21 czerwca 2018

Czy warto studiować filologię polską?






Gdy w trzeciej gimnazjum polonistka pytała się nas, kim chcielibyśmy zostać w przyszłości, nikt już nie chciał zostać kosmonautą ani księżniczką, wszyscy realistycznie mówili, że rolnikiem, że fryzjerką, że weterynarzem. Tylko skursywieni jak zwykle mieli problem z dojrzewaniem, rzekli więc: A ja to bym chciała pisać wstępy do beenek!* Pięć lat, pięć długich lat później dopiero dochodzi do mnie faktyczny sens tych słów i rzec mogę, że byłam dzieckem... specyficznym.

*Wiadomo, chodzi o książki z Biblioteki Narodowej, które są podstawowymi lekturami na filologii ze względu na wstępy, które szeroko omawiają utwór, autora i epokę. To jest to, co my mamy zamiast podręczników. Wstępy zazwyczaj są autorstwa znanych i wybitnych naukowców, co rzuca pewne światło na moje młodzieńcze ambicje.

Nie miałam więc nigdy problemów odnośnie decyzji, na jakie studia iść, o czym wspominałam już w poprzednim wpisie. Teraz kończę drugi rok filologii polskiej, tak źle nie jest, chociaż dziecięcych ambicji pozbyłam się dawno temu. 

Jednak filologia to dość trudny wybór, kierunek niby bez przyszłości, bo humanistów jest za dużo, bo humanistów się nie lubi i odcina się im dotacje, bo rodzina popada w czarną rozpacz, że synek miał być inżynierem, a zostanie bezrobotnym... Co ja się o tej filologii nasłyszałam! Dzięki mojemu paskudnemu charakterowi na teksty takie reagowałam przeważnie przekorą i tym bardziej umacniałam się w swojej decyzji; jednak nie każdy taki jest. Piszecie do mnie, jak jest na filologii, zastanawiacie się, czy to dla Was, na czym w zasadzie ta nauka polega, co jest mitem, a co faktem. Sama tego nie wiedziałam, jak widzę, w Internecie jest mało na ten temat, dorzucę więc swój głos i spróbuję w miarę obiektywnie napisać o ludziach i nauce na polonistyce.

Zaznaczam od razu, że możecie też do mnie pisać przez fanpage bloga na fb i dopytywać się prywatnie, bardzo się będę cieszyć, jeżeli ten tekst będzie żył w ten sposób jeszcze wiele lat i spełniał swoją funkcję.


Cherubinki, które oddają 99% reakcji emocjonalnych studentów polonistyki w trakcie sesji.

 Filologia polska - czy warto? Dla kogo?


Filologia polska jest dla ludzi, którzy wiedzą, że chcą na nią iść. Nie wydaje mi się, żeby racjonalnym było wybieranie tego kierunku „bo nie wiem co robić”, i chyba nigdy nie spotkałam takiej motywacji. Z osób na fil-polu, z którymi gadałam, jakieś 90% było bardzo mocno zdecydowanych, że to najlepsza droga ich życia. Często inspiracją byli fajni nauczyciele polskiego, tradycja rodzinna, pisanie, praca jako dziennikarz itp.
Nie, na polonistykę nie idą tylko totalne świry (powinno istnieć jakieś słowo na polonistycznych nerdów) ani ludzie, którzy w wieku 15 lat już wydali swoją pierwszą rozprawę o motywie śmierci w nieznanych utworach Norwida. Chociaż niektórym faktycznie do tego blisko, i zapewne część twojego roku będzie namiętnie używała słów, których nie znasz. Chodzą na nią też normalni ludzi, którzy chcą być nauczycielami, korektorami, redaktorami albo animatorami kultury czy też tłumaczami. I niekoniecznie są fanami literatury wczesnośredniowiecznej. Często udają, że tak właśnie jest, ale tak naprawdę większość filologii czyta kryminały i fantastykę, ale się do tego nie przyznaje.

Ok, czyli to kierunek raczej dla ludzi zdecydowanych, niekoniecznie ześwirowanych. Baaardzo lubiących czytać i raczej swobodnie piszących różne teksty, od naukowych, po wierszyki dla dzieci. Nie bojących się wypowiadać głośno, mających własne zdanie, szczególnie o literaturze, oraz w miarę otwarte i lotne umysły (to nie jest kierunek dla ludzi, którzy mają problem z negowaniem prawd uświęconych i zadawaniem pytań). Nie polecam ludziom, którzy chcą tylko wykuć formułki, przeczytać streszczenie i koniec. Nic z tych studiów nie wyniosą. Dobrze wchłonięta filologia polska może wpłynąć na całe Twoje życie, mówię też o życiu wewnętrznym, emocjonalnym, intelektualnym.



Czego się spodziewać po filologii?


Nie tego, co w liceum. Niestety, polski w szkole to rzecz zaprawdę poroniona i tylko dobry nauczyciel jest w stanie z tego coś wartościowego wyciągnąć, nauczyć  dzieciaki myślenia i dyskusji. A matura i tak zniszczy to natychmiast (za stworzenie takiej matury ktoś stanowczo powinien przez całą wieczność biegać boso po klockach lego), bo klucz odpowiedzi, bo masz się wpasować, bo nie masz wychodzić poza lektury, bo znaj swoje miejsce. Na studiach często słyszałam, że mam dać sobie spokój z tym, czego uczyli mnie w liceum. Najlepiej zapomnieć.

Nauka zasadniczo dzieli się na językoznawstwo i literaturoznawstwo. Językoznawstwo to ta część, której uczyli was w gimnazjum jako gramatyki. Fonetyka, fleksja, słowotwórstwo, części zdania... Rozbudowane wręcz niewyobrażalnie i zasadniczo trudne do nauczenia, ale daje takie profity, że możesz pisać do ludzi w alfabecie fonetycznym i myślą, że cię szatan opętał. Jest też gramatyka historyczna, która zastanawia się, stąd dane słowo się wzięło. Polubią ją miłośnicy rozważań typu „czy jaszczurka wzięła się od szczura?”. Językoznawstwo to kucie, kucie i próby zrozumienia, co tu się dzieje. Umysły ścisłe docenią.

Literaturoznastwo to oczywiście czytanie i rozumienie. Tutaj przyda się wiedza historyczna – nie lekceważ historii w szkole średniej, to się na tobie stokrotnie zemści ^^ Nie da się byś filologiem bez historii. Tutaj też warto mieć otwarty umysł i umiejętność „wychodzenia” ze skóry swoich poglądów i spojrzenia na świat. Mam wrażenie, że głównie brak tego uniemożliwia ludziom czucia piękna literatury. Trzeba patrzeć szeroko. Widzieć więcej. Widzieć w tym też autora, epokę, mieć sporą wiedzę, trochę empatii.
...i po prostu lubić książki. Inaczej raczej nie uda ci się czytać ich tak z 80 na semestr. Sama moja historia literatury ma 30-20 lektur na semestr, a są jeszcze inne przedmioty. Na filologii gadanie o wieczorach z książką i herbatką przestaje być tak urocze jak kiedyś...

Przedmioty na filologii często wydają się absurdalne dla ludzi z zewnątrz. No bo semestr na nauczenie się nowego języka (i to fonetycznego)? Dwa czy trzy semestry na łacinę? Wkuwanie na pamięć nazw i autorów kilkudziesięciu słowników? Zajęcia zawsze trwają za krótko i ciągle masz wrażenie, że niczego się nie nauczyłeś, że tylko liznąłeś temat...
No właśnie!




Filologia więcej bierze od ciebie, niż daje. To chyba podstawa zadowolenia z tego kierunku. Na początku zdziwiłam się – czemu mamy tak mało zajęć? Dwanaście tygodniowo? Będę się nudzić...! Bzdura. jeżeli jestem ambitny i chcesz mieć coś więcej niż gównianą wiedzę i tróję, to poświęcisz filologii większość swojego czasu. Filologia to straszna menda, wymaga od ciebie bardzo dużo wkładu własnego, czasu, zaangażowania, a sama daje bardzo mało – głównie podpowiada, co tam byś mógł jeszcze przeczytać. Na zajęciach przerabia się z pięć książek z kanonu, w domu dwadzieścia pięć. Na zajęciach pokażą ci, jak złożyć książkę, ale nigdy się tego nie nauczysz, jeżeli nie przesiedzisz kilkunastu dupogodzin na uniwersyteckim kompie, próbując złożyć swój pamiętnik w formie książkowej. Do bycia dobrym korektorem przygotuje cię koło naukowe i współpraca z firmami, a nie uczelnia. W ten kierunek trzeba włożyć baardzo dużo własnej inicjatywy. Ty możesz wyjść z uczelni, ale uczelnia z ciebie nigdy. Przynajmniej przez kilka lat będziesz myślami ciągle przy niej, bo to też dla niej będziesz czytać książki, dla niej będziesz sprawdzać w słowniku, czy jaszczurka jest od szczura... W polonistykę trzeba być naprawdę zaangażowanym. Inaczej raczej wyjdziesz rozczarowany tym, że twoja wiedza jest pourywana, niepełna i nic ci nie daje. I jak już wspominałam – moim zdaniem filologia rozwija też duchowo, intelektualnie, głównie przez dużą zawartość filozofii. Nie zauważysz tego, jak będziesz czytać tylko streszczenia.


Cudowna okładka książki stworzona przez pewną osobę z edytorstwa UJ.

 Gdzie studiować?


Wydaje mi się, że ważną kwestią jest też to, gdzie studiujesz, i nie jest to wyraz mojego snobizmu - podpieram to czytaniem tekstów i rozmowami z innymi filologami. Jeżeli tylko możesz, idź na dużą, dobrą filologię: Kraków, Warszawa, Poznań... Zobacz, kto jest najlepszy w rankingach. Może akurat u Ciebie to się nie sprawdzi, ale pójście na polonistykę do Olsztyna czy Gdańska jest ryzykowne... Głównie ze względu na ludzi. Tak, ludzi. Nie chcesz przecież trafić do grupy, w której tylko Ty cokolwiek czytasz i się starasz, a reszta to życiowe olewusy, które uważają cię za kujona. Nie chcesz, żeby grupa ściągała Twój poziom w dół. Ten problem zauważyłam po tym tekście:

Opisane w nim rzeczy i postaw nigdy nie widziałam na mojej, poznańskiej filologii. Słyszałam podobne skargi na Gdańsk i Katowice, chyba też Olsztyn. Poza tym większe miasto to też więcej perspektyw. Domów kultury, teatrów. Festiwale, slamy, koła naukowe, wielkie biblioteki, archiwa, tradycje studenckie, zniżki studencie w pubach...

 Co jest największa zaletą filologii?


Uczy człowieka patrzeć na wszystko szeroko. Dostrzegać rzeczy dla innych niewidoczne. Trochę lepiej w ogóle rozumieć człowieka i świat, stawiać o wiele więcej pytań (literatura nie znosi odpowiadać na pytania, ale w stawianiu jest zajebista). Uczy mówić, myśleć i argumentować. A przede wszystkim daje możliwość przeczytania oszałamiającej liczby książek. Jeżeli chcesz nauczyć się konkretnej wiedzy, którą potem wykorzystasz w pracy zawodowej, idź na technologię chemiczną i nie marudź. Fil-pol absolutnie nie ma takiej misji. Nie nauczy cię też pisać. Ani książek, ani tekstów reklamowych. Ogarniesz najwyżej pisanie prac semestralnych i bibliografii. Filologia z założenia przygotowuje do pracy naukowej, a nie pisania reklam jogurtów, jeżeli chcesz tylko to robić, idź na kurs pisania. Wyjdzie taniej.

Jeszcze nie wiem, jak wygląda szukanie pracy po polonistyce. Warto jednak pamiętać, że nie jest się po niej skazanym na nauczycielstwo.  W zależności od specjalizacji, możesz po studiach pracować jako: wydawca, korektor, redaktor, składacz, copywrither, animator kultury, archiwista, bibliotekarz, dziennikarz... A kto wie, jakie zawody jeszcze istnieją albo zaistnieją. Fil-pol daje dobry start do pracy w kulturze, częstokroć daje znajomości w najciekawszych ośrodkach kultury, daje podstawy do pisania -wszystkiego, od reklam po poezję; do wydawania książek i pracy z nimi na wszelakie sposoby. Tyle teorii. Praktyka zapewne zależy od wielu czynników.



 Dobra, wady też ma



Uczenie się rzeczy, których nie da się wykorzystać nigdzie indziej, jak w  pracy naukowej. Męczące społeczeństwo, które nie rozumie Twojej decyzji. Książki, które zawsze jak masz doła, to ci go pogłębiają. Mi na dodatek przestały podobać się niektóre wytwory popkultury... bo są tak głupie że aż nudne, jeny, jak można przekładać oglądanie filmów z superbohaterami nad czytanie Koraba Brzozowskiego? Aha, i wyobcowanie: jak to, tylko ja lubię Koraba? Niee, nie możesz tak odczytywać „Dziadów”, to prymitywne, zaraz zrobię ci o tym godzinny wykład... Nie musisz tak szybko uciekać, tylko żartowałam. Specyficzny humor też raczej nie ma szans wyjść poza środowisko.

To chyba naprawdę wszystko, co mogę napisać o filologii polskiej. Bardzo staram się pisać dojrzale (bo kiedy piszę o czymś, co kocham, wychodzi cała moja dziecinność, niestety), ale nie zdziwcie się, jeżeli za rok powtórzę ten wpis. Mam nadzieję, że chociaż trochę pomogłam niektórym maturzystom. Zawsze możecie pisać do mnie na fb albo na skursywieni@gmail.com

Szczególnie piszcie jeżeli chcecie studiować na UAM! Baaardzo dobrze jest mieć na wydziale kogoś ze "starszaków", kto opowie wam, jak przeżyć w tej dziczy, dostać się do najlepszych doktorów i ogarnąć plan zajęć czy praktyki. Uniwersytet zakłada dużą samodzielność studentów i raczej rzadko prowadzi za rączkę, wiedzę najlepiej zdobywać od starszych.




A na koniec podsyłam adresy wpisów, które mogą poszerzyć Waszą wiedzę, i na których się opierałam, pisząc tekst.
http://zudit.pl/index.php/2016/07/29/czy-warto-studiowac-polonistyke-pytania-i-odpowiedzi/#

Wpis ilustrowany zdjęciami autorstwa ludzi przeróżnych i cytatów przeróżnych z książek, które zaginęły w mrokach bibliotek, oddającymi najlepiej, jak można, klimat intelektualny i estetyczny na typowej filologii polskiej, oraz będącymi czasami przestrogą przed niebezpieczeństwami, które na każdego pasjonata literatury i języka czyhać mogą. 

0 Czytaj dalej »

10 czerwca 2018

Co po maturze, czyli rzecz o studiowaniu

0




Napisałeś maturę, czekasz na wyniki, masz już je w garści...? Właśnie zrozumiałeś, że jednak nie zostaniesz pierwszą w Polsce księdzem-kobietą, jak to Ci się marzyło w dzieciństwie? Ani weterynarzem, ani superbohaterem, ani spełnieniem oczekiwań rodziców... A przyszłość coraz bardziej kojarzy Ci się z odcinkami „Maturzysty” z Chatolandii, a nie z byciem życiowym wygrywem studiującym prawo? Cóż, skursywieni przechodzili przez tą otchłań dwa lata temu, i w ramach akcji #CoPoMaturze postanowili troszkę Wam o tej przygodzie  opowiedzieć. Nie chcąc Wam czegoś wmawiać, raczej zasugerować. 
(Wszystko ilustrowane stosownymi zdjęciami moimi lub mych znajomych.)

Krótko o akcji:

Daga z bloga socjopatka.pl oraz Ania ze studenckiego bloga blue-kangaroo.pl, które to obie panie czytam i cenię, organizują sympatyczną akcję dzielenia się ze światem swoją wiedzą z zakresu ogarniania wyboru studiów i odkrywania, że istnieje życie po maturze. Dzięki naszemu – to znaczy, starych ludzie – doświadczeniu, istoty młode mają szansę podjąć dobrą decyzję. Postanowiłam dołączyć się, gdyż będzie to świetne preludium do wpisu o studiowaniu filologii polskiej, do którego się zabieram.




Życiowe mądrości skursywionych


Przede wszystkim chciałabym Wam powiedzieć: nie ma się co spinać.
Do trzech razy to nie przegryw, jak rzekła moja współlokatorka, używając nieco dosadniejszego słownictwa (i oczywiście mówiąc o zmienianiu kierunku studiów).
Jeżeli zdecydowałeś się na studia, to wiedz, że istnieją dwie drogi – albo dostosujesz studia do siebie, albo dostosujesz siebie do nich, i ta druga zaprawdę jest boleśniejsza, ale też przynosi efekty.

Drugą wielką mądrością skursywionych jest hasło: przyszłość jest jak kupowanie brzoskwiń w worku – obojętnie, jak je obmacasz, i tak po otwarciu połowa będzie twarda, a połowa zgniła.

Na studiach może nie zagrać milion rzeczy! Mogą nie otworzyć naboru, nie utworzyć grupy, zmienić wymagania, może być fatalna atmosfera, fatalna kadra profesorska, ten jeden cholerny profesor, który uważa, że kobiety są za głupie na więcej niż trzy, może być debilna grupa, możesz odkryć, że to jednak nie ma perspektyw, że tego nie rozumiesz, że masz fobię na punkcie matematyki, że boisz się jednak zwierząt... I miliard innych. Każdy z tych powodów jest wystarczający, by rzucić studia. Serio.
Życie po maturze nie biegnie jednotorowo. Jeżeli w podstawówce musiałeś zmienić szkołę czy kiblowałeś, to trochę przypał, bo nowa klasa, nowe twarze, i wszyscy patrzą na Ciebie jak na debila. Jeżeli powiesz na imprezie, że to twoje drugie albo trzecie studia, albo że masz trzydzieści lat, a jesteś na pierwszym roku, bo dopiero teraz poczułeś potrzebę studiowania filozofii, większość zaakceptuje to ze spokojem, bo nie takie historie się im przytrafiały.

Mi poszło stanowczo za łatwo


Wśród wszystkich moich znajomych ja mam chyba najprostszą drogę życia, więc powiedzmy, że nie jestem tutaj dobrym przykładem. W gimnazjum objawiłam trochę talentu do zgrabnego pisania, dobrej ortografii i rozumienia poezji – zostałam finalistą kuratora z polskiego, poczułam się nieco zdolna – w końcu w ogóle się nie uczyłam do niego – no więc poszłam do klasy humanistycznej. Pomińmy milczeniem to, jaką porażką jest konieczność sprofilowania się już na tym etapie życia. Chemio, którą zawsze lubiłam – ja też żałuję, że tak szybko nas rozdzielono. Dobre wyniki w liceum, sympatia polonistki, możliwość dalszego rozwoju, w końcu dobrze zdana matura – wszystko to upewniło mnie w przekonaniu, że pójdę na coś związanego z językiem i literaturą. 

Kłopocik był tylko jeden – pojęcia nie miałam, co można robić pożytecznego po filologii polskiej. Przecież nie będę uczyć  bachorów z gimnazjum! Ani całe życie zajmować się pracą naukową. Zaczęłam szukać jakiejkolwiek praktycznej metody wykorzystania mojego hobby i talentu, i dopiero wtedy odkryłam, czym tak naprawdę jest polonistyka i co daje. Dobre rozpoznanie to podstawa! Inaczej nigdy nie odkryłabym specki wydawniczej i jeszcze bym poszła na jakąś animację kultury D:
Uspokojona co do praktyczności mej przyszłej pracy poszłam wybierać uniwerek. I tutaj prawie popełniłam tragiczny błąd – poszłam za znajomymi.

Na wszystkie pomniejsze bóstwa, nie wybierajcie drogi życia idąc ślepo za znajomymi! Gdyby mnie wtedy snobizm nie uratował, trafiłabym na bardzo słabą filologię, a moi znajomi i tak po semestrze mieszkania razem się pokłócili na śmierć i życie i sobie poszli. Spoko, jeżeli drogi znajomych odpowiadają Twoim ambicjom – jednak dobrze kogoś w mieście znać (dzięki temu w rubryce „kogo zawiadomić w razie wypadku” nie musisz wpisywać współlokatorki). Ale jeżeli masz z czegokolwiek zrezygnować dla ludzi – daj se spokój.





Błąd spowodował tyle, że jakiś uniwerek wydał na głupoty mój hajs z rekrutacji, a ja i tak poszłam do Poznania – wiem, że jestem okropna, ale ze swoim wynikiem z rozszerzenia dostałam się bardzo łatwo i zupełnie obcy jest mi smutny list „nie dostała się Pani na studia...”.

Moi rodzice jeszcze na pierwszym roku pytali się czasami, czy może jednak pójdę na  polibudę. Na szczęście pytali się niemrawo, gdyż sami są humanistami i nauczycielami, i nie powinni występować jako spece od robienia kariery. Niestety, bardzo często to rodzice niszczą marzenia i przyszłość maturzystów, np. zmuszając ich do zbyt szybkiego wyboru. Nie zmienimy tego – w końcu się o nas martwią – ale warto potrafić dobrze objaśnić i uargumentować swoją decyzję, żeby wyjść na poważnego człowieka, a nie rozlany kisiel bez planów na życie. Nie warto dawać sobie namieszać w głowie – tak tylko udowodnisz, że jesteś niepoważny i nie poradzisz sobie z dorosłym życiem, więc rodzice będą Ci motać jeszcze bardziej „bo bez nas zginiesz!”

Bardzo dobrze upewniła mnie w decyzji o studiowaniu praca wakacyjna – poszłam do pracy fizycznej, pracowałam na ulicy, i zetknęłam się z tyloma przejawami ludzkiej głupoty/nienawiści/prymitywizmu/ciemnoty umysłowej, że powrót za mury jakiejś miłej, bezpiecznej uczelni był moim marzeniem. Absolutnie nie byłam wtedy gotowa do życia w zwyczajnej społeczności – ja, hodowana przez rodziców w bezpiecznej i intelektualnej atmosferze, a potem chodząca do dobrego liceum i obracająca się tylko wśród ludzi mi podobnych.


Nie bądźmy jednak monotematyczni


...bo na świecie jest wiele opcji innych niż studia. Ja akurat szybko zdecydowałam o swojej drodze życia, ale pomogło mi wychowanie i pewne wpojone wartości, ale Wy wcale nie musicie tak mieć. Po co tracić lata na studia, które nie są Ci do niczego potrzebne? W bardzo wielu zawodach jakiś kurs i wiedza praktyczna liczą się o wieeele bardziej niż znajomość skomplikowanej wiedzy uniwersyteckiej. A brak studiów nie czyni Cię z automatu zacofaną ciemnotą – dokształcać się możesz sam. Zawsze i wszędzie. Już pomijając to, jak bardzo szanuję ludzi, którzy w moim wieku kręcą już swoje biznesy/projekty i nie muszą być uzależnieni finansowo od rodziców. Gap year nie jest już niczym dziwnym, i nie daj sobie wmówić, że Ci zaszkodzi. Jeżeli totalnie nie możesz się zdecydować, albo czujesz, że nie chcesz jeszcze opuszczać domu, to zostań i pracuj. No, może nie mieszkaj do trzydziestki z rodzicami, ale rok Cię nie zabije. Mamy, jako pokolenie, tą swobodę że możemy zmieniać decyzję o swojej przyszłości albo lekko ją odsunąć, dać sobie czas na eksperymenty. To już nie te czasy, gdy mogłeś być albo rolnikiem, albo rzemieślnikiem, albo księdzem, a rodzice podejmowali za ciebie tę decyzję gdy się rodziłeś.

Podsumowując – nie ma się do spinać. Życie i tak bawi się Tobą jak mały kotek skarpetką. Dobrze mieć wiedzę i dobrze jest nie być miękką kluchą bez osobowości i poglądów, ale to ogólnie fakt życiowy. A po maturze przeżywanie dram jest całkiem spoko – i tak za rok czy dwa będziesz mieć z tego bekę i zajmiesz się wkurzaniem maturzystów tekstami „Ho ho, zobaczycie po pierwszej sesji!”
Swojego wyboru nie żałuję, szczególnie widząc, ilu moich znajomych zmienia studia i nadal szuka swojej drogi – a ja trwam, jak ten ostatni rozbitek na ruinach okrętu. Czy pożałuję kiedyś – zobaczymy.


Czytaj dalej »

3 czerwca 2018

Zapowiedzi wydawnicze na czerwiec

0


Czerwiec to istny sezon ogórkowy w świecie książek. Zupełnie się temu nie dziwię – gdybym była sprytnym wydawnictwem, w tym okresie postawiłabym na książki lekkie i łatwe, które ludzie wezmą jak będą obijać się na plaży, nudzić na działce w lesie, i co tam jeszcze robią normalni ludzie w czerwcu. Pewnie jedzą arbuzy. Przez to nie mam ani jednego tytułu, który koniecznie chciałabym kupić – na szczęście, bo jeszcze z maja wlecze się za mną biografia Herberta, świetna „Wszechksięga” Tomasza Grządziela i nagła potrzeba czytania książek o designie.

Oto wybór pozycji z tego miesiąca, które po prostu nie brzmią źle:


Sól. Wisława Szymborska (Znak) 
Wydanie tomiku z 1962, które przyciągnęło mnie ślicznym kolorkiem i ładną okładką. To wygląda na bardzo fajne wydanie.

Ścigając krzyk. Dzieje wojny z narkotykami. Johann Hari (Czarne)
„Brytyjski dziennikarz Johann Hari postanawia prześledzić historię walki z narkotykami, której źródła sięgają początków XX wieku. Przemierza m.in. Stany Zjednoczone, Wielką Brytanię, Meksyk, Portugalię i Kanadę, korzysta z materiałów archiwalnych i projektów ustaw, rozmawia z ludźmi – od naukowców po głęboko uzależnionych – by dowieść, że kluczem do rozwiązania wieloletnich problemów z narkomanią jest zniesienie prohibicji i ustanowienie kontroli państwa nad nielegalnymi do tej pory substancjami.”
Spojrzawszy na okładkę, pomyślałam, że to chyba stara książka, bo ta estetyka kojarzy mi się z Polską Ludową raczej. Nie jest to w żadnym wypadku wada! Chętnie przeczytałabym w wakacje w ramach douczania się.

Najlepsi. Kowboje, którzy polecieli w kosmos. Tom Wolfe (Agora SA)
Czy ja naprawdę kieruję się przy wyborze książek wyłącznie tematyką i okładką? Ten reportaż jest tego przykładem. Jest świetna okładka, więc moja uwaga złapana, są loty w kosmos, więc jestem kupiona. Dla mnie to najmocniejsza pozycja tego zestawienia.


Bezkres. Cykl Głębia. Marcin Podlewski (Fabryka Słów).
Muszę przyznać, że facet ma tempo, jakoś rok temu kupiłam pierwszy tom Głębi kumplowi na święta (oczywiście wcześniej przeczytawszy). Nie był ani świetny, ani zły, ani zachwycający, ani fatalny, jak na czytadło i jak na Fabrykę Słów to zwyczajnie dobry. Dlatego tom czwarty serii dostaje tutaj swoje skromne miejsce.

Cierpienia młodej Hany. Katja Gorečan (Korporacja Ha!art)
„Poezja Katji Gorečan to przykład bezkompromisowego młodego feminizmu – nie oglądając się na to, czy wypada i czy się opłaca, opowiada bez cenzury o tym, co dla niej istotne. Jest przy tym błyskotliwa, pełna humoru i językowego wdzięku.”
Nie jest to do końca moja tematyka, ale ufam, że Ha!art byle czego nie wydaje. Na pewno mam wśród czytelników sporo osób zainteresowanych młodym, buntowniczym feminizmem, na który sama jestem zbyt cyniczna. 

Ja, Nina Szubur. Daniel Chmielewski (Wydawnictwo Komiksowe), czyli komiks na podstawie książki Olgi Tokarczuk „Anna In w grobowcach świata”. Pomyślałam, że trzeba trochę Was pouświadamiać, że komiksy to też książki, nawet jeżeli są nieco droższe i trudniejsze do zdobycia.


Wcale nie jestem dumna z tego, że ostatnie zapowiedzi były w kwietniu. O ironio losu, która nasłała na mnie lenistwo akurat w maju, gdy wyszło sporo naprawdę ciekawych książek! Znając życie jutro pójdę do jakiejś galerii czy czegoś, żeby kupić chleb (bo ostatni zgubiłam), przypadkiem wlezę do księgarni i bum, znajdę więcej ciekawych książek, których nie znalazłam w internecie, i będę musiała aktualizować notkę. Fatalnie. 

Pozdrawiam wszystkich, którzy w czerwcu mają sesję i też nienawidzą uczniów/innych studentów/wszystkich ludzi za to, że tamci się obijają i czerwienią na słoneczku, podczas gdy my nabijamy sobie siniaki o słowniki i grzejemy w cieple przegrzanych laptopów. 

(Na zdjęciu pozują ja i kot, który nie chciał ujawniać swoich danych osobowych. Wszystkie cytowane opisy pochodzą ze stron wydawnictw, zdjęcia pochodzą ze stron wydawnictw oraz księgarni internetowej Świat Książki.)

Czytaj dalej »

16 maja 2018

Intymne życie korektora

0




Po błędach mnie poznacie.

Skursywieni spotykają na swojej drodze czasami artystów – czasami dosłownie na nich wpadają, bo kuchnia w naszym mieszkaniu jest dość wąska, czasami mniej dosłownie wpadają na nich w szkole, pubie czy gdziekolwiek. Skursywieni lubią swoich artystów, i z niektórymi utrzymują stosunki, które można by nazwać przyjacielskimi, jednakże straszny problem mają zawsze z oglądaniem, słuchaniem i analizowaniem ich prac.

Za pierwszym razem zawsze przerażająca jest osoba, która nagle, tak bez przygotowania psychicznego, wysyła ci swoją muzykę, wiersze, opowiadanie (zazwyczaj do korekty), pokazuje rysunki i obrazy. Kontakt z dziełem czyjegoś namysłu i fantazji to zupełnie co innego niż kontakt z człowiekiem, którego uważacie za znajomego – w tym drugim przypadku widzicie kolor włosów, nietypowe albo typowe ciuchy, uśmiech albo jego brak i szerokie brwi. W tym pierwszym przypadku dotykacie żywej materii czyjegoś mózgu i emocji, i pół biedy, jeżeli należą one do nieznajomego ci gostka, który i tak zaraz pojedzie w dalszą trasę koncertową po Europie, a potem zaszyje się w jakiejś Danii czy Irlandii. Ale nie, one należą do twojego znajomego, na którego musisz potem jakoś spojrzeć w szkole czy na uczelni, mimo palącego wrażenia, że dowiedziałeś się o nim troszkę za dużo.

Ludzie miewają problemy z mówieniem szczerze o sobie, szczególnie o problemach i uczuciach, ale często nie mają problemu, by przełożyć to wszystko na język sztuki i pokazać ci – zrozumiałe, że nie każdy odczuje tu tą intymność, ten pierwszy odruch strachu przed odkryciem kogoś z jego uczuciowością, ale możecie sobie powyobrażać, że czasami faktycznie tak jest. Szczególnie jeżeli samemu się jest osobą dość skrytą. Skursywieni doskonale rozumieją ideę grania w maskach czy pisania pod pseudonimami. Jednakże jest taka grupa ludzi, przed których wzrokiem nic i nikt się nie ukryje.
Korektorzy i redaktorzy.

Wredne dranie w grubych brylach będące czystą esencją czepiania się. A jednocześnie biedni ludzie, których nic na świecie nie ominie. Zanim wybierzecie ten zawód zastanówcie się, co będzie w stanie przetrawić wasza psychika. Bo niewinne literówki, które robią bystrzy inaczej ludzie w Internecie to wierzchołek góry lodowej, z którym nie będziecie mieć raczej kontaktu w normalnej pracy (wbrew pozorom ludzie nie są aż takimi debilami). Poza tym, gdy ktoś nie umie napisać słowa bez błędu, to pobłażliwość wobec niego włącza się automatycznie – sprawdzasz go sobie, pośmiejesz się, kilka najciekawszych błędów wyślesz kolegom i jakoś to leci. Są gorsze przypadki.

Na początku pracowania w edytorskim kole naukowym dostałam tekst, który nadal uważam za najgorszy w życiu. Był napisany fatalnie. Zdania potykały się o siebie i łamały sobie nóżki. Styl dawno poszedł chlać. Cały fragment skopiowano bezczelnie z Wikipedii bez żadnego przypisu czy odniesienia, a do tego brzydko włożono w całość, przez co zachowywał się jak nerka wszczepiona zamiast płuca. Co gorsza, temat był taki raczej uważany przez ludzi za delikatny, czyli o samobójstwach, co nie przeszkadzało autorowi w poważnym tekście dorzucić na zakończenie denny i mulisty śmieszek z samobójstw, powodujący u czytelników lekkie mdłości. Jedno zdanie musiały analizować trzy studentki, zanim w ogóle wpadnięto na trop, co ono może chcieć przekazać. Pomijając fakt, że skursywieni mają pewne obeznanie w poruszanym temacie i nietrudno było im zauważyć, jak autor generalizuje, nie podaje źródeł, powołuje się na przestarzałe badania, upraszcza, ogólnie dobry temat przeciska przez siatkę swojej głupoty i cieszy się, jak ładnie wyszło. No ble.

Jeżeli poświęciłam na ten opis aż akapit, to wiedz, że coś się święci.

Czas, który z biedną M. poświęciłyśmy na ten szajs, był jakoś o połowę dłuższy niż potrzebny na napisanie tego od nowa. No po prostu świetny start. A świadomość, że czasopismo, do którego to pójdzie, nie zawsze wprowadza nasze poprawki (i jeszcze zgadza się na drukowanie takich paskudników), nie poprawiała sytuacji. W głębokiej frustracji (i w głębokim dole śmieszkowania z autora) zerknęłam na nazwisko gałgana, który to stworzył, znalazłam go na facebooku i chwilę zastanawiałam się, czy nie napuścić na ziomka jakiegoś fejkowego konta, no ale bądźmy dorośli. Poza tym facet studiował medycynę. „Nie musi umieć pisać – pomyślałam – a durne śmieszki i zawłaszczanie własności intelektualnej może mu przejdą z wiekiem”.  PS. Dostałam ziomka kolejny tekst i w śmieszkach z martwych się niestety tylko rozwija.

Każdy zawód ma, moim zdaniem, jakąś swoją tajemnicę. To, czego jego przedstawiciele nie mówią nikomu, zmuszeni etyką albo własnym sumieniem do milczenia, ukrywania, nie mówienia światu, kto jakie miał grzechy a kto jaką grzybicę. W przypadku korektorów nie jest to raczej regulowane prawnie ani społecznie (bo kto niby myśli o tej grupie zawodowej), ale mam wewnętrzne poczucie, że tak powinno być. W błędach człowieka też siedzi sporo jego duszy, i to przeważnie tej strony, której wolałby nie ujawniać. W błędach siedzi to, czym bardzo łatwo ośmieszyć, co doskonale widać w tych komicznych gównoburzach w Internecie, gdy jedne australopiteki wytykają drugim ortografy w komentarzach.

Pomagałam też kiedyś w innym czasopiśmie, które było związane ze środowiskiem trochę mi znanym, i znalazłam w nim tekst dość specyficzny – patrzę więc na nazwisko – o, znam gościa. Fajną muzykę robi. W zasadzie błędy też. Dawno nie widziałam tylu różnych opcji cudzysłowów użytych w jednym tekście (to znaczy – znaków mających być w wyobraźni autora cudzysłowami). Zadumałam się – nie możemy od nikogo wymaga poprawności. W końcu stracilibyśmy przez to pracę. Lubię ludzi, którzy nie chcą albo nie mogą nauczyć się tego, czego ja się nauczyłam, bo przeważnie dają mi pieniądze na nowe książki i głupie rzeczy. Ale czasami muszę wchodzić w czyjś intymny świat anarchii cudzysłowów, połamanych zdań, dziecinnych błędów, okropnej maniery językowej, i gwałtem zmuszać to wszystko do ruszenia tyłka i ustawienia się w szeregu. Żeby inny ludzie tego nie zobaczyli. Żeby nie wykorzystali tego do wrednych celów. Czyli w zasadzie tak samo jak z tą grzybicą, brakiem przedniego zęba albo nieładnymi grzeszkami, które chętnie przytuliłaby opinia publiczna, ale ktoś stoi na straży, ktoś milczący, kto bardzo stara się nie odszukiwać najgorszych autorów na fejsie, nie odnosić się z pogardą dla ludzi piszących Tytuły W Ten Okropny Sposób, nie widzieć na miejscu człowieka tych wszystkich brakujących przecinków. A co będzie dalej?

Mam nadzieję, że zobojętnienie, oby nie zmendowienie się.

PS. Nie ufam gadaniu w stylu „Czemu się wstydzisz u lekarza, myślisz że oni o tym rozmawiają, jakie ty masz problemy?” W księgarni, w której pracowałam, każdy fakt kupienia przez kogoś którejś z ciekawszych książek erotycznych był odnotowywany śmieszkami na zapleczu. Jestem przekonana, że znudzeni ludzie pracy przyglądają się bardzo bacznie swoim klientom, żeby mieć potem co opowiadać przy piwie (w końcu sama bym tak robiła).

***
W momencie publikacji tego wpisu mamy ze skursywionymi 80 lubiejek na fejsbuczku – nigdy nie spodziewałam się takie splendoru i czuję się wręcz zbyt energiczna z powodu motywacyjnego kopa do pracy na blogiem! Szczególnie nad szatą graficzną. Grafika z boku się zmieniła na świetny portret autorstwa Pianki, ogarnijcie, jakie jeszcze ładniutkie rzeczy tworzy!

Chwilowo mam kłopoty z robieniem zdjęć, o czym pisałam na fb, jak i z czytaniem książek. Spodziewajcie się recenzji klasyki, gdy przebrnę przez kilka najnowszych lektur. To już ta epoka, żeby spokojnie Wam o niej pisać, czyli Młoda Polska. :3 
Pozdrawiam serdecznie!

Czytaj dalej »

23 kwietnia 2018

Żałuję, że przeczytałam

0



Z okazji Światowego Dnia Książki i Praw Autorskich po pierwsze przypominam, że prawa autorskie są ważne, i jeżeli wyszedłeś psychicznie z etapu średniowiecza, powinieneś nieco nad nimi podumać i może nawet dojść do konstruktywnych wniosków. Internet tak do perfekcji opracował olewanie praw autorskich, że dawna metoda polegająca na wykradaniu rękopisów z konkurencyjnej oficyny drukarskiej wydaje się niewinną zabawą. 
Po drugie, postanowiłam okazać swoją duszę marudy i wiecznego malkontenta, i specjalnie z okazji tego cudownego dnia, który jest na dodatek poniedziałkiem (co za radość!) powspominać niektóre dawno czytane książki z łezką w oku. Łezką rozpaczy raczej, niż melancholii, gdyż będą to wszystkie pozycje, których chciałabym nie przeczytać. Bo były fatalne, zmarnowały mój czas, zawiodły mnie, nadal próbuję odzobaczyć niektóre sceny albo zwyczajnie przeczytałam je w złym okresie życia i zmarnowałam to niepowtarzalne pierwsze czytanie.


„Mały książę”


To akurat wspomnienie smutne, gdyż przeczytałam tę lekturę jako naprawdę małe dziecko. I zapewniam – dzieci nic a nic z tego nie rozumieją. Ja zwróciłam uwagę tylko na baobaby na planecie, bo byłam dzieckiem lubującym się w tragediach, nieszczęściach i pożodze, więc wizja takich krwiożerczych baobabów była dla mnie czymś absolutnie cudownym. Całą resztę uznałam za absurdalną, zgodnie z moim podejściem, że bycie dorosłym człowiekiem w  ogóle samo w sobie jest absurdalne.  

Po co ja to czytałam...?

Głupie niemieckie książki dla nastolatek


Jest to nazwa ogólna dla wszystkiego, co czytałam na pewnym nastoletnim etapie życia, gdyż nic innego nie było w mojej wiejskiej bibliotece. Książki takowe opierały się na edukacyjnym schemacie pt. „Wypiszmy wszystkie błędy, które popełniają nastolatki, i starannie wyjaśnijmy, czemu ich nie robić”. Traktowały więc o całej gamie rzeczy, które można zrobić źle, i które mi samej nawet nie wpadły by do głowy, za to przekonały mnie, że okres nastoletni to ciągła walka na śmierć i życie z ciążami, narkotykami, starszymi facetami, alkoholem, stalkerami, połamanymi paznokciami, złymi matkami, wpisz co jeszcze chcesz. Niesamowicie żałuję, że zamiast zacząć wtedy przygodę z fantastyką, s-f albo czytać przynajmniej coś ciekawego, ja zapychałam sobie głowę problemami nastolatek... których sama nigdy nie miałam. Nie ma to jak zdrowy rozwój. Za to przekonałam samą siebie, że jestem dziwna, bo nie zachowuję się jak te wszystkie dziewczyny z książek, a wiadomo – dziwna znaczy gorsza. Nie podejrzewałam nigdy, że przez książki leczące z kompleksów nabawię się kompleksów.

„Niemożliwe" Nancy Werlin


Wystarczy spojrzeć na okładkę z brzydką kobitką lewitującą nad zbożem (tudzież mającą bardzo długie łydki albo niskie zboże) żeby domyślić się, że Nobla to autorka za to nie dostanie. Opowieść jest połączeniem łzawej książki o problemach nastolatków (gwałty, ciąże, miłości) z elementami nadprzyrodzonymi – klątwą ciążącą nad rodem głównej bohaterki. Żałuję przeczytania jej, bo nie dała mi nic poza zniesmaczeniem i fałszywym obrazem mężczyzn tego świata jako istot: a) podłych, wstrętnych, nie lubimy ich, b) zajebistych, najlepszych, bez własnego charakteru, służących tylko do usługiwania kobietom. Ile fajnych rzeczy mogłam zamiast tego przeczytać: patrz punkt wyżej.

Czemu to sobie robię?

„Kawa z kardamonem” Joanna Jagiełło


Ostatnia pozycja z działu błędy młodości. Otrzymana, o ironio, od Victora Gimnazjalisty na publikację tekstów (nie moich, a mej siostry). O ironio, bo cóż to za pomysł, żeby zdolnym nastolatkom wysyłać słabe czytadła? Chyba żeby się młode zniechęciły i nie robiły potem konkurencji autorom. Książka ta, jak i jej druga część, brzmią dokładnie tak samo jak większość książek dla nastolatek, tylko dla zmyłki dodany jest motyw przewodni, czyli kawa, i zmieniane są czasami imiona bohaterek. Dlaczego żałuję? Patrz dwa punkty wyżej.
Chociaż może jestem zgryźliwa – może nie ćpam, nie piję i nie jestem samotną młodą matką tylko dlatego, że przeczytałam te wszystkie beznadziejne czytadła?
Zaleta książki – nauczyłam się pić kawę z kardamonem, który jest ogólnie bardzo zdrowy, ale jako afrodyzjak nie polecam, dodanie do kawy większej dawki powoduje raczej zgon i nieszczęście (szczególnie w połączeniu z cynamonem) niż jakieś pozytywne efekty. Testowane na ludziach.

Smutny kryminał


To był bardzo zły początek. A mogło być tak pięknie. Moja mama czytała dużo kryminałów (i ogólnie dużo wszystkiego) a ja, jako szczeniak, podczytywałam absolutnie każdą nową pozycję na półce. A im bardziej mama zabraniała, tym chętniej, oczywiście. W ten sposób kilka kryminałów mnie dość mocno sponiewierało, gdy trafiałam na jakieś bardzo mroczne kawałki, opisy trupów, wisielców, topielców i sceny seksu (to ostatnie najmocniej, bo jako dziecko serio lubiłam mroczne sceny i flaki na wierzchu). Dodatkowo zauważyłam schemat, że każdy główny bohater kryminału (ten prowadzący śledztwo) musi byś: smutny, porzucony przez żonę, ponury, po przejściach, najlepiej zdegradowany ze służby, alkoholik, degenerat. Żałuję dlatego, że jednak dzieci nie powinny czytać wszystkiego, co wpadnie im w ręce, oraz przez znudzenie owym schematem. Dzisiaj w ogóle nie czytam kryminałów.

O, piękny świecie pozytywistów!

Pozytywistyczne opowiadania bez happy endu


Pod koniec gimnazjum miałam fazę na Sienkiewicza, Prusa i Żeromskiego. Przez niektóre książki nie przebrnęłam, ale pokochałam „Lalkę” oraz przeczytałam o kilka za dużo smutnych, tragicznych nowelek w których wszyscy umierali, robotnicy tracili ręce, fabryki płonęły a chore dziewczynki wsadzano do pieca. Troszkę mi to zaszkodziło.

Zola


Pamiętam z klasy maturalnej fragment książki Zoli, w którym z grubsza chodziło o to, że jakiegoś gościa zabiła i wykastrowała banda kobiet. To naprawdę było złeee, przypominam, że Zola to naturalizm, lubujący się w opisie wszelkich dewiacji i paskudności. To była jedyna lekcja polskiego, na której się nie odzywałam i błagałam, żeby polonistka nie kazała mi tego streszczać. Nie ufam dzisiaj doktorowi od pozytywizmu, że powinnam czytać Zolę bo jest fajny...

„Buszujący w zbożu”


Przeczytałam tę książkę na studiach dosłownie w jedną niedzielę, i zrobiło mi się strasznie smutno. Gdybym sięgnęła po nią kilka lat temu, może na przełomie gimnazjum i liceum, mogłaby być kamieniem milowym mojego życia. Odnajdywałam w głównym bohaterze dużo cech i niewyrażonych nigdy myśli młodszej ja, ale starsza ja patrzyła na niego już z pobłażliwością ludzi, którzy dorośli i znaleźli sobie inne problemy do zabawy. Bardzo żałuję.

I karta tytułowa!

Katarzyna Miszczuk


Wielka pułapka mojego życia. Już jako szczeniak przeczytałam „Wilczycę” i pomyślałam, jak przystało na młodego krytyka sztuki „Co za chłam”. Autorka ta pisze książki lekkie, nastoletnie, ze specyficznym poczuciem humoru, które ja uważam za żenujące, i ogólnie głębokie rozważania nie są jej mocną stroną. Inteligentne główne bohaterki też nie.  Jakimś cudem kilka lat później dałam się na nią nabrać aż dwa razy pod rząd i przeczytałam „Szeptuchę” oraz „Gwiezdnego Wojownika”. Żałuję, bardzo żałuję te frustracje i zmarnowane godziny.
Jedyna zaleta: gdy kiedyś spotkałam żercę nie byłam aż tak bardzo w szoku, jak byłabym bez przeczytania „Szeptuchy”.


Trzy strony czternastką narzekania na książki – a i tak powstrzymywałam się przed wypisaniem jeszcze większej liczby tytułów dla dobra czytelników. Chyba udowodniłam wszystkim, że czytanie wcale nie jest cudownym zajęciem, a wręcz przeciwnie, to ciągła walka najeżona przeciwnościami losu i pułapkami na nieuważnych czytelników. Z premedytacją nie wspominałam o lekturach szkolnych, bo na nie narzekać umie każdy i każdy to robi, a ja nie lubię chodzić z tłumem. Epopeje o złych lekturach możecie umieścić w komentarzach – pochwalcie się, jakie książki chcielibyście szybko eksmitować ze swojej znękanej głowy po tych wszystkich latach czytania!



PS. Faktycznie ostatnio zauważyłam, że daję za mało ilustracji w tekstach. Nie jara mnie robienie zdjęć i urządzanie ze swojej małej części pokoju pleneru do udawania cudownego życia rodem z instagrama, ani też nękanie Was Tysiącem Zdjęć Swojej Mordy W Każdym Wpisie, więc pozwólcie, że ratować się będę grafikami. W tym odcinku moje ulubione miedzioryty z "De humani corporis fabrica" autorstwa Andreasa Vesaliusa, rok 1543, pochodzące stąd.
Czytaj dalej »

15 kwietnia 2018

Dlaczego jesteśmy skursywieni?

0



Za dawnych, blogersko-szczeniackich czasów, bywałam często wciągana do zabaw polegających na odpowiadaniu na pytania – znacie je zapewne. Przy zagadnieniach „Dlaczego prowadzisz bloga, skąd taka nazwa, do czego dążysz” itd. z zasady wpisywałam jakieś śmieszki. Dzisiaj, po wielu odbębnionych godzinach marketingu wiem, że niestety ludzie i wyszukiwarki nie ciągną do śmieszków, a do powtarzania stale tych samych fraz, ładnych zdjęć czyjejś mordy na insta, i do autentycznych historii. Zaserwuję więc Wam autentyczną historię, i to nawet napisaną w pierwszej osobie. Cieszcie się.

Skąd skursywieni?

O nazwę jestem pytana najczęściej, i muszę przyznać z ręką na sercu – to nazwa stworzyła tego bloga, a nie ja. Ja tu nie miałam nic do gadania. 

Jeden z moich profesorów mawiał, że tekst trzeba skursywić. Przypomniało mi się to nagle, gdy w okresie frustracji i niezadowolenia z blogów zaczęłam się zastanawiać, czy nie stworzyć bloga typowo hejterskiego, który jechałby równo po złej literaturze w Internecie i był przeciwieństwem blogów istniejących tylko dla sponsorów i łykających bezkrytycznie wszystko, co wydawnictwa im przyślą.

Wiedziałam już, że ta nazwa mną zawładnęła. Nie będę już w stanie o niej zapomnieć czy ją porzucić. Powstało nowe, chwytliwe i sprytne słowo, które domaga się swojego udziału w życiu świata. I nie mogę nim określić jakiegoś malutkiego, niedbale prowadzonego bloga, który ma być tylko pobocznym projektem mojej frustracji. To byłoby gorsze niż zmarnowanie. Muszę stworzyć coś dobrego, włożyć w tego bloga więcej energii i chęci niż w poprzedniego, robić lepszą korektę (korektor u siebie samego najgorsze błędy przepuszcza, taka prawda), lepsze treści, wreszcie uzasadnić jakoś swój byt blogowy. Wróciłam do domu i szybko stworzyłam nowego bloga, modląc się w duchu, żeby ktoś nie wpadł na to przede mną (i trochę wkurzając się,  że ta chwila olśnienia narzuci mi teraz nową pracę i obowiązki.)

Jak nazwa ma się do bloga?


Jako studentka filologii polskiej, specjalizująca się w edytorstwie, mam skrzywione podejście do książek. Stoję w rozkroku między popkulturą, nauką a kulturą wysoką, i w żadnym z tych środowisk nie umiem się do końca odnaleźć. Jedni uważają mnie za snoba, inni za pasjonata, kolejni za ziomkówę z drugiego roku, która musi stanowczo się jeszcze duuużo nauczyć i poprawić ten okropny język. Nie czytam tylko dla hobby, po szkole oddając się zapomnieniu w objęciach jakiegoś dobrego czytadła, czytam najwięcej na studia albo dla samokształcenia; czytanie to naraz obowiązek i hobby, praca i odpoczynek po pracy. Czytam za dużo, psując statystyki. Czytam klasykę, która dla wielu ludzi jest czymś, co by się chciało przeczytać, ale jakoś nie wychodzi. Nie czytam książek modnych i popularnych, bo są za miałkie, powtarzalne, schematyczne. Nie robię z czytania rytuału a z książek świętości. Czasami nienawidzę książek i mam dość tego, że przez nie psuję sobie wzrok i większość życia spędzę wpatrując się w literki na ekranie albo papierze. Mam skursywione podejście do książek – trochę skrzywione, trochę nie takie, trochę złe.

A dlaczego liczba mnoga?
Myślę przyszłościowo, okey? A bardziej na serio, to ten blog nie ma mieć mocno zarysowanego związku ze mną jako istotą określoną peselem, numerem legitymacji studenckiej czy płcią (przez pewien czas chciałam pisać o sobie w rodzaju męskim, żeby zobaczyć, czy to coś zmieni). Może przez fejsa znacie moje imię i nazwisko, wiecie o mnie jakieś podstawowe rzeczy, ale zachowując bezpieczną liczbę mnogą mogę pozwolić sobie na większy wewnętrzny obiektywizm i kreowanie się na nowo – jako autora/ki/ów bloga. W dzisiejszych czasach ochrona prywatności w Internecie to zabawna i skomplikowana sprawa, więc każdy wybiera sobie i stawia granice, gdzie mu akurat pasuje – albo i nigdzie. 
Poza tym w pierwszej osobie za dużo gadam. 


Nagłówek


O to zostałam zapytana na fb, więc wyjaśniam:
zapis _skursywieni_ w Wordzie oraz na czacie na fb zmienia tekst na skursywiony, ale widać to dopiero po wydruku/wysłaniu treści. Uznałam, że to nawet dowcipne, do tego minimalistyczne i łatwe do skojarzenia. Zastanawiałam się jeszcze nad zaznaczeniem tego znakiem edytorskim, czyli linią falistą, ale ona laikom kojarzy się głównie z błędem, więc nie. 

A krab?
Krab po prostu jest, wybaczcie, nawet ja nie jestem w stanie wymyślić mu jakiegoś wytłumaczenia. Krab jest autorstwa mojego przyjaciela i jakoś często pojawia się w moim życiu, a ostatnio używam go jako znak firmowy na robionych notesach. Skoro dawni drukarze mogli sobie sygnować książki zmutowanymi delfinami, to ja mogę krabem. 

Jeżeli chodzi o misję, cel bloga i takie tam manifesty, zerknijcie do nowej zakładki „O blogu”. Jeżeli chodzi o autora prywatnie, zobaczcie „O mnie” albo napiszcie do mnie na fejsie.

Pozdrawiam

graffiti: Poznań, okolice dawnych zakładów naprawczych taboru kolejowego czy jakoś tak

Czytaj dalej »

Copyright © Szablon wykonany przez Blonparia