucząc „O, on totalnie chciał przez to przedstawić drugą wojnę światową...”. Postanowiłam w dobieraniu perspektywy, z której będę analizować tę lekturę, zaufać twórcy, i im bardziej się w nią zagłębiam, tym bardziej widzę, że te światy egzystują w zupełnie innych wymiarach. Odbiera mi to ochotę do szczegółowej analizy i interpretacji, zachęca do puszczenia cugli i wpadnięcia w świat opowieści, przez co „Władcę Pierścieni” klasyfikuję jako książkę absolutnie rozrywkową i zwyczajnie – lekką.

Stanowczo jest w  niej za dużo mądrych ludzi jak na warunki naszego świata, za dużo dobrych władców i za dużo się ogólnie śpiewa.
Fantastyka tyle przejęła od Tolkiena, a śpiewu i delikatności jakoś nie. Mam wrażenie, że książki tego typu, które czytałam, wolą nawalankę mieczami i brutalną rzeczywistość, niż śpiewanie pieśni do dawnych wodzach. Widocznie one dzieją się w naszym świecie.

O ile filmowego „Władcę Pierścieni” z różnych powodów lubię, o tyle „Hobbita” nie znoszę. No dobra, pozwalam mu egzystować jako osobne dzieło, nie mające nic wspólnego ze świetną książką Tolkiena, ale nadal – nie obejrzałabym dla przyjemności. Bo zrobili z niej takie właśnie nawalanie mieczem, które w porównaniu z baśnią jest zwyczajnie ordynarne. Nie odnajduję w tym tego „Hobbita”, wraz z którym przemierzałam drogi Śródziemia w latach dziecinnych.

Z „Władcy Pierścieni” tyle wątków, motywów, nazw, cytatów i całej tej drobnicy kulturowej przeniknęło do popkultury, że w zasadzie czytanie go w wieku już poważnym bywa przezabawne, gdy ci te wszystkie skojarzenia latają po głowie. Gandalf jest sklepem z książkami, chlebem krasnoludów moja mama zwała okropne słodycze, które nie schodziły albo ostatni prowiant w górach, chowany na dnie plecaka. Mapy Śródziemia pojawiają się na wszystkim, wejście do Mordoru proponują mi w poznańskim klubie, chociaż przeważnie silniej kojarzy się z Warszawą albo moim pokojem, gdy go za długi nie wietrzę. Homo floresiensis, człowiek z Flores, nazywany bywa przez badaczy „Hobbitem”. Że nie wspomnę o wszystkich Waszych niskich znajomych.



Jestem w połowie lektury „Władcy Pierścieni” i prawdziwej jego recenzji nie napiszę. Zapewne po drodze coś mi się jeszcze rzuci w oczy, to o tym napiszę. Szczególnie interesuje mnie teraz kwestia wydań polskich i przekładów. Sama mam przekład polecony mi przez kumpelę, aczkolwiek w latach dziecinnych czytałam inny (łatwo poznać po tym, że Aragorn jest nazywany Obieżyświatem czy Łazikiem oraz po tłumaczeniach wierszy). Jeżeli macie jakąś wiedzę na temat tego, który przekład jest dobry, który kanoniczny, a który odradzany, dajcie znać.

Teraz będę pisać straszną herezję, ale mam wrażenie, że Tolkien z literackiego punktu widzenia popełnił błąd – czy raczej coś, co dla mnie subiektywnie jest błędem, w końcu ocena literatury to rzecz względna. Otóż budowanie tak szerokiego świata dla tylko kilku powieści uważam za błędne. Mnożenie informacji ponad miarę utrudnia odbiór. Jestem zwolenniczką tego sposobu pisania, w którym każdy opisany szczegół musi być ważny dla fabuły albo zamysłu, i jeżeli okno ma żółte firanki, to te cholerne firanki wyrażają traumę z młodości głównego bohatera, a nie, że autorowi akurat wpadły żółte firanki do głowy. Tolkien bardziej stworzył świat, w którym przypadkiem znalazła się fabuła, a nie świat dla fabuły, co dla mnie jest... zbędne. Rozumiem wielką miłość do tego i wszelkich ludzi, którzy światy i języki uwielbiają badać, ale ja do nich nie należę, i wszelką mitologię Śródziemia, wszelkich przodków, bohaterów legend, synów i ojców, skomplikowane nazwy i historię każdej krainy zwyczajnie czytam jednym okiem i zapominam, skoro do niczego mi się w dalszej lekturze nie przyda.
Czy tylko ja jestem takim heretykiem...?
(Nie bijcie)

Czytaj dalej »

1 października 2018

Zapowiedzi wydawnicze na październik

0



Zupełnie nie spodziewałam się, że w październiku będzie tak dużo nowych książek. Oczywiście żadnej nie kupię – za dużo mam do kupowania starych książek – ale zapowiedzi zazwyczaj robię starannie, żeby zainteresować Was konkretnymi tytułami i wydawnictwami oraz zrobić sobie samemu ponadczasowy spis Obiecujących Czytadeł. W tym miesiącu jednak poddałam się i ogarnęłam tylko kilka wydawnictw, a i tak wyszło 13 książek. Kolejne bałam się przeglądać, nie umiałabym odmówić żadnej książce i zatrzymałabym się koło czterdziestki D:

Oto październikowe Godne Czytadła:




O kotach (Czarne)

Zbiór opowiadań o kotach pisanych przez takich ziomków jak Stefan Chwin, Olga Drenda, Piotr Paziński, Małgorzata Rejmer, Piotr Siemion czy Paweł Sołtys. Jako posiadacz kota zapewniam – można o nich pisać i czytać w nieskończoność!

O psach (Czarne)

Jak wyżej – opowiadania o psach napisane przez pisarzy takich jak Michał Cichy, Wioletta Grzegorzewska, Weronika Murek, Patrycja Pustkowiak, Krzysztof Varga i Andrzej Stasiuk. Psa również posiadam, z psami wychowuję się od urodzenia (mając na ich punkcie niezłego hopla) i psów zamierzam mieć mnóstwo (zdradzę, że mam już imiona przyszłych pupili: Morf, Fonem i Spock), więc pomysł na dzielenie się opowiadaniami o nich uważam za niezwykle fajny.

Pepiki. Dramatyczne stulecie Czechów. Mariusz Surosz (Czarne) 

Pepiki to książka o ludziach piszących historię, o zwycięzcach i o tych, którzy zapłacili najwyższą cenę za walkę o ideały. To opowieść o sławnych Czechach i nie mniej ważnych dla czeskiej historii postaciach drugiego planu: wybitnym pisarzu Karelu Čapku, urodzonym w Karlowych Warach Karlu Hermannie Franku, hitlerowskim zarządcy Protektoratu Czech i Moraw, amerykańskiej żonie pierwszego prezydenta Czechosłowacji, astronomie nawołującym do zjednoczenia kraju, księdzu-prezydencie oskarżonym o współudział w ludobójstwie, czeskim pilocie z Dywizjonu 303 i wielu, wielu innych. To błyskotliwe reportaże o czeskim człowieku, pozwalające otrząsnąć się ze stereotypów i uważniej spojrzeć na południowych sąsiadów.

Bo niby wiemy, że jacyś Czesi są i maja spoko piwo, a my ich kilka razy w tym wieku nieładnie najechalim, ale tak naprawdę większość ludzi (nieuważających na historii) o Czechach ma blade pojęcie.



Czesałam ciepłe króliki. Rozmowa z Alicją Gawlikowską-Świerczyńską. Dariusz Zaborek (Czarne)

Rozmowa o fenomenalnym optymizmie. W każdych warunkach, także w obozie koncentracyjnym. O tym, że człowiek umie przetrwać bardzo wiele i że do końca może pozostać młody. Alicja Gawlikowska-Świerczyńska – lekarka, była więźniarka obozu w Ravensbrück – w wieku dziewięćdziesięciu dwóch lat opowiada o swoim życiu. To niezwykły dokument, a zarazem porywająca opowieść o życiu kobiety silnej, odważnej i niezależnej.

Alicja Gawlikowska-Świerczyńska urodziła się w 1921 roku w Warszawie. Gdy miała dwanaście lat – umarła jej matka. Gdy miała szesnaście lat – zmarł jej ojciec. Gdy miała osiemnaście lat – wybuchła wojna. Działała w konspiracji. Po wpadce trafiła na pół roku do więzienia na Pawiaku, a potem na cztery lata do obozu koncentracyjnego w Ravensbrück. Po wojnie została lekarką: pulmonologiem i anestezjologiem. Pracuje do dziś.

Z dwojga złego wolę optymizm niż martyrologię, a to brzmi jak naprawdę ciekawy żywot.

Czasy secondhand. Koniec Czerwonego człowieka. Swietłana Aleksiejewicz (Czarne)

 Nie sposób go z nikim pomylić, choć jest podobny i zarazem niepodobny do reszty ludzkości. Ma własny słownik i doskonale wie, co jest dobre, a co złe. Paszport radziecki przechowuje jako najcenniejszy skarb. Homo sovieticus.

Nie umarł wraz z upadkiem imperium, za to musiał stawić czoła nowej rzeczywistości, gdy wbrew przewidywaniom Marksa po socjalizmie nastąpił kapitalizm, ojczyznę zastąpił supermarket, a władzę przejęli handlarze i cinkciarze. Wiecznie żywy, chętnie opowiada o swoich bohaterach i męczennikach, o nadziejach i rozczarowaniach, o złości, frustracji i zderzeniu z rzeczywistością. To z tych opowieści, domowych i osobistych składa się niezwykła książka wybitnej białoruskiej autorki, laureatki literackiej Nagrody Nobla.

Swietłana Aleksijewicz po raz kolejny oddaje hołd zwykłemu człowiekowi, którego losy przeplatają się z Historią.

Wywracanie kultury. O dandysach, hipsterach i mutantach. Rafał Księżyk (Czarne)

„Tam, gdzie stawką jest przetrwanie, wszelkie chwyty są dozwolone. Sztuczny gest, maska, brikolaż, improwizacja, akty magii i prywatne mity liczą się bardziej niż racjonalne rachuby. Drobiazgi ponad systemy. Paradoksy ponad prawa. Funkcjonalność ponad moralność. Estetyczny materializm ponad uduchowiony racjonalizm”.
Trzeba sobie radzić, stwierdza autor. A skoro uwiera nas i osacza kultura, można ją wywrócić. Tylko jak to zrobić? I za jaką cenę?
Podpowiedzi dostarcza ten błyskotliwy esej, którego bohaterowie na szok nowoczesności odpowiadają szykiem. Księżyk nawiguje swą książką po luce między dyskursem humanistycznym a popkulturową mitologią i próbuje przyjrzeć się tradycji i użyteczności takich zjawisk jak sztuka drażnienia, mit błyskawiczny, narcyzm kompensacyjny, patafizyka, ironiczny konformizm, dryfowanie, psychogeografia, przechwycenie, rytmanaliza, cool, Neo-HooDoo i inne.
Wywracanie kultury odległe jest jednak od teoretyzowania. Skupia się na perspektywie dnia codziennego, a wszystko ogniskuje się wokół trzech figur niedocenionych bohaterów nowoczesności: dandysa, hipstera i mutanta.

O kusiła mnie ta książka od dawna, jak się dało podczytywałam fragmenty, i wygląda na coś fascynującego, chociaż... no możliwe też że mało zrozumiem.



 Dukla. Andrzej Stasiuk (Czarne) 

No więc Dukla. Dziwne miasteczko, z którego nie ma już dokąd pojechać. Dalej jest tylko Słowacja, a jeszcze dalej Bieszczady, lecz po drodze diabeł powtarza jak litanię swoje „dobranoc” i nic z rzeczy ważnych się nie przydarza, nic, tylko kruche domy przycupnięte przy szosie jak wróble na drucie, a pomiędzy nimi wietrzne wygony nieodmiennie zakończone niebem, które wznosi się, a potem przegina, zawisa nad głową, by wesprzeć się o przeciwległy skraj horyzontu. Tak jest – Dukla, uwertura pustych przestrzeni. Dokąd pojechać z Dukli? Z Dukli można tylko wracać. Podkarpacki Hel, urbanistyczna ultima Thule. Dalej już tylko drewniane chyżki i betonowe okruchy corbusierowskich bastardów – czyli rzeczy, z którymi pejzaż daje sobie jakoś radę.

Do białości. Ala Flora (Ha!art)

Albin nie ma prawa jazdy, bo jest płetwonogi, na szczęście Bianka ma potężne łapy. Decydują się na wspólną podróż samochodem.

Im mniej wiemy tym lepiej dla książki.

Ciemności, Yedda Morrison (Ha!art)

Czy Joseph Conrad był poetą natury, w podróży do prehistorycznej ziemi? Nic bardziej mylnego. W 2009 roku amerykańska artystka i pisarka konceptualna Yedda Morrison wydała broszurę Darkness (chapter 1) o znamiennym podtytule “odtwarzanie przed-kolonialnej dziczy. Biocentryczna lektura Jądra Ciemności Josepha Conrada”. [re-animating the pre-colonial wilderness: a biocentric reading of Joseph Conrad's Heart of Darkness]. Projekt urósł do rozmiarów pełnej książki wydanej w 2011 r., będącej w całości przechwyceniem angielskiego tekstu "Jądra ciemności", z którego artystka wymazała wszelkie ślady obecności człowieka.Tym, co pozostało, są elementy scenerii, rozrzucone po stronach archipelagi słów, kompozycje typograficzne, których głównym bohaterem i aktorem jest przyroda. Mroczna, zaskakująca, zabawna, wzniosła, bezsensowna.

Im bardziej bezsensowna tym lepiej dla książki.



Dizajn na co dzień. Don Norman (Karakter)

Pierwsze polskie wydanie kultowej książki poświęconej projektowaniu. Od czego zależy, czy przedmiot jest dobrze lub źle zaprojektowany? Kiedy spełnia on oczekiwania użytkowników, a kiedy zaspokaja wyłącznie ambicje projektanta? Co sprawia, że jedne przedmioty przechodzą do historii, a inne ulegają zapomnieniu? Donald Norman, amerykański psycholog kognitywny i projektant, wnikliwie i ze swadą opowiada o tym, na czym polega funkcjonalność projektowania i na czym opierają się nasze relacje z przedmiotami.

Te zapowiedzi to taki mój spis książek o designie, które sobie kupię gdy będę już bogata i zacznę zgłębiać tę pasję, na razie traktowaną po macoszemu.

Pani od obiadów. Lucyna Ćwierczakiewiczowa historia życia. Marta Sztokfisz (Wydawnictwo Literackie) 

Pani Lucyna miała niespełna czterdzieści lat, a już była obiektem zachwytów, złośliwych spojrzeń i plotek. Jej 365 obiadów za 5 złotych” było najchętniej czytaną polską książką tamtego okresu i zajmowało honorowe miejsce w tysiącach polskich domów, tuż obok Biblii. Nakłady kolejnych jej książek kucharskich przekraczały nakłady dzieł Mickiewicza i Słowackiego, prowadzony przez nią salon przy Królewskiej odwiedzały największe osobistości stolicy, a za roczną pensję mogła kupić trzy majątki ziemskie!

Uwielbiam, gdy książki wyciągają takie fascynujące, nieco zapomniane osoby i pozwalają rzucić się w nurt historii w pogoni za kimś niby zwyczajnym, nieobecnym w podręcznikach szkolnych, ale niezwykle ciekawym. Niejako od kuchni.


Wyzwolenie zwierząt. Peter Singer (Marginesy) 

Wyzwolenie zwierząt to biblia obrońców praw zwierząt i każdego, komu nieobce jest cierpienie naszych braci mniejszych.
Zwierzęta nie mogą same domagać się wyzwolenia ani też głosowaniem, demonstracjami czy bojkotem protestować przeciwko warunkom, w jakich żyją. Zdaniem Singera jednak normy moralne nie powinny odnosić się jedynie do ludzi, lecz do wszystkich istot, które zdolne są odczuwać cierpienie. Nie ma dobrych powodów pozwalających nam na używanie zwierząt do zaspokajania naszych potrzeb. Zwłaszcza na taką skalę i z takim okrucieństwem.

To nie jest mój temat. W gruncie rzeczy nie jem mięsa (od dobrych, hmmy, dziesięciu lat? zawsze uważałam że jest obleśne), ale nie ma to żadnego uzasadnienia etyczno-ideowego, a jak ktoś mi da parówkę to chętnie, parówki lubię. Tak samo buty i paski z prawdziwej skóry oraz membrany bębnów jeszcze pokryte włosiem kozy (czy tam czego) nie są dla mnie odrażające. Przez taką bardzo środkową, umiarkowaną postawę w zasadzie nie mam nic do powiedzenia w temacie, i na co dzień wyrzucam go w zakamarki „tyłu głowy”. Ciekawi mnie, czy taka książka by coś zmieniła.\

***

Spóźniłam się z tym wpisem o jeden dzień, żeby mieć we wrześniu publikację co pięć dni. Niestety! Ale i tak jestem z siebie dumna, bo najpierw wyszło to przypadkowo, a jak już wyszło, to szkoda było porzucać. Potem każda podzielna przez pięć data w kalendarzu budziła we mnie dziką potrzebę pisania i utrzymania tego trendu, nawet gdy byłam na wakacjach. Wrzesień uważam więc za bardzo udany jeżeli chodzi o blogowanie.

Październik będzie inny, bo np. jutro kończą mi się wakacje. Na razie cichy plan zakłada publikację w co siódmy dzień miesiąca – będą to niedziele -  i dzięki temu uzyskanie czterech wpisów. Nie mogę jednak nic obiecać, poza tym, że nadal będę aktywna na facebooku (trochę) oraz Instagramie (dużo, bo mocno weszło mi to medium). Także obserwujcie, lajkujcie i patrzcie na siódme dni tygodnia.

PS. Z okazji rozpoczęcia roku akademickiego pozdrawiam wszystkich, którzy pisali do mnie z pytaniami o studiowanie na UAM, bo zobaczyli mój wpis w tym temacie. Bardzo się cieszę, że mogę jakoś pomagać przyszłym filologom. Powodzonka, napiszcie mi, gdy odkryjecie gdzie jest sala 01.

Czytaj dalej »

Copyright © Szablon wykonany przez Blonparia