23.04.2018

Żałuję, że przeczytałam




Z okazji Światowego Dnia Książki i Praw Autorskich po pierwsze przypominam, że prawa autorskie są ważne, i jeżeli wyszedłeś psychicznie z etapu średniowiecza, powinieneś nieco nad nimi podumać i może nawet dojść do konstruktywnych wniosków. Internet tak do perfekcji opracował olewanie praw autorskich, że dawna metoda polegająca na wykradaniu rękopisów z konkurencyjnej oficyny drukarskiej wydaje się niewinną zabawą. 
Po drugie, postanowiłam okazać swoją duszę marudy i wiecznego malkontenta, i specjalnie z okazji tego cudownego dnia, który jest na dodatek poniedziałkiem (co za radość!) powspominać niektóre dawno czytane książki z łezką w oku. Łezką rozpaczy raczej, niż melancholii, gdyż będą to wszystkie pozycje, których chciałabym nie przeczytać. Bo były fatalne, zmarnowały mój czas, zawiodły mnie, nadal próbuję odzobaczyć niektóre sceny albo zwyczajnie przeczytałam je w złym okresie życia i zmarnowałam to niepowtarzalne pierwsze czytanie.


„Mały książę”


To akurat wspomnienie smutne, gdyż przeczytałam tę lekturę jako naprawdę małe dziecko. I zapewniam – dzieci nic a nic z tego nie rozumieją. Ja zwróciłam uwagę tylko na baobaby na planecie, bo byłam dzieckiem lubującym się w tragediach, nieszczęściach i pożodze, więc wizja takich krwiożerczych baobabów była dla mnie czymś absolutnie cudownym. Całą resztę uznałam za absurdalną, zgodnie z moim podejściem, że bycie dorosłym człowiekiem w  ogóle samo w sobie jest absurdalne.  

Po co ja to czytałam...?

Głupie niemieckie książki dla nastolatek


Jest to nazwa ogólna dla wszystkiego, co czytałam na pewnym nastoletnim etapie życia, gdyż nic innego nie było w mojej wiejskiej bibliotece. Książki takowe opierały się na edukacyjnym schemacie pt. „Wypiszmy wszystkie błędy, które popełniają nastolatki, i starannie wyjaśnijmy, czemu ich nie robić”. Traktowały więc o całej gamie rzeczy, które można zrobić źle, i które mi samej nawet nie wpadły by do głowy, za to przekonały mnie, że okres nastoletni to ciągła walka na śmierć i życie z ciążami, narkotykami, starszymi facetami, alkoholem, stalkerami, połamanymi paznokciami, złymi matkami, wpisz co jeszcze chcesz. Niesamowicie żałuję, że zamiast zacząć wtedy przygodę z fantastyką, s-f albo czytać przynajmniej coś ciekawego, ja zapychałam sobie głowę problemami nastolatek... których sama nigdy nie miałam. Nie ma to jak zdrowy rozwój. Za to przekonałam samą siebie, że jestem dziwna, bo nie zachowuję się jak te wszystkie dziewczyny z książek, a wiadomo – dziwna znaczy gorsza. Nie podejrzewałam nigdy, że przez książki leczące z kompleksów nabawię się kompleksów.

„Niemożliwe" Nancy Werlin


Wystarczy spojrzeć na okładkę z brzydką kobitką lewitującą nad zbożem (tudzież mającą bardzo długie łydki albo niskie zboże) żeby domyślić się, że Nobla to autorka za to nie dostanie. Opowieść jest połączeniem łzawej książki o problemach nastolatków (gwałty, ciąże, miłości) z elementami nadprzyrodzonymi – klątwą ciążącą nad rodem głównej bohaterki. Żałuję przeczytania jej, bo nie dała mi nic poza zniesmaczeniem i fałszywym obrazem mężczyzn tego świata jako istot: a) podłych, wstrętnych, nie lubimy ich, b) zajebistych, najlepszych, bez własnego charakteru, służących tylko do usługiwania kobietom. Ile fajnych rzeczy mogłam zamiast tego przeczytać: patrz punkt wyżej.

Czemu to sobie robię?

„Kawa z kardamonem” Joanna Jagiełło


Ostatnia pozycja z działu błędy młodości. Otrzymana, o ironio, od Victora Gimnazjalisty na publikację tekstów (nie moich, a mej siostry). O ironio, bo cóż to za pomysł, żeby zdolnym nastolatkom wysyłać słabe czytadła? Chyba żeby się młode zniechęciły i nie robiły potem konkurencji autorom. Książka ta, jak i jej druga część, brzmią dokładnie tak samo jak większość książek dla nastolatek, tylko dla zmyłki dodany jest motyw przewodni, czyli kawa, i zmieniane są czasami imiona bohaterek. Dlaczego żałuję? Patrz dwa punkty wyżej.
Chociaż może jestem zgryźliwa – może nie ćpam, nie piję i nie jestem samotną młodą matką tylko dlatego, że przeczytałam te wszystkie beznadziejne czytadła?
Zaleta książki – nauczyłam się pić kawę z kardamonem, który jest ogólnie bardzo zdrowy, ale jako afrodyzjak nie polecam, dodanie do kawy większej dawki powoduje raczej zgon i nieszczęście (szczególnie w połączeniu z cynamonem) niż jakieś pozytywne efekty. Testowane na ludziach.

Smutny kryminał


To był bardzo zły początek. A mogło być tak pięknie. Moja mama czytała dużo kryminałów (i ogólnie dużo wszystkiego) a ja, jako szczeniak, podczytywałam absolutnie każdą nową pozycję na półce. A im bardziej mama zabraniała, tym chętniej, oczywiście. W ten sposób kilka kryminałów mnie dość mocno sponiewierało, gdy trafiałam na jakieś bardzo mroczne kawałki, opisy trupów, wisielców, topielców i sceny seksu (to ostatnie najmocniej, bo jako dziecko serio lubiłam mroczne sceny i flaki na wierzchu). Dodatkowo zauważyłam schemat, że każdy główny bohater kryminału (ten prowadzący śledztwo) musi byś: smutny, porzucony przez żonę, ponury, po przejściach, najlepiej zdegradowany ze służby, alkoholik, degenerat. Żałuję dlatego, że jednak dzieci nie powinny czytać wszystkiego, co wpadnie im w ręce, oraz przez znudzenie owym schematem. Dzisiaj w ogóle nie czytam kryminałów.

O, piękny świecie pozytywistów!

Pozytywistyczne opowiadania bez happy endu


Pod koniec gimnazjum miałam fazę na Sienkiewicza, Prusa i Żeromskiego. Przez niektóre książki nie przebrnęłam, ale pokochałam „Lalkę” oraz przeczytałam o kilka za dużo smutnych, tragicznych nowelek w których wszyscy umierali, robotnicy tracili ręce, fabryki płonęły a chore dziewczynki wsadzano do pieca. Troszkę mi to zaszkodziło.

Zola


Pamiętam z klasy maturalnej fragment książki Zoli, w którym z grubsza chodziło o to, że jakiegoś gościa zabiła i wykastrowała banda kobiet. To naprawdę było złeee, przypominam, że Zola to naturalizm, lubujący się w opisie wszelkich dewiacji i paskudności. To była jedyna lekcja polskiego, na której się nie odzywałam i błagałam, żeby polonistka nie kazała mi tego streszczać. Nie ufam dzisiaj doktorowi od pozytywizmu, że powinnam czytać Zolę bo jest fajny...

„Buszujący w zbożu”


Przeczytałam tę książkę na studiach dosłownie w jedną niedzielę, i zrobiło mi się strasznie smutno. Gdybym sięgnęła po nią kilka lat temu, może na przełomie gimnazjum i liceum, mogłaby być kamieniem milowym mojego życia. Odnajdywałam w głównym bohaterze dużo cech i niewyrażonych nigdy myśli młodszej ja, ale starsza ja patrzyła na niego już z pobłażliwością ludzi, którzy dorośli i znaleźli sobie inne problemy do zabawy. Bardzo żałuję.

I karta tytułowa!

Katarzyna Miszczuk


Wielka pułapka mojego życia. Już jako szczeniak przeczytałam „Wilczycę” i pomyślałam, jak przystało na młodego krytyka sztuki „Co za chłam”. Autorka ta pisze książki lekkie, nastoletnie, ze specyficznym poczuciem humoru, które ja uważam za żenujące, i ogólnie głębokie rozważania nie są jej mocną stroną. Inteligentne główne bohaterki też nie.  Jakimś cudem kilka lat później dałam się na nią nabrać aż dwa razy pod rząd i przeczytałam „Szeptuchę” oraz „Gwiezdnego Wojownika”. Żałuję, bardzo żałuję te frustracje i zmarnowane godziny.
Jedyna zaleta: gdy kiedyś spotkałam żercę nie byłam aż tak bardzo w szoku, jak byłabym bez przeczytania „Szeptuchy”.


Trzy strony czternastką narzekania na książki – a i tak powstrzymywałam się przed wypisaniem jeszcze większej liczby tytułów dla dobra czytelników. Chyba udowodniłam wszystkim, że czytanie wcale nie jest cudownym zajęciem, a wręcz przeciwnie, to ciągła walka najeżona przeciwnościami losu i pułapkami na nieuważnych czytelników. Z premedytacją nie wspominałam o lekturach szkolnych, bo na nie narzekać umie każdy i każdy to robi, a ja nie lubię chodzić z tłumem. Epopeje o złych lekturach możecie umieścić w komentarzach – pochwalcie się, jakie książki chcielibyście szybko eksmitować ze swojej znękanej głowy po tych wszystkich latach czytania!



PS. Faktycznie ostatnio zauważyłam, że daję za mało ilustracji w tekstach. Nie jara mnie robienie zdjęć i urządzanie ze swojej małej części pokoju pleneru do udawania cudownego życia rodem z instagrama, ani też nękanie Was Tysiącem Zdjęć Swojej Mordy W Każdym Wpisie, więc pozwólcie, że ratować się będę grafikami. W tym odcinku moje ulubione miedzioryty z "De humani corporis fabrica" autorstwa Andreasa Vesaliusa, rok 1543, pochodzące stąd.
0 Czytaj dalej »

15.04.2018

Dlaczego jesteśmy skursywieni?

0



Za dawnych, blogersko-szczeniackich czasów, bywałam często wciągana do zabaw polegających na odpowiadaniu na pytania – znacie je zapewne. Przy zagadnieniach „Dlaczego prowadzisz bloga, skąd taka nazwa, do czego dążysz” itd. z zasady wpisywałam jakieś śmieszki. Dzisiaj, po wielu odbębnionych godzinach marketingu wiem, że niestety ludzie i wyszukiwarki nie ciągną do śmieszków, a do powtarzania stale tych samych fraz, ładnych zdjęć czyjejś mordy na insta, i do autentycznych historii. Zaserwuję więc Wam autentyczną historię, i to nawet napisaną w pierwszej osobie. Cieszcie się.

Skąd skursywieni?

O nazwę jestem pytana najczęściej, i muszę przyznać z ręką na sercu – to nazwa stworzyła tego bloga, a nie ja. Ja tu nie miałam nic do gadania. 

Jeden z moich profesorów mawiał, że tekst trzeba skursywić. Przypomniało mi się to nagle, gdy w okresie frustracji i niezadowolenia z blogów zaczęłam się zastanawiać, czy nie stworzyć bloga typowo hejterskiego, który jechałby równo po złej literaturze w Internecie i był przeciwieństwem blogów istniejących tylko dla sponsorów i łykających bezkrytycznie wszystko, co wydawnictwa im przyślą.

Wiedziałam już, że ta nazwa mną zawładnęła. Nie będę już w stanie o niej zapomnieć czy ją porzucić. Powstało nowe, chwytliwe i sprytne słowo, które domaga się swojego udziału w życiu świata. I nie mogę nim określić jakiegoś malutkiego, niedbale prowadzonego bloga, który ma być tylko pobocznym projektem mojej frustracji. To byłoby gorsze niż zmarnowanie. Muszę stworzyć coś dobrego, włożyć w tego bloga więcej energii i chęci niż w poprzedniego, robić lepszą korektę (korektor u siebie samego najgorsze błędy przepuszcza, taka prawda), lepsze treści, wreszcie uzasadnić jakoś swój byt blogowy. Wróciłam do domu i szybko stworzyłam nowego bloga, modląc się w duchu, żeby ktoś nie wpadł na to przede mną (i trochę wkurzając się,  że ta chwila olśnienia narzuci mi teraz nową pracę i obowiązki.)

Jak nazwa ma się do bloga?


Jako studentka filologii polskiej, specjalizująca się w edytorstwie, mam skrzywione podejście do książek. Stoję w rozkroku między popkulturą, nauką a kulturą wysoką, i w żadnym z tych środowisk nie umiem się do końca odnaleźć. Jedni uważają mnie za snoba, inni za pasjonata, kolejni za ziomkówę z drugiego roku, która musi stanowczo się jeszcze duuużo nauczyć i poprawić ten okropny język. Nie czytam tylko dla hobby, po szkole oddając się zapomnieniu w objęciach jakiegoś dobrego czytadła, czytam najwięcej na studia albo dla samokształcenia; czytanie to naraz obowiązek i hobby, praca i odpoczynek po pracy. Czytam za dużo, psując statystyki. Czytam klasykę, która dla wielu ludzi jest czymś, co by się chciało przeczytać, ale jakoś nie wychodzi. Nie czytam książek modnych i popularnych, bo są za miałkie, powtarzalne, schematyczne. Nie robię z czytania rytuału a z książek świętości. Czasami nienawidzę książek i mam dość tego, że przez nie psuję sobie wzrok i większość życia spędzę wpatrując się w literki na ekranie albo papierze. Mam skursywione podejście do książek – trochę skrzywione, trochę nie takie, trochę złe.

A dlaczego liczba mnoga?
Myślę przyszłościowo, okey? A bardziej na serio, to ten blog nie ma mieć mocno zarysowanego związku ze mną jako istotą określoną peselem, numerem legitymacji studenckiej czy płcią (przez pewien czas chciałam pisać o sobie w rodzaju męskim, żeby zobaczyć, czy to coś zmieni). Może przez fejsa znacie moje imię i nazwisko, wiecie o mnie jakieś podstawowe rzeczy, ale zachowując bezpieczną liczbę mnogą mogę pozwolić sobie na większy wewnętrzny obiektywizm i kreowanie się na nowo – jako autora/ki/ów bloga. W dzisiejszych czasach ochrona prywatności w Internecie to zabawna i skomplikowana sprawa, więc każdy wybiera sobie i stawia granice, gdzie mu akurat pasuje – albo i nigdzie. 
Poza tym w pierwszej osobie za dużo gadam. 


Nagłówek


O to zostałam zapytana na fb, więc wyjaśniam:
zapis _skursywieni_ w Wordzie oraz na czacie na fb zmienia tekst na skursywiony, ale widać to dopiero po wydruku/wysłaniu treści. Uznałam, że to nawet dowcipne, do tego minimalistyczne i łatwe do skojarzenia. Zastanawiałam się jeszcze nad zaznaczeniem tego znakiem edytorskim, czyli linią falistą, ale ona laikom kojarzy się głównie z błędem, więc nie. 

A krab?
Krab po prostu jest, wybaczcie, nawet ja nie jestem w stanie wymyślić mu jakiegoś wytłumaczenia. Krab jest autorstwa mojego przyjaciela i jakoś często pojawia się w moim życiu, a ostatnio używam go jako znak firmowy na robionych notesach. Skoro dawni drukarze mogli sobie sygnować książki zmutowanymi delfinami, to ja mogę krabem. 

Jeżeli chodzi o misję, cel bloga i takie tam manifesty, zerknijcie do nowej zakładki „O blogu”. Jeżeli chodzi o autora prywatnie, zobaczcie „O mnie” albo napiszcie do mnie na fejsie.

Pozdrawiam

graffiti: Poznań, okolice dawnych zakładów naprawczych taboru kolejowego czy jakoś tak

Czytaj dalej »

02.04.2018

#1 Tygodniówka

0




Każdy, kto pracował w pracy mało wymagającej, chwilowej i niestałej, czyli przeważnie na ulotkach albo jako żywa i nieco zmęczona reklama na starym mieście, tudzież wielki kubełek chińskiego żarcia, zna pojęcie tygodniówki i masę emocji, które się za nim kryją. Tygodniówka to młodość – bo nikt dorosły i poważny nie zgodziłby się na taką pracę. Tygodniówka to wolność – odbierasz ją w piątek, połowę wydajesz na zupełnie zbędne ci książki i żarcie, a za resztę możesz jechać i na koniec świata, i już się w pracy nigdy więcej nie pokazać. Tygodniówka to też rzecz nieco gówno warta, bo stawka za godzinę pracy rzadko wynosi więcej niż 10 zł, i utrzymać się, spełniać się albo godnie prowadzić się za tygodniówkę nie da. Tygodniówki są szalone, niepewne i niestałe, obiecują nieziemskie rozkosze w pobliskiej księgarni; obiecują, że w piątek będziesz mógł powiedzieć kumplowi, żeby przyszedł po ciebie „do pracy” (jak jakiś dorosły człowiek!) i będziecie mogli razem iść na lody i posiedzieć nad wodą bieżącą.
Patrząc na to mniej poetycko, tygodniówki są co tydzień, i takie też było źródło pomysłu, by nazwać tak cykl cotygodniowych (na razie dość nieregularnie cotygodniowych) wpisów zawierających formułę dobrze znaną w świecie blogowym, czyli zbiór artykułów, tekstów, blogów, zdjęć, memów, muzyki i jakichkolwiek innych towarów, które można podlinkować i napisać o nich kilka słów.
Przed Państwem pierwsza tygodniówka! Zadbałam, żeby posiada 10 elementów, tak jak 10 pojedynczych złotówek dostawałam za godzinę w swojej pierwszej niezapomnianej pracy jako Żywa i Głośno Zachęcająca Reklama Księgarni. Inaczej spec od marketingu szeptanego, chociaż zbyt szeptany to on nie był, ale wiadomo, że zawsze ufa się temu, co mówi jakaś randomowa dziewczyna na ulicy.

Tygodniówka na kwietnia początek


Blog, który niedawno odkryłam i wydaje się bardzo sympatyczny – i, co widać na pierwszy rzut oka – ładny i w moim stylu. Obiecujący adres. 

Halo halo, nowe pismo literackie! Mi jeszcze nie wpadło w łapki, ale koleżance owszem, i miałam już okazję zobaczyć, że ładnie wydane. Przy najbliższej okazji zaopatrzę się w nie i chyba rozszerzę wpis o czasopismach papierowych. „Czas literatury” można nabyć w Empiku i Kolporterze.

„Czas literatury” to nowy niezależny kwartalnik literacki. Pismo nie-polityczne, nie-ideologiczne i służyć ma realizacji celów jedynie literackich. Twórcy pisma, w duchu Międzynarodowej Karty PEN, wierzą, że: „Literatura, aczkolwiek w swojej genezie narodowa, nie zna granic i winna pozostać wspólną własnością narodów, bez względu na polityczne czy narodowościowe wstrząsy.



Wywiad z Łukaszem Kozakiem, czyli gościem który spowodował, że na mojej tablicy na fb jest stanowczo więcej średniowiecznych rycin niż zdjęć mordek moich znajomych. Sam tytuł wywiadu powinien dać pełen obraz sytuacji, więc co tu dodawać – czytajcie.

Recenzja tomiku Kolaże niemiecko-rumuńskiej noblistki Herty Müller. Tomiku wierszy złożonych ze słów wyciętych z gazet. Tekst ze „Splotu nieskończoności”, dwumiesięcznika do którego zapewne wrócę jeszcze w moich tekstach, bo jestem z nim lekko i pośrednio związana zawodowo, a bezpośrednio związana przez szlachetne miasto Bydgoszcz, w którym zdarzyło mi się uczyć i chorować na zęby. 

 Tematycznie – album „Do Oraju Barwistanu” zespołu (duetu?) Kempa Lubiewski. Skursywieni nie znają się na muzyce, ale umieją docenić urok tekstu przy owej muzyce wykonywanego. Dlatego polecamy kawałek „Bromberg”, a najlepiej zrobienie sobie herbatki i poleżenie z tym albumem na podłodze, gdyż najnowsze badania doniosły, że muzyki najlepiej słucha się, leżąc na podłodze.
A gdzie to „tematycznie”? Otóż i Kempa, i Lubiewski publikują w „Splocie nieskończoności”, który to związany jest z wytwórnią płyt, i ogólni skomplikowana to sprawa, o której pomówimy później. Na razie zapraszam do smakowania słów i dźwięków.
PS. Bromberg to jedyna właściwa niemiecka nazwa Bydgoszczy.

Książka, której nie zauważyłam i nie wrzuciłam do zestawienia kwietniowego, a na pewno znajdzie się gdzieś w moich planach finansowych, zapewne podkreślona różowym pisakiem. Wydana z okazji roku Herberta (20 rocznica śmierci) korespondencja Herberta z Szymborską. Kiedyś myślałam, że czytanie czyjejś korespondencji jest creepy. Teraz widocznie sama jestem creepy.
Z okazji roku Herberta ktoś tu będzie męczyć swoich czytelników swoim ulubionym poetą. He he.


Marcin Świątkowski, czyli faktycznie młody poeta, nie jakiś podrabianiec
Poezja! Jest sobie takie pismo jak „Mały format” które, jak dla mnie, ma najbardziej epickie ilustracje po tej stronie galaktyki, i opublikowało poemat niejakiego Marcina Świątkowskiego. Miłośnicy i wyznawcy „Kontentu” zapewne poznają w tym młodym kawalerze wiceredaktora naczelnego owego pisma. Przekaz ustny ze środowiska krakowskiego podszepnął nam, że drogi poeta interesuje się też samolotami, przez co ciekawość odnośnie tych wierszy wzrosła o jakieś 90%. Poezja i techniczne pojęcia związane z samolotami bojowymi? Może stać się wszystko.
Polecam też jeden komentarz pod tekstem, który jest głupi.


Wspomniany poprzednio szlachetny pan Świątkowski prowadzi też bloga, który spotkał się z wielką moją atencją. Oto próbka dotycząca czytania poezji współczesnej, która na pewno wskaże Wam, z jakim to blogiem macie do czynienia.


Zostajemy przy „Małym formacie” i jego marcowym numerze oraz poezji. Ale najpierw artykuł z Wyborczej, który zainteresował mnie zagadnieniem instapoetów i spowodował szeroki uśmiech na szkaradnym ryju, gdy zauważyłam podobną tematykę artykuły w „Małym formacie” 

Książkę Anny Ciarkowskiej (wydaną – podobnie jak książkę Kaur – przez wydawnictwo Otwarte) należy już teraz uznać za jeden z najgłośniejszych tegorocznych debiutów, abstrahując od jej poziomu, a skupiając się wyłącznie na spustoszeniu, które zasiała w środowisku poetyckim. Jeśli „Mleko i miód”  były Little Boy’em zrzuconym na Hiroszimę, to „Chłopcy, których kocham” są jak Fat Man spadający na Nagasaki.

Rafał Różewicz dość krytycznie odnosi się do sławy i poezji Rupi Kaur oraz jej polskiej odpowiedniczki, Anny Ciarkowskiej. Przyznaję, że późno wzięłam się za temat debiutu Ciarkowskiej i książki „Chłopcy, których kocham”, której dość agresywny marketing targał mnie za uszy od dawna. Na chwilę obecną dość utożsamiam się z artykułem Różewicza.

Wygląda to trochę tak, jakby poezja miała stać się kolejną odskocznią od trudów codzienności, kolejną krainą czarów, do której można w każdej chwili zawitać. Czymś, co do tej pory wymagało skupienia i wysiłku, teraz miałoby zwalniać z myślenia i wyciągania wniosków z otaczającej nas rzeczywistości, a zatem: stać się kolejną formą rekreacji.

Ale odsyłam też do artykułu, moim zdaniem słabszego, z „Czasu kultury”, z którym polemikę prowadzi w którymś momencie Różewicz.


Do kogo więc Rupi Kaur kieruje swój tomik? Myślę, że do kobiet przeżywających różne życiowe rozterki, niepewnych siebie, skrzywdzonych i poszukujących otuchy. Pokazuje ona, że życie kobiety bywa gorzkie, ale i nie brakuje w nim słodyczy, jeśli będzie się je świadomie kształtować.
Ostatnie uderzenie w „Mały format” i tekst o Marii Komornickiej, czyli wskoczmy w czasy dekadentyzmu i zadumajmy się nad losem artystki, która z własnej woli przez dłuższy czas była mężczyzną. Dla skursywionych, którzy niebacznie wzięli sobie dekadentyzm i poezję Miriam za temat pracy semestralnej, jest to wywiad porywający, i temat, którego raczej nie poruszycie na polskim w liceum.  
Musiała wyzwolić się z kobiecości, żeby być bliżej ducha, co jej pomogło być przezroczystą, niewidzialną jako ciało. Męska forma była jedyną, która gwarantowała jej przetrwanie jako twórczyni.


Naczytani i nasłuchani? Nie mogę obiecać na razie, że tygodniówka będzie stała i cotygodniowa, wyposażona w dobre materiały, bo sytuacja ekonomiczna jest jaka jest, wiadomo. Czyli raz jest, a raz jej nie ma. Ale uważam, że skursywionym potrzebna jest taka forma, która regularnie spisywałaby w jednym miejscu materiały, które i tak czytam dla siebie i dla swojej, powiedzmy, edukacji kulturalnej. Uważacie, że to obiecujący cykl?


Czytaj dalej »

28.03.2018

Kwiecień - zapowiedzi

0



Przejrzenie zapowiedzi wydawniczych jest zajęciem pracochłonnym i dość rutynowym, muszę przyznać. Wiem z grubsza, jaka tematyka mnie interesuje, które wydawnictwa się w niej specjalizują i jakie strony i zestawienia warto przeglądać. Nie wybieram książek pod teoretycznych czytelników bloga, bo jest to zupełnie sprzeczne z ideą istnienia tego miejsca. Zapowiedzi to najlepsza wizytówka każdego blogera książkowego –  przynajmniej ja zawsze zaczynam od sprawdzenia ich na nowych blogach. Dlatego postaram się robić je jednak co miesiąc, a nie wtedy, kiedy akurat mam sporo wolnego czasu, bo leżę i czekam aż wyschnie podłoga na korytarz. 

Wydawnictwo Czarne


Sonnenberg
Krzysztof Varga

András żyje siłą bezwładu. Od lat trwa w skomplikowanym związku z Ágnes, praca naukowa nad historią literatury austriackiej już dawno przestała go interesować, próbuje napisać wiekopomną powieść, ale nie potrafi wymyślić nawet pierwszego zdania. Z kumplami nad szprycerem toczy więc niekończące się dyskusje o życiu i sporcie, chadza do teatru albo na demonstracje, choć robi to wyłącznie dla Ágnes, i zapamiętale kataloguje przykłady dawnej wielkości Węgier i dawnych ich klęsk. I tylko od czasu do czasu coś tę rutynę przerwie.

W tej historii głównych bohaterów jest dwóch: András i Budapeszt, bo miasto to zbudowano właśnie dlatego, by on w nim żył, by mógł chodzić po Wielkim Bulwarze, patrzeć na budańskie wzgórza, spoglądać na Dunaj z okien autobusu 178 jadącego mostem Elżbiety i spacerować po Zugló, dzielnicy swojego dzieciństwa, które upłynęło w cieniu nieobecnego ojca, babki kalwinki i wiecznie wzdychającej matki.

Sonnenberg to nie tylko brawurowo i z poczuciem humoru opowiedziana historia życia kilkorga mieszkańców Budapesztu. To także hołd dla niezwykłej stolicy kraju, który szczyci się gwiazdami piłki wodnej, przemysłu porno i seryjnymi zabójcami. To również błyskotliwe wykorzystanie obsesyjnego i zjadliwego stylu austriackiej prozy do skonstruowania fenomenalnego bohatera.

Czy mi się dobrze wydaje, że Varga w którejś książce o Węgrzech pisał, że nigdy nie napisze tej książki? Widocznie coś się nie udało, bo napisał -- a nawet jeżeli źle pamiętam, i taka sytuacja wcale nie miała miejsca, to cieszę się, bo Varga jest jednym z autorów, których nawet lubię, a to nawet to u skursywionych bardzo dużo. 


Kroniki beskidzkie i światowe 
Andrzej Stasiuk

Wybór felietonów i krótkich próz z „Tygodnika Powszechnego”.
„Coś tam czasem się zatliło z jednej albo drugiej, ale znikomo, jak błędny ognik. O północy byliśmy na miejscu, na zielonym rynku. Jechało się w kółko, wśród drzew, jak duktem. W gęstwinie jakieś złote światełka pełgały. I było zupełnie cicho, bo wszyscy poszli spać, pewni, że już nic się nie wydarzy. Bo co miałoby się wydarzyć o północy na końcu kraju?”
Andrzej Stasiuk

Nie czytam „Tygodnika Powszechnego”, więc nie wiem, czego się spodziewać, ale tytuł wskazuje na coś uroczego o najbardziej uroczych górach w Polsce (Beskidy rządzą!) Chcę to wziąć na wakacje. W zeszłe wakacje podróżowałam ze Stasiukowym Osiołkiem, więc czas kontynuować tradycję. 

Czerniawski. Polak, który oszukał Hitlera
Andrzej Brzeziecki

Roman Czerniawski, znany również jako Walenty, Armand, Hubert i Brutus. Jeden z największych agentów w historii europejskiego wywiadu. Innowator, którego generał Sikorski osobiście odznaczył orderem Virtuti Militari. Człowiek, który rozkazywał Francuzom, wzbudzał podziw Abwehry, pracował dla rządu Jego Królewskiej Mości, oszukał Hitlera, a przede wszystkim służył Polsce.
Na podstawie m.in. niedawno odtajnionych dokumentów z archiwów brytyjskich służb specjalnych Andrzej Brzeziecki kreśli portret jednego z najbardziej bohaterskich Polaków działających w wywiadzie podczas II wojny światowej. Ten ekscentryczny mężczyzna zaskakiwał największych przywódców Europejskich swoim sprytem, pomysłowością i niestandardowymi metodami konspiracyjnymi, a jego życiorys z powodzeniem mógłby posłużyć Ianowi Flemingowi za wzór przy tworzeniu postaci Jamesa Bonda, z którym dzielił także słabość do płci pięknej.
Czerniawski. Polak, który oszukał Hitlera to trzymająca w napięciu książka o człowieku, którego marzeniem, było rozegranie „wielkiej gry” o niepodległość Polski i który nigdy nie zapominał, skąd pochodzi i o czyją wolność walczy.

Brzmi jak dobre, historyczne czytadło, po którym będziesz mógł zaginać znajomych wiedzą niepowszechną.

Wydawnictwo Karakter


To oślepiające, nieobecne światło
Tahar Ben Jelloun

Nowe wydanie powieści, która zdobyła Nagrodę Impac 2004. Ta historia zdarzyła się naprawdę. Maroko, tajne więzienie Tazmamart. Bohater powieści, skazany za udział w zamachu na króla, zostaje – podobnie jak jego towarzysze – osadzony w celi wielkości grobu. Pod ziemią, bez światła, bez kontaktu ze światem zewnętrznym, ma umierać długo i w męczarniach. Jest jednak coś, co sprawi, że po osiemnastu latach nadal będzie żył i kiedy wyjdzie na wolność, opowie innym tę wstrząsającą historię. Tahar Ben Jelloun nada zaś jego relacji doskonałą artystyczną formę.
To jedna z najpiękniejszych i najbardziej przejmujących powieści ostatnich lat. Wpisuje się w tradycję literatury łagrowej i obozowej, ale wprowadza do niej nowe tony: odmienną wrażliwość i islamski mistycyzm. Dla jednych książka Ben Jellouna będzie zapisem dramatycznych przeżyć, dla innych – poetycką opowieścią o wyzwoleniu. Jest jednocześnie jednym i drugim: ukazuje pełnię człowieczeństwa.

To będzie ciężka książka. Jeżeli starczy mi siły, postaram się przeczytać.


Epoka spektaklu. Perypetie architektury i miasta XXI wieku
Tom Dyckhoff

Napisana z polotem opowieść o architekturze ostatnich dziesięcioleci. Od Londynu po Dubaj dzisiejsi architekci prześcigają się w projektowaniu coraz bardziej monumentalnych, ostentacyjnych i ekstrawaganckich budynków, które radykalnie zmieniają miejski krajobraz. Ale pod wpływem globalizacji i wielkiego kapitału zmieniły się także prawa, jakimi rządzi się miejska przestrzeń – i w rezultacie to, jak wygląda nasze życie w miastach. Tom Dyckhoff, brytyjski krytyk architektury i urbanistyki, opowiada o tym wszystkim ze znawstwem, swadą i poczuciem humoru.
Gdy zejdziemy z powrotem na poziom ulicy, zostawimy The Shard, miniemy tarki do sera i korniszony i dojdziemy do ronda Old Street, które leży pół godziny drogi na północ od City, to natkniemy się na budynek o dziwnym wyglądzie. W pierwszej chwili trudno znaleźć słowa, żeby go opisać. Bo co można powiedzieć o ogromnym bloku mieszkalnym ze stali i szkła składającym się z dwóch połączonych kul, wyglądających jak para oderwanych od reszty ciała pośladków z odciśniętą na nich kratką? Rondo Old Street nie jest piękne. Przestrzeń o tego typu trudnej urodzie agenci nieruchomości nazywają ‘miejscem z charakterem’.
Książka Dyckhoffa pozwala z dystansem spojrzeć na to, co nazywane bywa „architekturą dla jednego procenta”.

Architektura zawsze jest fajna, jeżeli książka faktycznie jest napisana z poczuciem humoru i fajnym stylem, to biorę w ciemno.

Wydawnictwo Literackie



Olga Tokarczuk
Opowiadania bizarne

Świat staje się coraz bardziej bizarny.
Najnowszy zbiór opowiadań Olgi Tokarczuk.
Zaskakujące i nieprzewidywalne opowiadania, dzięki którym inaczej spojrzymy na otaczającą nas rzeczywistość.
Pochodzące z języka francuskiego słowo „bizarre” znaczy: dziwny, zmienny, ale też śmieszny i niezwykły. Taka właśnie – zadziwiająca i wymykająca się wszelkim kategoriom – jest najnowsza książka Olgi Tokarczuk.
Dziesięć opowiadań. Każde z nich toczy się w innej przestrzeni. Wołyń w epoce potopu szwedzkiego, współczesna Szwajcaria, odległa Azja i miejsca wyimaginowane.
Czym jest poczucie dziwności i skąd ono pochodzi?  Czy dziwność jest cechą świata, czy może jest w nas?
Zmienny rytm opowiadań sprawia, że czytelnik ani przez chwilę nie może być pewny tego, co wydarzy się na kolejnej stronie. Olga Tokarczuk wytrąca nas ze strefy komfortu, wskazując, że świat staje się coraz bardziej niepojęty.
Obecne w opowiadaniach elementy groteski, czarnego humoru, fantastyki i grozy unaoczniają, że w naszej rzeczywistości nic nie jest takim, jakim się wydaje.

Olgę Tokarczuk wypada znać i wypada śledzić, a ja z tego wypadania się wciąż wymykam, wciąż myśląc „Teraz to na pewno wypożyczę jakąś jej książkę, nie mogę być taką czarną owcą na filologii!” Więc może to jest ta książka...

Wydawnictwo Uniwersytetu Jagiellońskiego



Helen Oyeyemi

Krótka historia Stowarzyszenia Nieurodziwych Dziewuch

W kaplicy opactwa benedyktynów w Montserrat znaleziono dziecko. Pracownicy jednej z firm w Londynie odkrywają, że ich nowa koleżanka skrywa oprawiony w skórę dziennik z mosiężnym zamkiem. Młoda studentka Day stara się o przyjęcie do tajemniczego stowarzyszenia. Każda z tych historii potrzebuje właściwego klucza, który otworzy zamknięte od lat drzwi i zatwardziałe serca bohaterów oraz pozwoli odkryć tajemnice, które nigdy nie powinny ujrzeć światła dziennego.
Opowiadania Oyeyemi rozgrywają się w różnych miejscach i czasie, a autorka umiejętnie zaciera granice między współistniejącymi światami. Mistrzowsko prowadzi narrację, zręcznie żongluje stylami i aluzjami, a jej nieco ekscentryczne poczucie humoru sprawia, że każda historia jest jedyna w swoim rodzaju.
Książka Krótka historia Stowarzyszenia Nieurodziwych Dziewuch i inne opowiadania zbiera na Zachodzie entuzjastyczne recenzje. W 2017 roku otrzymała m.in. nagrodę główną PEN Open Book, pojawiła się też w zestawieniu najlepszych książek roku portali Slate i NPR Books.
Oyeyemi tak umiejętnie łączy codzienność z elementami fantastycznymi i uniwersalnymi prawdami, że czytając jej opowiadania, czujemy jak zacierają się granice między rzeczywistością i fikcją – a może one już przestały istnieć?… Wchodząc w jej świat, napotykamy coraz więcej niepokojących tajemnic, a z każdym opowiadaniem pojawia się przyjemne, lecz niezwykle rzadkie doświadczenie całkowitego zaskoczenia… Arcydzieło.
„The New York Times Book Review”

Nie zwróciłabym uwagi na tą pozycję, gdyby nie zestawienia kwietniowe na innych blogach. Nie brzmi to jak coś niezbędnego w moim życiu, ale jest wystarczająco interesujące, by tu wylądować.

Wydawnictwo Znak



Andrzej Franaszek
Herbert. Biografia
2 tomy

Monumentalna biografia Zbigniewa Herberta.
Niestrudzony podróżnik. Porywający eseista. Genialny poeta.
Wieczny dowcipniś i kawalarz? Czy raczej pisarz dręczony depresjami, gniewem, przez dekady walczący z bólem ciała i duszy? Nieprzenikniony? Zawsze osobny? Z pewnością: człowiek budujący swe życie na przekór historii, modom, przeciwnościom losu, biedzie, własnym słabościom. Płynący pod prąd.
Andrzej Franaszek, autor znakomicie przyjętej w Polsce i na świecie biografii Czesława Miłosza, z pieczołowitością portretuje Zbigniewa Herberta. Nie pomija tematów trudnych czy kontrowersyjnych, głęboko wczytuje się w korespondencję i prywatne, dotąd nieznane notatki, by na nowo oświetlić twórczość poety. Pogmatwane losy Herberta wpisuje w historyczną panoramę, co sprawia, że z niemal dwóch tysięcy stron wyłania się nie tylko pasjonująca wielowątkowa opowieść o jednym z najwybitniejszych polskich twórców dwudziestego wieku, ale i o epoce, która go kształtowała i inspirowała.

O tak. Już wiecie, co chcę na urodziny (w zasadzie chcę na urodziny mnóstwo różnych książek, i nigdy nie dostaję, ludzie, co jest z wami nie tak). Herbert jest kochany. Oczywiście, mogę czytać jego biografię z czegoś, co nie jest wielkim potworem w grubej oprawie, wycenionym na ponad sto złotych, ale tego potwora mogę położyć ładnie na półce i będzie wyglądać majestatycznie.


Luba Winogradowa
Snajperki. Dziewczyny z Armii Czerwonej

Godziny wyczekiwania w napięciu, pierwszy zabity wróg, a potem kolejne „punkty na koncie”, śmierć koleżanek, ale też zabawa, zaloty i pierwsze miłości. Tak wyglądało życie Kławy, Marusi, Rozy i innych, znoszących trudy wojny, zahartowanych snajperek, bez wahania naciskających na spust. Jednocześnie bardzo młodych dziewcząt tęskniących za mamą, za domem, za normalnością.
Co czuje młoda dziewczyna, gdy kolejna już przyjaciółka ginie na froncie? I gdy to kolega z własnego obozu okazuje się być najgroźniejszym wrogiem? Jak to jest być „frontową żoną”? Czy można wrócić z wojny do domu i znów gotować barszcz, jak mama i babcia?
Luba Winogradowa przeszukując archiwa, studiując wspomnienia naocznych świadków udowadnia, że wojna tylko z pozoru jest męską sprawą. Oddaje sprawiedliwość bohaterkom, których zasługi nigdy nie zostały należycie docenione.

Snajperzy to ciekawy temat. Ludzie, którzy na wojnę chodzą samotnie albo we dwoje. Chowają się po drzewach i załomach, muszą nauczyć się leżeć w bezruchu, maskować, cicho jeść, palić ogień tak, żeby nikt nie zobaczył. Dbają o swoją cenną i delikatną broń, która jest podstawą ich przeżycia i ich najlepszym przyjacielem w długim ukrywaniu się i obserwowaniu. Fascynują mnie. A w ZSRR często snajperami były kobiety, gdyż ZSRR nie pozwalał sobie, by jakaś grupa społeczna siedziała bezczynnie podczas wojny. Czytałam o tym tylko wzmianki w podręcznikach, ale temat stanowczo jest godny całej książki.
Może kupię ją podstępnie tacie na urodziny i przy okazji sama przeczytam...

Jak u Was w kwietniu? Macie coś, co chętnie byście mi podrzucili do dopełnienia tej listy? I na co się czaicie?

Wszystkie opisy książek i okładki ze stron wydawnictw, dopiski na kolorowe skursywionych. Urocze kotki z Kazimierza Żydowskiego w Krakowie, autor mi nieznany. 

Czytaj dalej »

23.03.2018

Share Week 2018

0

Ruszyła akcja SHARE WEEK Andrzeja Tucholskiego, o której, przez wszelkie perturbacje związane ze zmianą bloga (jak i chwilową niechęć do blogów), prawie zapomniałam. Na szczęście ogarnięto mnie i mogę Wam wyjaśnić, dlaczego biorę udział w tej akcji. Mam za sobą sporo lat blogowania, a przez to i sporo rzeczy, które chciałabym odzobaczyć. Mój mózg i wzrok na pewno byłyby mniej poharatane, gdybym sześć lat temu wiedziała o blogu Andrzeja Tucholskiego i jego akcji. Ratujmy więc przyszłe pokolenia blogerów, by mogli wzorować się na najlepszych, a nie na tych, którzy akurat byli pod ręką! A przy okazji zróbmy dzień blogerom, których lubimy i cenimy  (jeżeli kiedyś bym zobaczyła, że skursywieni pojawili się w Share Week, to bym się chyba zapiła z radości, i nie jest to sugestia dla ludzi, którzy chcieliby ten pocieszny moment obserwować.)

Rok temu też brałam udział w akcji, jeszcze na Terra-Felix, możecie sobie zerknąć na moich zeszłorocznych faworytów.

W tym roku, żeby nie mieć aż TAK strasznego problemu z wyborem, postawiłam na blogi, które poznałam stosunkowo niedawno, i które są... zwyczajnie ładne graficznie. Ze względu na problemy z szablonem tego bloga, uroda blogów stała się jednym z moich ulubionych tematów. Oczywiście nie stawiam tego wyżej nad treściami na blogu, ale w momencie, gdy czytam same wartościowe rzeczy, dodatkowa kategoria oceny się przydaje.
Kolejność przypadkowa.


U literatki

Czyli kolaże, uciechy i teksty. Przyznajcie się, robiliście kiedykolwiek kolaż, przynajmniej od kiedy wyszliście z podstawówki? Ja trochę próbowałam, więc Literatka od razu zauroczyła mnie zajmowaniem się tym rodzajem sztuki. Poza tym ten żółty kolor na blogu jest śliczny! Jest trochę sztuki, trochę o życiu, rzeczach i uciechach, nawet o kosmetykach. Wszystko urocze, wszytko ładne, nic tylko przebywać.


Minerva

Minervy chyba nikomu nie muszę przedstawiać, jeżeli interesujesz się sztuką, szczególnie malarstwem, po prostu musisz tu być. Graficznie wygrywa u mnie ładną, wręcz... muzealną prostotą a przyznacie sami, że pasuje to idealnie. Minerva prowadzi też grupę na fb i zaprawdę, jest to jedyna grupa na świecie na której czasami się delikatnie udzielam.



Fabryka dygresji

Fabryka wygrywa konkurs na kolorystykę ładnym różem i subtelną zielenią, która nie wygląda głupio, oraz industrialnymi nawiązaniami. Znajdziecie tutaj trochę życia, prywaty, książek (autorka wydała książkę, i to o poznańskich studentach, do których sama się kiedyś zaliczała, więc bardzo szanuję) no i kwiatków, bo urban jungle. Dla mnie wystarczyła wzmianka o tym, że w życiu musi być ciekawie, żeby polubić Fabrykę.

Oczywiście na świecie jest jeszcze wiele ładnych i fajnych blogów, ale tym, mam nadzieję, zajmą się pozostali uczestnicy Share Week. Pozostaje czekać na wyniki! Jeżeli też bierzecie udział, wspomnijcie o tym, chętnie sobie poczytam.

(ilustracja: artysta nieznany, lokalizacja w Poznaniu, też już nieznana)



Czytaj dalej »

11.03.2018

Nie czytam złych książek

0


Nie rozumiem (albo rozumiem, ale i tak nie chcę zaakceptować) wielu rzeczy w czytelnictwie. Niektóre moje nielubienia są dość dziwne i kontrowersyjne, np. nie rozumiem, jak można nie pisać po książkach i robić schizy, bo coś podkreśliłam w podręczniku albo narysowałam portret bohatera na marginesie. Łolaboga, ona użyła ołówka w książce, co za herezja! Nie lubię też, gdy ludzie dostają szału na punkcie spoilerów – sama jestem zupełnie spoileroodporna i spokojnie mogłabym czytać książki od końca, więc niestety nie zrozumiem się z większością fanów współczesnej popkultury. Ale o spoilerach będę jeszcze pisać, tak samo jak o innych rzeczach, o które możemy się jałowo kłócić, bo i tak każdy robi jak chce. Dzisiaj o czymś innym, z czym się nie utożsamiam i teoretycznie rozumiem, ale udaję, że nie, czyli o złych książkach.

Kojarzycie takie cuda jak wattpad, fanfiki, blogi z opowiadaniami, opowiadania na fejsie? Miałam wątpliwe szczęście z początkami blogowania (gdzieś w erze przedhistorycznej)  trafić akurat w środowisko mocno piszące. Była wtedy faza na Zmierzch, były wtedy czasy nastoletnie, gdy wszystkie przedstawicielki płci pięknej wokół mnie próbowały się tak malować, żeby pani wychowawczyni nie zauważyła, podrywały mało jeszcze zorientowanych w życiu chłopców z klasy i, niezbyt nimi zadowolone, marzyły o idealnych facetach. Takich jak z książek, których sporo czytałyśmy w podstawówce, co może wydawać się dziwne ludziom narzekającym, że młodzież nie czyta. Tak więc owa czytająca młodzież wpadała na pomysł kreowania własnej rzeczywistości, w której faceci nie są takimi debilami jak ci ze szkoły, myślący tylko o grach, komputerach i piwie, a wszystkie dziewczyny są piękne i nie mają pryszczy. Tak, podejrzewam, narodziły się wszystkie twory wspomniane wyżej jak i spora część dzisiejszej literatury „młodzieżowej” czy „romansowej”.

Moja początki czytelnictwa internetowego i blogowania ściśle związane są więc ze złą literaturą. Ileż to naczytałam się beznadziejnych opowieści, w której on ratował ją, ona go odrzucała, romansowała z jego bratem, ale potem jednak się przekonywała, a wszystko to było tak pogłębione psychologicznie jak doktorat o produkcji kiełbasy śląskiej... Ileż to widziałam blogowych „książek”, które obowiązkowo musiały zaczynać się od zdjęć znanych aktorek z podpisem, że tak właśnie wyglądają bohaterowie – natomiast gdy bohaterka wstawała z łóżka, pierwszym punktem był opis jej ubrania, kolor szminki i cieniu do powiek. Ileż to przeczytałam beznadziejnych fanfików na podstawie sławnych wtedy książek – niestety, najczęściej był to Harry Potter, do którego do dzisiaj mam lekki uraz spowodowany zbyt wieloma zderzeniami z twardym, krzywym piórem nastoletnich fanek. W całym tym syfie dobijał mnie jeszcze „Victor Gimnazjalista” (czy to jeszcze wychodzi?), z którego dostawałyśmy z siostrą książki jako nagrody za publikacje (ona fajnie pisała, ja się raz załapałam z fotkami). Do dzisiaj nie wiem. co z tą wątpliwej jakości literaturą zrobić, i przed wrzuceniem do pieca tej góry egzaltacji i stereotypów powstrzymuje mnie tylko fakt, że przeraża mnie widok palonych książek.

Z tej traumy, z tych przeżyć młodości, obserwowania mordowanych przecinków, katowanej ortografii, dopieszczanych stereotypów i łamanego kołem stylu wyrosłam na a) snoba książkowego b) edytora c) człowieka, który nie czyta złej literatury.
Zatrważająco często słyszę, że ktoś czyta słabe książki „dla rozrywki i relaksu”. To jakby powiedzieć, że ogląda się dla relaksu palone wioski, niszczone biblioteki i najazdy barbarzyńców. Choćbym bardzo chciała, nie umiem dla rozrywki czytać czegoś, co chrzęści w zębach, przynudza, dręczy i nęka. Jakbym chciała taką rozrywkę to bym poszła przerzucać kamienie z miejsca na miejsce. Mam swoją kategorię książek dla relaksu, i owszem, nie wchodzą w nią Historia filozofii ani Lem, raczej space opera, jakaś fantastyka, jakieś reportaże z podróży czy XIX-wieczne obyczajówki o życiu wyższych sfer (żadna tam Orzeszkowa, bryyy), stare romanse. Ale powiedzmy sobie jasno, jest jakiś próg bólu.

A jeżeli już ktoś faktycznie widzi w każdej książce odrobinkę dobra, ma nieco inne pojmowanie estetyki, a jako dziecko lubił nawet szpinak i surówki, i tak mu jakoś zostało, to argument jest jeden i bardzo poważny – otóż mamy mało czasu w życiu. Lubimyczytac.pl dawało kiedyś możliwość wyliczenia, ile książek przeczytasz do śmierci. Wyniki nie były jakieś szalenie zbliżone do prawdy, bo przecież nie pamiętam, ile przeczytałam w dzieciństwie, nie wszystko notuję na tym portalu, a i średnia liczba roczna często mi się zmienia – ale, bądź co bądź, był to wynik mały. Uświadomił mi, że nawet jeżeli będę pracować przy książkach i czytać hobbistycznie, nadal mnóstwo świetnych pozycji mnie ominie, albo nie będę mogła do nich wracać po wielokroć. Przecież chcę przeczytać znowu Wiedźmina. I Władcę Pierścieni. I całego Pratchetta. Mnóstwo reportaży, zaległości i nowinki wydawnicze, te wszystkie grube książki, które profesorowie lubią hodować w gabinetach i jakoś zawsze pamiętają, gdzie co stoi. Dobrych książek na świecie jest mnóstwo i serce mnie boli, ilekroć marnuje czas na coś słabego. Dlatego książki złe rzucam przeważnie po kilku stronach, a najczęściej po pierwszym rażącym błędzie, potknięciu czy beznadziejnym rozwiązaniu. Obojętnie, czy to uznany w świecie autor, czy nie, czy wszyscy tę książkę kochają, czy nie. Aczkolwiek autorom daję drugą szansę inną książką, bo każdemu może się zdarzyć coś słabszego (albo tłumacz z problemami osobistymi). Nie czytam też książek, które są nietrafionymi prezentami. To nie moja wina, że ludzi myślą „Ona czyta, trzeba kupić jej bestseller, najlepiej kryminał, WSZYSCY muszą lubić kryminały”. Co to za myślenie, to tak jakbym ja każdemu wciskała reprint renesansowych modlitewników tylko dlatego, że uważam, że są zajebiste (bo są).

Nie czytam złych książek. Naczytałam się już dość, i jak na razie nikt nie ma dość dobrego argumentu, by mnie przekonać (liczę więc na Was).

Od razu dodam dla czepliwych – nie mam nic do tego, że nastolatki publikują w Internecie różne syfy. Niech sobie publikują, od czegoś trzeba zacząć, ale nie da się w moich oczach wybronić tezy, że te twory są dobre albo akceptowalne „bo ona dopiero zaczyna i się uczy”.  Ani „bo ona porusza trudne tematy”. Mamy dzisiaj chyba wystarczającą ilość dobrych książek o przemocy w rodzinie/homoseksualizmie/Żydach/transseksualizmie/feministkach żeby nie wartościować wyżej książek tylko dlatego, że poruszają taki wątek.

A inspiracją do wpisu był zbiór opowiadań „Wiedźmin. Szpony i kły”, będący cudownym, typowym przykładem złej literatury. Udało mi się przeczytać ze dwa opowiadania, zanim umarłam i musiałam reanimować się komiksami, i obydwa były beznadziejne. Inne znudziły mnie już po kilku linijkach. A tego, w którym non stop jacyś nieubrani kolesie wpadali do karczmy, długo nie zapomnę. Przepis na epickie wejście i zrobienie rozpierduchy – totalnie musisz się najpierw rozebrać. Jako fanfiki w Internecie – spoko, jako literatura, za którą mam płacić – poziom amatorstwa zbliżony do poziomu smogu w Krakowie. Oczywiście, może któreś z pominiętych opowiadań było spoko, ale jeżeli przy czytaniu dwudziestu stron spędziłam godzinę, nudząc się bardziej niż przy tekstach o strukturalizmie, to zaprawdę, nie chcę ryzykować kolejnych minut z życia.

Nie ryzykujmy swojego intelektu, nie marnujmy życia. Ulisses się sam nie przeczyta. I raczej nie w jeden wieczór (badania dowiodły, że nawet studenci polonistyki nie są w stanie tego dokonać).

Czytaj dalej »

27.02.2018

#1 Gambit, Michał Cholewa

0


Ta książka ma praktycznie wszystko, czym powinno odznaczać się militarne science fiction – wartką fabułę, ciekawych bohaterów, których losy nas przejmują, straszliwą katastrofę z przeszłości, dobre i logiczne opisy walk i uzbrojenia, pojawiające się od czasu do czasu pytania o sens wojny i sens człowieczeństwa – a nad tym wszystkim czarny bezwzględny kosmos.

Tak bym to napisała, gdyby mi za to płacili. Ale jak na razie stroną wyzbywającą się polskiego złotego byłam ja, więc nie silmy się o styl i godność.
Książka z typu „fabularnych”, czyli bez fabuły nie istnieje i można ją spoilerować. Wystarczy więc krótkie spojrzenie na akcję: jest sobie wojna między USA a Unią Europejską, jest sobie kosmos, więc chyba można się domyślić, że nie będą wysyłać sobie nawzajem nadziewanych pralinek, tylko nadziewać siebie odłamkami. Intrygujące w tym świecie jest to, że ludzie nie używają Sztucznej Inteligencji z powodu złych doświadczeń z pewnej katastrofy. „Gambit” to część pierwsza dłuższego cyklu i kończy się tak, że na pewno poczujecie potrzebę kupienia drugiej części, więc może najlepiej od razu cały cykl „Algorytmy wojny” zaplanować w najbliższym budżecie. Fabuła zdaje się spójna, mimo kilku palących pytań, np. jakim cudem UE przetrwało i gdzie się, do licha, podziała Rosja. Autor tworzy też w sposób bardzo pomysłowy strategię wojenną obu bloków, muszę przyznać, że ja byłam zaskoczona za każdym razem, aczkolwiek nie jestem tutaj jakimś wyznacznikiem – książki z fabułą nie są moją specjalnością. Przy „Gambicie” postarałam się jednak całą zrozmieć i nie traktować jej jako dodatek do ciekawszych elementów.
Bo ciekawszych elementów zasadniczo nie ma. To nadal militarne s-f i autor nie widzi potrzeby wychodzenia ponad to. Podrzuca bohaterom moralne dylematy dotyczące wojny czy granicy człowieczeństwa (dość typowy motyw „czy Sztuczna Inteligencja to już człowiek?”), ale nie buduje na tym żadnej ważnej osi fabuły. Na psychologii bohaterów też nie. Mają oni swoje cechy charakterystyczne i da się ich polubić, przejmować ich losami, ale przeważnie są zarysowani dość grubymi liniami i możliwi do opisania jednym słowem. Jest ich dość sporo, już na starcie trzeba zapamiętać wszystkich znajomych z oddziału głównego bohatera, i w tym  jednocechowość pomaga. Łatwo też się domyślić, co kogo spotka w przyszłości. Czytając miałam wrażenie, że obserwuję tę wojnę z punktu widzenia nieszczególnie rozgarniętego żołnierza, który nie wgłębia się w niuanse psychologiczne swoich kumpli, tylko stara się przetrwać i dokopać tym drugim. Czy to wada książki? Cóż. jak chcecie. Dla mnie nie. Nie wymagam od każdego żołnierza bycia filozofem.
Co lubię w polskich s-f? Nazwiska. Zaskakuje mnie, że autor nadal umieścił narody w swoim świecie (około 2200 roku), ale okey. Jak już umieścił, to je podkreśla, dlatego bohaterami są Polak, Hiszpan, Finka, Mołdawianin... Dość rzadko spotykam takie rozróżnienie. No i bawią mnie polskie nazwy różnych maszyn. To takie z innego świata dla człowieka urodzonego i wychowanego w momencie, w którym Polska zachłysnęła się Zachodem.
Recenzje wskazywały na podobieństwo „Gambitu” do „Obcego”. Cóż. Jest ponuro i klaustrofobicznie, ale nie z powodu ciasnych korytarzy, a raczej z powodu wszechobecnej mgły unoszącej się nad błotnistą planetą. Można by ironizować, że jest to trzysta stron o tarzaniu się w błocie, i to  bardzo bliskie prawdy. Bagno dodaje ciężkości tej książce, nie pozwala na żadną idealizację wojny czy pokazanie jej jako zabawy dla dużych chłopców. Dodaje dramatyzmu do zmagań z rzeczywistością. To, w pewnym sensie, książka trzymająca czytelnika blisko ziemi. Z głową w błocie: „Siedź tam i poznawaj prawdziwy świat!” Dzięki temu jest autentyczna, mimo niedociągnięć, mimo pewnych nieracjonalności.
A teraz, drogie dzieci, spójrzmy na okładkę i zacznijmy szukać dobrego miksera, bo na raka oczu, jakiego zaraz dostaniemy, tylko brutalne środki zadziałają.


Aaaaaaaa?

Okładka jest straszna, nie wiem, czy bardziej płakać nad wystającymi stringami dziewczyny, czy nad tym fontem, który kojarzy mi się z jakimś archeologicznym etapem rozwoju s-f. Jestem pewna, że znaleźli go w Internecie pod nazwą typu „space and war”. Co gorsza, rysunek z okładki się wszędzie powtarza i zaprawdę nie da się przed nim uciec. W środku książki wcale nie jest lepiej. Marginesom odebrano ostatnie ziemie i zmuszono do emigracji za chlebem, interlinia mała i wynędzniała, sporo podtytułów i tytułów, które są wciśnięte na siłę i zupełnie pozbawione światła... Jeżeli chodzi o klaustrofobię, to te tytuły mają ją na pewno. Błędów nie znalazłam za dużo. Chyba wystarczy oprawić książkę w ładny papier i będzie się dało na nią patrzeć, ale nie po to kupuję książki (i to nowe!) żeby je chować w papierze i sama projektować im okładki.

🔺🔻🔺🔻

Podsumowując: u mnie dostaje kategorie: zacne czytadło, fabularne, porządne s-f, z grubsza racjonalne, bohaterowie pół na pół, albo wejdą, albo nie.


Pierwsza prawdziwa recenzja, absolutnie nie wiem, co o niej myśleć. Podejrzewam, że muszę wyrobić sobie jakiś schemat recenzowania, który po pewnym czasie stałby się naturalny dla czytelników, więc wybaczcie, ale trochę to zajmie i związane będzie  z wieloma eksperymentami. Na razie najbardziej podobają mi się zdjęcia na tle mojego parapetu, z towarzystwem zielska uprawianego przez moją współlokatorkę. To takie brutalne, ten parapet i te paskudne sukulenciki, mech czy co ona tam trzyma. A ta doniczka po prawej to mój Martinus! 

Wymyśliłam z grubsza jakimi kategoriami się posługuję w ocenie. Nie zamierzam wprowadzać oceny za pomocą cyfr, uważam to za tak samo głupie jak pytania zamknięte na teście z poezji. 

kategorie wg skursywionych
czytadło: podłe, średnie, zacne
literatura: średnia, głęboka, zatrważająca
fabularne/kiepsko fabularne/niefabularne
porządny gatunek/słaby gatunek/nudny gatunek
irracjonalne/racjonalne/nie rozumiem/prycha na racjonalność
bohaterowie wejdą/nie wejdą/zbędni/prychają na ciebie

Czytaj dalej »

Copyright © Szablon wykonany przez Blonparia