1 kwietnia 2019

Co się czytało (i nie przeczytało)




Przez dłuższy czas nie pisaliśmy żadnych recenzji, niestety, nie potrafiąc odnaleźć się w rzeczywistości ostatniego semestru licencjatu. Przerywamy jednak niewygodne milczenie i przybywamy ze stosikiem książek w międzyczasie przeczytanych i ich krótkich recenzji. Uwaga, uwaga, jedna książka nam się nawet nie podobała!

„Kwiaty w pudełku. Japonia oczami kobiet” Karolina Bednarz


Przeczytana absolutnie przypadkiem, gdy skursywieni dorwali czytnik znajomego i celebrując coroczną wiosenną infekcję czytali wszystko, co tylko było pod ręką. Nawet nie mając za dużo obycia z reportażami, zostali już na początku zirytowani manierą autorki do pisania niezwykle subiektywnie i „zawieszania” dramatyczności pytaniami retorycznymi, ponurymi refleksjami co akapit i smutnymi podsumowaniami. Nie do końca o to chodzi w reportażach, żeby ktoś grał nam na emocjach i wymuszał jeden możliwy sposób interpretacji faktów. Fakty i bohaterowie niejako powinni mówić sami za siebie, kierowani jedynie ręką piszącego i zbierającego.
Nie sposób też nie skrytykować bardzo wybiórczego traktowania tematu. Nie znamy się na Japonii, i rozpoczynanie przygody od tej książki było fatalnym pomysłem. Zbiera ona historię kobiet w Japonii, mieszając ja ze współczesnymi bohaterkami i wydarzeniami, skupiając się na tym, jak tradycja i intensywne jej przestrzeganie, nawet wbrew regułom prawa, prowadzi do nieszczęścia kobiet. Żeby oddać sprawiedliwość – nieszczęścia mężczyzn też, którzy są przedstawieni jako istoty nienauczone zdrowego wyrażania uczuć, pracujące od świtu do zmroku i pozbawiane wolności przez szefów prawie tak samo, jak sami zabierają ją kobietom. Dodajmy, że dzieci też są nieszczęśliwe. Obawiamy się, że w Japonii życie szczęśliwe w ogóle nie jest przewidziane w scenariuszu.
Ironizujemy sobie, ale fakt faktem, od książki tej można dostać depresji. Starannie rozgrzebuje dokładnie to, co w Japonii najgorsze, i przedstawia to z przejęciem, jakby było niesamowitym ewenementem i jakby np. system feudalny nie dający praw kobietom był czymś zupełnie nieznanym w reszcie świata.
Brakuje nam w tym reportażu wyważenia, ukazania różnych perspektyw, rozmów z mężczyznami, rozdzielenia od siebie epok (czasami trudno się połapać, o którym wieku akurat autorka opowiada), mniej subiektywnego i nachalnego stylu. Raduje nas w nim przybliżenie historii Japonii, z którą kontakt mamy ostatnio tylko na korepetycjach, przybliżenie obyczajowości i tradycji, nawet jeżeli ukazanych wyłącznie negatywnie, bo nawet to daje pewne podstawy pod zrozumienie inności obywateli tego państwa.

„Jesteśmy snem” Ursula K. Le Guin


Pamiętacie, jak się skarżyliśmy, że nie da się wydać ładnie Le Guin? No to zerknijcie sobie na okładkę tej książki, która nie jest szczególnie brzydka, ale wnerwia nas niesamowicie, bo akurat w tej powieści położony jest duży nacisk na wygląd bohaterów, i nie, nie ma tam żadnej rudej bohaterki. Najważniejsza bohaterka ma brązową skórę i brązowe włosy, co dla Le Guin na pewno było istotne, jako że bardzo często wprowadzała do swoich światów osoby o różnych kolorach skóry, i zgadnijcie jak bardzo wydawcy to respektują.
Książkę te można zakwalifikować jako s-f albo świat alternatywny, gdyż dzieje się na Ziemi, ale Ziemi o wiele szybciej dotkniętej przez katastroficzne w skutkach zmiany klimatu. Główny bohater, człowiek łagodny i bardzo zwyczajny, przez nielegalne kupowanie leków trafia na przymusowe sesje terapeutyczne do specyficznego naukowca. Okazuje się, że jego problem jest o wiele głębszy i niezwykły – jego sny zmieniają rzeczywistość.
Sam koncept nie jest niezwykle wydumany, natomiast wykonanie jak zwykle zachwyca. Le Guin żongluje kolejnymi światami i obrazami, dezorientuje czytelnika, a jednocześnie wciąga głęboko w świat przedstawiony. Nie stara się w nim wyjaśnić wszystkiego, raczej tylko zarysowuje, na pierwszy plan stawiając przeżycia psychiczne bohatera i pracującego z nim naukowca i ich zmagania ze sobą.
Jak zwykle, kiedy jakaś książka zbyt nam się podoba, nie potrafimy dobrze i obiektywnie jej zrecenzować, zostańmy więc może przy tym, że polecamy bardzo, i fanom Le Guin znającym ją głównie z fantastyki, i fanom s-f.

„Opowieści galicyjskie” Andrzej Stasiuk


Nasze drugie spotkanie ze Stasiukiem (pierwsze było niezrecenzowane „Osiołkiem”) przeniosło nas w świat całkiem dobrze nam znany, czyli okolice Beskidu Niskiego, w okresie mało nam znanym, czyli zaraz po upadku komuny. Stasiuk w sposób swoiście poetycki i zahaczający o pewną magiczność ukazuje wyrywki życia ludzi ze wsi, z dawnych PGR-ów, którzy swoje ubóstwo dziedziczą od dziada pradziada, a teraz na dodatek muszą odnaleźć się w nowym systemie, który niekoniecznie sprzyja ludziom przyzwyczajonym do dawnego porządku. Temat w Polsce często się powtarzający i znajomy każdemu, kto jak skursywieni wychowywał się niedaleko albo we wsi popegieerowskiej. Tutaj ujęty specyficznie i smutno. Skursywionych szczególnie ujął duch, nawiedzający policjanta, by dał za niego na mszę i szczególnie zasmuciły kobiety, w książce występujące jako tylko w pozycji „Stara” (podgatunek żony, zajmujący się domem pod nieobecność męża-alkoholika, występuje najczęściej na wsiach) albo ładnej dziewczyny zawracającej w głowie chłopcom i prowadzącej do burd. Polecić można Stasiuka każdemu, byleby nie spodziewać się po książce charakteru reportażu – o nie, tutaj za dużo jest niezwykłości i liryzmu, mimo że w połączeniu z obserwacjami społecznymi.



„Dom dzienny, dom nocny” Olga Tokarczuk


Znów Beskidy, jeżeli zauważacie wśród naszych książek jakieś powiazania, to zapewne znaczy, że czytaliśmy je na zajęcia z literatur najnowszej. Tak było z Tokarczuk i Stasiukiem.
Przy Tokarczuk trzeba wrzucić trochę prywaty – otóż podobno kiedy jestem w stanie nieco wstawionym, to zaraz ciekawiej gadam o literaturze, sztuce i książkach; tłumaczę rozwój sztuki wydawniczej w Polsce, tworzę własne, odważne definicje i zachęcam do książek jak mało kto, zarażając swoim entuzjazmem. Niedawno, zauroczona „Opowiadaniami bizarnymi” zaczęłam opowiadać ziomkowi, jaka Tokarczuk jest wspaniała i magiczna, i okazałam się tak przekonująca, że ziomek szedł ze mną te cztery kilometry w środku nocy, żeby owe opowiadania pożyczyć. Niestety, jeżeli po tej recenzji najdzie was ochota, żeby np. iść z Gdańska do Poznania pożyczyć ode mnie Tokarczuk, to informuję, że „Dom dzienny, dom nocny” mam z biblioteki, więc nic z tego nie będzie.
A jest to niby książka, ale książka przeplatanych wątków różnych ludzi i różnych epok, które łączy ze sobą miejsce – Beskidy – i dom głównej bohaterki, stary, poniemiecki i z przekornym strumieniem płynącym przez piwnicę.
Są więc sąsiedzi i ich samotność, jest tajemnicza Marta robiąca peruki, są Niemcy powracający, żeby zobaczyć ostatni raz swoją rodzinną wieś, jest dawno zmarła święta z brodą i mnich spisujący jej losy, sny, straż graniczna i filolog klasyczny, który jadł ludzkie mięso (a w jego historii najbardziej niebezpieczna okazała się jednak filologia klasyczna), i wszystko to poprzecinane typowo wiejskimi zajęciami i problemami związanymi z przyrodą. Magiczność tej powieści nie pozwala się od niej oderwać, a wymienność wątków splata świat przedstawiony i nadaje mu intrygującą wielowymiarowość i pełność. Podejrzewamy, że będzie to jedna z tych powieści, które będziemy brać zawsze w wyprawy na południe (oczywiście w pdf-ie, bo chodzenie z plecakiem nie sprzyja książkom).

A co się czytało i nie doczytało?

Nie mamy żadnych problemów z brutalnym rzucaniem książek po kilku stronach, więc czas chorowania obfitował też w książki rzucone i książki niedokończone, które nam się w ogóle nie spodobały albo teraz konkretnie nie chwyciły. A należą do nich:

 

Neil Gaiman „Nigdziebądź”


Musieliśmy porządnie umyć naczynia, żeby zastanowić się, czemu ta książka, o której w Internecie można znaleźć prawie wyłącznie dobre recenzje pisane przez rzesze oddanych fanów, do tego książka autora, którego już czytaliśmy, gdy pisał razem z Pratchettem, nas kompletnie znudziła i zniechęciła po kilkunastu stronach. To mniej więcej takie uczucie, gdy wasz najlepszy kumpel przyprowadza na piwo swojego najlepszego kumpla i odkrywacie, że faceta w ogóle nie trawicie.
Gaiman tworzy coś, co nie jest ani dla dzieci, ani dla dorosłych, więc teoretycznie może być dla odpowiednio dojrzałych dzieci albo dorosłych z dziecięcą wyobraźnią, albo dla dorosłych, którzy chcą odsapnąć od powagi. Bo w tej książce chyba nic nie jest na serio, przynajmniej na początku. Pojawiają się kolejno – nudny pracownik korporacji i jego dziewczyna, która absurdalne rzuca go, kiedy ten postanawia ratować zmaltretowaną dziewczynę leżącą na ulicy, na którą absurdalnie nikt inny nie zwraca uwagi. Następnie poznajemy absurdalnych rzezimieszków, którzy nie wiadomo dlaczego skojarzyli się skursywionym z  Vladimirem i Estragonem z „Czekając na Godota” skrzyżowanymi ze złymi z bajek Disney’a – i ten mezalians dobrze opisuje ich poziom dziecinności połączonej z grozą. Dalej już wszystko przypomina wyobraźnię kreatywnego gimnazjalisty przysypiającego na chemii w ostatniej ławce. Styl Gaimana można albo kochać, albo nie trawić, nasi drodzy, tyle że poza tym stylem nic na pierwszych kartach nas nie zainteresowało ani nie wciągnęło. Losy bohaterów były nam cudownie obojętne, postacie, które miały intrygować, tylko wnerwiały, i generalnie nie zaiskrzyło. Bardzo.

Brandon Sanderson „Z mgły zrodzony”


Znowu podobny gatunek, co Gaiman, można więc sądzić, że skursywieni ogólnie mają problem z przygodową literaturą fantastyczną dla młodzieży/starszej młodzieży/dorosłych. Sandersona (umiecie to przeczytać tak, żeby nie kłaść akcentu na pierwsze „a”? my niestety nie) spotkaliśmy już wcześniej i porzuciliśmy równie szybko, mimo zachwytów naszych czytających go znajomych.
Doszliśmy do wniosku, że cała sprawa rozchodzi się o to, że jest to książka czysto do czytania rozrywkowego. Innych celów jak na razie nie zauważyliśmy. A nas akurat mało bawią szare i ponure opowieści o uciskanej klasie chłopów, wielkich władcach i sprytnych złodziejach, wśród których kryją się niezwykle uzdolnione i skrzywdzone przez życie dziewczyny. Jeżeli za czytanie nikt nam nie płaci, to raczej się za to nie weźmiemy, tylko pójdziemy porozrywać się Pratchettem. Dlatego Sanderson na razie ląduje w przegródce „może kiedyś”.

***

Dzisiaj jest prima aprilis, ale to wpis zupełnie na poważnie, bo gardzimy tą tradycją, jak zapewne wszystkie istoty będące całe życie na samym dole łańcucha pokarmowego w rodzinie i w gronie znajomych. Czyli te, które zawsze obrywają dowcipami, a nigdy ich nie robią, bo im głupio. Unikajcie dzisiaj social mediów, na których firmy próbują być zabawne, i chodźcie czytać.

0 Czytaj dalej »

9 marca 2019

Poznańskie targi książki

0



Skursywieni nigdy wcześniej nie byli na żadnych targach książkowych, gdyż w swej ignorancji i prowincjonalności nie zauważyli, że takie coś istnieje. Dowiedzieli się dopiero kilka lat temu i ciągle nie mieli okazji, żeby pojechać na nie do Warszawy albo Krakowa (mimo że na konwenty jakoś się udawało jeździć). Czyste lenistwo.

Okazja na lokalne targi pojawiła się dopiero w tym roku, gdy w Poznaniu zmieniła się formuła targów już wcześniej istniejących – targów książki dziecięcej i naukowej (niezbyt skursywionych interesujących) – na bardziej ogólne.

Zupełnie nie wiedziałam, czego się spodziewać, więc nie spodziewałam się niczego i zgłosiłam się ze znajomymi z roku do wolontariatu, mając wrażenie, że najlepiej takie imprezy poznaje się od kuchni. Oczywiście, bycie wolontariuszem to nie zabawa dla każdego, ale skursywieni mają naturalne predyspozycje do robienia dziwnych rzeczy.


Pierwszy raz na targach


Jeżeli byliście kiedyś na konwencie albo np. targach edukacyjnych, to targi książki nie są żadnym zaskoczeniem. Przynajmniej ja od razu poczułam klimat i dałam się wciągnąć w łażenie między wydawnictwami, oglądanie i obmacywanie książek, wypatrywanie najciekawszych toreb i podjadanie fantów.

Najwięcej w Poznaniu nadal było wydawnictw dla dzieci, więc niestety i tych dziwnych, niewyrośniętych stworzeń biegających pod nogami było bardzo dużo – było jednak też Wydawnictwo Karakter (od którego mam „Zew włóczęgi” oraz naklejki) i wydawnictwo Vesper, gdzie skusiłam się na "Muzeum dusz czyśćciowych", książkę która od pewnego czasu kusiła mnie i kusiła. A nawet załapałam się na zniżkę jako wystawca.



Fejkowy wystawca, gdyż z racji tego, że dla wolontariuszy nie było innych identyfikatorów, miałam taki dla wystawców (nadal zaskakuje mnie fakt, że ludzie uważają, że wyglądam na dość dorosłą żeby być pracownikiem wydawnictwa).

Gdzieś po drodze złapałam też torbę  z robalami od PIW (reklama: to absolutnie cudowna torba i mieści się w niej cała zgrzewka papieru toaletowego na poziomo! koniec reklamy) oraz przypinki drukarskie z muzeum w Supraślu (jedna dla mojej siostry na czapkę studencką).



Prawdopodobnie gdybym nie miała swojej roli w tworzeniu tych targów, wpadłabym na góra godzinkę, bo ileż można przepychać się w tłumie – nie było też za dużo interesujących dla mnie wydawnictw. Nadal królują wydawnictwa dziecięce i wydarzenia dla dzieci. Ale nie samymi wydawcami targi żyją, są jeszcze prelekcje i spotkania autorskie. Na prelekcji żadnej nie byłam, ale nazwy brzmiały obiecująco. Na spotkaniach autorskich byłam wszystkich, niejako pośrednio, gdyż siedziałam jako punkty informacyjny pod strefą VIP, w której się i owe spotkania odbywały. Zainteresowanie nie było szczególne, póki nie pojawił się Marcin Szczygielski.

Udaję, że jestem VIP-em, a tak naprawdę tylko wypijam im kawę


Z tym autorem to jest zabawna sytuacja, bo niedawno siedziałam ze znajomą z zajęć i składała ona na zaliczenie książkę właśnie Szczygielskiego, a ja pomagałam jej znaleźć dobre zdjęcie do użycia w owym projekcie. Mi się podobały wszystkie, jej żadne, i ciągle narzekała, że czemu on ma taką łysinę, co to w ogóle za łysina, a może odwróćmy go na tej fotce,  jak patrzy w drugą stronę to wygląda lepiej i dalej w ten deseń. No i siedzę na targach, nudno, a tu nagle wpada TVP info i szuka autora, a po chwili przychodzi sam autor i patrzę: Olaboga, przecież to ta łysina, tylko na żywo! Ano tak, bo Szczygielski i książki dla dzieci pisze. Niestety, koleżanka, która go składała, nie zdążyła dojechać i się jej wymknął – byłby selfiaczek do projektu. A telewizja zrobiła wywiadzik i pojechała, my się w kadrze nie załapaliśmy, a szkoda, rodzice byliby dumni.

Czy zachwycają?


Targi książki mają wielki potencjał, żeby zachwycać. Oczami wyobraźni widzę, ilu musi być wydawców na takich wielkich targach, ile książek, normalnie niedostępnych, można obmacać i kupić, ile autorów zobaczyć. Realnie jednak wyszłam z nich połowicznie rozczarowana. Poznań zdaje się mieć potencjał (słyszałam, że frekwencja bardzo dobra), ale był to pierwszy rok w takiej formule i dla mnie nadal nie było na nich zbyt wiele interesujących wydawnictw. Dodatkowo odbywały się razem z targami edukacyjnymi dla szkół licealnych i uniwersytetów, więc to one cieszyły się większym zainteresowaniem (i większym pawilonem). Ciekaw jestem, jak będzie w następnych latach.

Targi tak w ogóle, a nie w lokalnym szczególe, są wydarzeniem fascynującym i zajmującym, które szczerze nieobecnym polecam.

Najbardziej chyba cieszył mnie często powtarzający się widok grupki dziewczynek w wieku, w którym nosi się jeszcze różowe ubranka i plecaki w  jednorożce nieironicznie, z minami sugerującymi, że matki pierwszy raz puściły je na takie wielkie wydarzenie same, które trzymały się w grupkach psiapsiółek, wydawały całe kieszonkowe na książki i wyglądały naprawdę jak nadzieja polskiego czytelnictwa. Zazdrościłam jak głupia, bo ja w tym wieku nie mogłam zobaczyć takiego książkowego wydarzenia, bo byłabym pod wielkim wrażeniem. Mam nadzieję, że one były. I że wrócą za dziesięć lat jako świadomi czytelnicy. Zobaczymy.



***

Skursywieni trzy lata prowadzili kronikę klasową, i przy pisaniu tego tekstu wróciły straszliwe wspomnienia z tamtego okresu, prosimy więc o wybaczenie naszego kronikarskiego stylu. Czy da się w ogóle ciekawie pisać o wydarzeniach? Mamy wielką nadzieję, że kiedyś osiągniemy taką wprawę. 





Czytaj dalej »

7 lutego 2019

Lektury diabelskie #1, czyli komentarz do „Mistrza i Małgorzaty”

0




„Mistrz i Małgorzata” to dla mnie powieść niezwykle specyficzna i nie wiem, czy mająca jeszcze jakiś odpowiednik w literaturze światowej. Jednym z elementów tej specyficzności jest fakt, że nie muszę Wam w tym momencie jej streszczać ani sygnalizować, o czym jest i jakiej problematyki dotyka. Zapewne każda osoba zainteresowana książkami czytała ją albo kiedyś o niej słyszała; dla bardzo wielu uczniów jest jedną z ulubionych lektur szkolnych, a studenci polonistyki, noszący torby z Behemotem i słynnym cytatem o spirytusie na pewno dodają jej kilku czytelników więcej każdego miesiąca. Kocham jej popularność. Przyznam szczerze, że jednym z moich sennych marzeń jest dzień, w którym będzie można z prawie każdym czytelnikiem dyskutować o książkach pokroju „Mistrza i Małgorzaty”, bo wszyscy będą takie wybitne tytuły znać (co się oczywiście nie stanie). 

Co decyduje o popularności przygód mieszkańców pewnego miasta, które nawiedził nieproszony gość ze swoją przebrzydłą, piekielną świtą? Pewnie dla każdego coś innego, ale mam kilka tez. 

Niektórzy ludzie wychodzą z założenia, że tak zwana Sztuka nie może być zabawna. Zostałam kiedyś zapytana, czy wypada śmiać się w teatrze. A czy wypada śmiać się z klasyki literatury? Jasne, że nie, jeszcze by sobie Fredro z Molierem pomyśleli, że potrafią pisać dobre komedie. Nieodczekanie. 

„Mistrza i Małgorzata” to książka absolutnie zabawna, a jednocześnie nie tak wywalona w kosmos w swoim absurdzie jak na przykład Gombrowicz. Absurd i groteska są urocze, ale w większych ilościach niestrawne i męczące dla nieprzyzwyczajonego czytelnika. Bułhakow nie przesadza. Myślę, że życie w systemie totalitarnym i jego absurdach nieźle wyćwiczyło pisarza w uprawianiu takiej literatury. I myślę, że ten rodzaj absurdu jest dość swojski dla wielu z nas, Polaków, którzy dawne czasy jeszcze pamiętają. Zresztą, motyw absurdalnego systemu społecznego czy politycznego jest zawsze na czasie i wszyscy zmagamy się z nim rozliczając pity i będąc odsyłanym od okienka do okienka w niekończącym się urzędzie. Rozumiemy ten absurd. Rozumiemy i łapiemy humor Bułhakowa. 

I zwyczajnie czerpiemy satysfakcję z tego, że do złego miasta niekoniecznie kryształowych ludzi, rządzonych przez zły system przychodzi jakiś jeszcze większy zły, żebym im wszystkim utrzeć nosa. 

Niesamowicie trafiało w mój gust zawsze to, że Woland jest takim największym czarnym charakterem tej książki, który przychodzi, żeby zrobić porządek z małym, wrednym, przyziemnym złem pokroju nieuczciwych urzędników. Nie lubię filmów o superbohaterach, ale kojarzę z nich podobny motyw: nasi superbohaterowie dla ratowania ludzi poświęcają jeszcze więcej ludzi, bo im wolno, aż ktoś mówi, że koniec z tym, czas, żeby podlegali prawu jak wszyscy. No i Woland jest takim superbohaterem, ale jest najzajebistszy ze wszystkich i nie podlega na koniec żadnemu prawu – w końcu jest diabłem. Jakże przyjemnie kibicować takim bohaterom! Opowieści o świętych, którzy uświadamiają wiernym ich grzechy i modlą się o ich nawrócenie są stanowczo mniej interesujące niż urzędnik, z którego zostaje sam garnitur, odcinanie głowy tramwajem i zmuszanie całego personelu do chóralnego śpiewu. 

Dodatkowo postaci naszych złych są dobrze skrojone i zostają w pamięci, ba, stają się pewnym kodem kulturowym, co uświadomiłam sobie, gdy moja znajoma emocjonowała się tym, że jeden z moich doktorów, którego właśnie spotkała, wygląda jak Woland. Każdy z nas jakoś wyobrażał sobie Wolanda, Azazella, Korowiowa, no, Behemota najłatwiej sobie wyobrazić, każdy kiedyś widział jakiegoś szatańskiego, grubego kota (osobiście długo z takim mieszkałam). Ja zawsze lubiłam Wolanda i wyobrażałam go sobie jako kogoś wyniosłego, dumnego, a jednocześnie zmęczonego życiem, z rysem inteligencji i smutku (jakże to niepodobne do naszych ludowych wyobrażeń Boruty czy innego Smętka, brodatego dziada na kozie), trochę jak wampira, trochę jak niektórych profesorów, którzy z takim charakterystycznym smutkiem dawali mi tróję za próby nie bycia głupim (czyli jednak w badaczach języka polskiego jest coś szatańskiego...). Okey, mam osobistą słabość do motywu szatana, ale jestem pewna, że to nie do końca zaburza obraz. Lubimy naszą diabelską świtę, ironiczną, nieprzewidywalną, wydobywającą ze świata to, co najzabawniejsze, a do tego bezkarną w swoich wybrykach – zazwyczaj bardzo niemiłych, ale, jak już wspomniałam, dręczenie ludzi jest zabawne, więc... 



Tym, co uważam jeszcze za bardzo fajne w tej książce jest nagość. Jest to dość zaskakująca teza, ale czy nie macie wrażenia, że nagość w „Mistrzu i Małgorzacie” jest niesamowicie bezpretensjonalna i pozbawiona tego całego motywu erotycznego/znaczącego/wstydliwego (którego ogólnie nie lubię)? Hella jest naga po to, żeby peszyć przychodzących gości, jej chodzenie w samym fartuszku jest dla mnie pewną oznaką, że pochodzi z innego świata, ze świata, innej rzeczywistości, że ma u nas, na ziemi, inne (większe?) prawa niż my – czyli może olewać nasze prawa etyki, ubioru itd. To jest uroczo przekorne – to jest pewną wolnością. Na pewno u Małgorzaty. W ogóle lubię sceny, w których Małgorzata naciera się maścią i lata na miotle nad miastem – czyż to nie cudowna pierwotność, dzikość, o której czasami podświadomie marzymy w jarzmie cywilizacji? Kto nie chciałby polatać nago na miotle (bez wstydu i myślenia o brzydkich fałdkach czy nieogolonych nogach) po mieście i powybijać okna ludziom, których się nie lubi? Czy to nie cudownie pierwotna zemsta, czy to nie kwintesencja złej, ale upragnionej wolności? Dla mnie to ma urok, szczególnie że Bułhakow przełamuje całą tą wiedźmowatość sceną, w której Małgorzata pociesza dziecko – niewinność zasługuje zawsze na obronę, Małgorzata o tym pamięta. 

Motyw miłości Mistrza i Małgorzaty jest dla mnie najnudniejszy, głównie przez fakt, że nie zgadza się z moimi własnymi życiowymi założeniami. Ale abstrahując od nich, to wątek ładny, ukazujący silną kobietę, i słabego, ale wywyższonego w swojej wrażliwości Mistrza. Och, w ogóle najładniejszy jest chyba wątek Iwana Bezdomnego, taki wątek dojrzewania, od poety, który udowadnia szatanowi, że Boga nie ma, po pacjenta szpitala psychiatrycznego i w końcu spokojnego naukowca, który tylko w jedną noc w roku robi się trochę dziwny. 

Szpital psychiatryczny to też ładny i z wyczuciem poprowadzony wątek. Nie tak łatwo pisać o strachu. Stanowi dobry kontrast do części zabawnych i absurdalnych. 

Sporo jest takich malutkich wątków i postaci w tej powieści, które jakoś zapadają w pamięć. Np. wątek służącej Małgorzaty latającej na knurze. Albo wątek Bezdomnego włóczącego się po obcych łazienkach. Albo sceny z teatru. Powieść utkana z cennych drobiazgów (dlatego warto czytać ją po kilka razy). 

Elementem, który mi bardzo zaszkodził w pierwszym czytaniu tej powieści, jeszcze w gimbie, była część o Poncjuszu Piłacie. Wszystko, co podchodziło pod „opowieść biblijna” niesamowicie mnie wtedy nudziło, jak zapewne każde dziecko przebywające często w kościele i słuchające regularnie tych samych tekstów z Biblii i tych samych kazań, które nic nie wyjaśniały. Historię śmierci i zmartwychwstania Jezusa znałam dobrze, tak dobrze, jak wierszyki recytowane na dzień babci, i podchodziłam do niej tak samo emocjonalnie, jak do owych wierszyków (czyli w ogóle. Mogę wam powiedzieć, że jeden mój wierszyk brzmiał mniej więcej: „moja babcia prasuje, gotuje i sprząta pierwsza wstaje raniutko, cały dzień się krząta” i dowodził uciemiężenia babci w opresyjnym systemie rodzinnym, zaprawdę nie wiem, czemu miało babcię zachwycić, że ja to recytuję, ale cóż, rozmawiamy o szkole, a nie o logice). 

Drugie czytanie „Mistrza...” rzuciło dopiero jakieś światło na te fragmenty wcześniej pomijane; a było to światło gorącego słońca, padającego na bolącą głowę Poncjusza Piłata i jego wiernego psa, i było to światło uświadamiające mi, jak niezwykle plastyczny jest to obraz zmęczonego i chorego Piłata rozmawiającego w upale z Jeszuą, jak niezwykle bliskie jest wylane, czerwone jak krew wino, szorstki łeb psa i zmęczenie. Jakże to jest dobrze napisane! I jaką ulgę przynoszą ostatnie sceny, w których widzimy, że Piłat w końcu doczekał się upragnionej rozmowy z Jeszuą i – tak myślę – wybaczenia. Warto zwrócić uwagę na fakt, że Bułhakow pisał to z perspektywy ateistycznej – aczkolwiek myślę, że łatwo do tych scen dodać kontekst religijny. Są zwyczajnie piękne, realistyczne i bolesne. Powieść w powieści, którą samą też czytałabym z przyjemnością. 

Powinnam wrócić z tych dygresji do miłości Mistrza i Małgorzaty, w końcu wszystko przez nią się dzieje w tej książce, ale wybaczcie, nie jestem najlepsza w takich analizach i ten wątek do mnie nie trafia. Pomijam więc. Dlatego też wpis nazywa się „komentarz”, a nie „recenzja” czy „esej”. I dlatego nazywamy się skursywieni a nie skrupulatni, co nie? 

Zło, absurdalny system, cenzura, nadzy ludzie na miotle, koty kupujące bilety i głowa na Patriarszych Prudach, a jednocześnie subtelne piękno, jak jeszcze opisalibyście „Mistrza i Małgorzatę”? I o czym zupełnie zapomniałam wspomnieć? 




Pewnie znacie, ale dla przyjemności podaję Wam znowu „Mistrza i Małgorzatę w 60 sekund” 

Plus znalazłam ciekawy pomysł na film animowany na podstawie książki, niestety niezrealizowany, znalazłam jednak trailer w tym artykule, a powyżej macie plakat z niego. 


PS. Następny odcinek będzie o innym psie, innej Małgorzacie i innym diable, a do tego o osobistych sympatiach skursywionych i gejowych fanfikach, polecamy niesamowicie. 



PS. I jaramy się straszliwie, bo już niedługo w poznańskiej operze (czyli Teatrze Wielkim, tak, to zupełnie logiczne) premiera Fausta I NA NIĄ IDZIEMY. 

Zdjęcia pochodzą z polskiego serialu w reżyserii Macieja Wojtyszki, którego nie oglądałam bo wygląda na strasznie brzydki, źródło:


Czytaj dalej »

4 lutego 2019

Tygodniówka #3

0



Tygodniówka to jeden z cyklów, który bardzo chcieliby skursywieni zachować i odrestaurować, dlatego dzisiaj nieśmiało przypominają, cóż to za forma i co chce Wam pokazać. 


Tygodniówka to rodzaj haniebnie niskiej zapłaty za tydzień robienia rzeczy, zazwyczaj stosowany w pracach dorywczych, studenckich i niezbyt poważnych. 

Tygodniówka to młodość i beztroska – bo nikt dorosły i żyjący na własną rękę nie zgodziłby się na taką pracę. Tygodniówka to wolność – odbierasz ją w piątek, połowę wydajesz na zupełnie zbędne ci książki i żarcie, a za resztę możesz jechać na koniec świata i już się w pracy nigdy więcej nie pokazać. Tygodniówki kojarzą się skursywionym z bardzo fajnym czasem w życiu, a poza tym ukazują się regularnie co tydzień, dlatego stały się inspiracją do (prawie) cotygodniowej dawki przeróżnych materiałów kulturalno-literacko-muzyczno-plastycznych znalezionych w Internecie i godnych przekazania dalej.



A ukazują się w poniedziałek, bo w poniedziałki publikuje rzeczy Popmoderna i prawie zawsze dodaje materiałów do podzielenia się. 



1_ Z popmoderny link pierwszy, tekst Przemysława Zańko o utopiach, dystopiach, wyobrażaniu sobie przyszłości i Imperium Lechitów. 



2_Pojawił się nowy Mały Format! Jeszcze nie zdążyłam przeczytać wszystkiego, co mnie interesuje, ale już bardzo polecam. To jeden z moich obowiązkowych magazynów w Internecie. I bardzo podobają mi się gify jako ilustracje. 





3_Waszej szczególnej uwadze polecam na razie tekst o najlepszych okładkach książek z roku 2018, temat w końcu bliski naszym czytelniczym sercom. Mi, o dziwo, najbardziej podoba się okładka z ostatniego miejsca, może dlatego, że bardzo, bardzo kibicuję estetycznemu wydawaniu książek naukowych. Zapewniam was, widziałam w życiu więcej paskudnych książek naukowych niż wy spleśniałych kanapek w plecaku. Wrażenie podobne. 


4_Blog o typografii i estetyce książki. Takich rzeczy bardzo potrzebuję w Internecie.


5_A na zachętę wybrałam dla Was z wyżej wspomnianego bloga tekst o fascynującym polskim typografie z okresu PRL-u i o tym, że da się pięknie wydać książkę o zmęczeniu metali. 


6_Pojawił się też nowy numer Niewinnych Czarodziejów, portalu kulturalnego tworzonego przez studentów polonistyki UW. Bliska mojemu sercu to inicjatywa, bo zaczęło się ją czytać jeszcze w liceum, marząc wręcz fanatycznie o chodzeniu już na te studia, o byciu cząstką wielkiej i fascynującej rodziny filologów polskich... i pisaniu takich całkiem dobrych tekstów.


7_Dzisiaj na egzaminie nie pozwolono mi odpowiadać z Baumana, bo on taki zbyt modny, moi drodzy. Po tym artykule widzę, że nie tylko ja polubiłam się z tym zbyt modnym badaczem. Nie słucham Marii Peszek, ale tekst poczytać polecam. 


***

Czy wypada pytać, jak tam u Was sesja? Jasne, że nie wypada. A czy kogokolwiek interesuje coś innego niż sesja? Jasne, że nie. Więc miłego czytania! 









Czytaj dalej »

24 stycznia 2019

Podsumowanie czytelnicze

0



Jak na razie, w 2019 jestem w połowie trzeciej książki, więc podsumowanie czytelnicze minionego roku jest idealnie umiejscowione w czasie akurat dzisiaj.

Podsumowanie czytelnicze jest o wiele fajniejsze niż blogowe. Jeżeli skursywieni są czegoś pewni w życiu, to tego, że czytać potrafią całkiem dobrze. Pocieszają się też odkryciem, że studia nie zniszczyły ich pasji do czytania, i nadal spełnieniem marzeń byłoby kilka miesięcy spędzonych tylko na czytaniu, rozmawianiu z przyjaciółmi i chodzeniu po górach (czyli w zasadzie wakacje, ale bez poprawek, pracy i fundowane przez jakiegoś bogatego oligarchę na przykład).

Koniec marzeń, przejdźmy do liczb (już nie cyfr, bo dostaliśmy zgłoszenia, że takie żarty z zasadami pisowni bolą naszych czytelników, a tego nie chcemy).

1_liczby

47 książek według lubimyczytac.pl. Ile naprawdę? Któż to wie. Trzeba doliczyć do tego artykuły, książki czytane fragmentarycznie i książki czytane po kilka razy, bo się miało poprawę egzaminu albo ktoś przekładał egzamin na późniejszy termin, a ja szybko czytałam jeszcze raz wszystkie lektury. Około 50 książek to wynik jak dla mnie standardowy, od kiedy jestem na studiach czytam co roku tyle samo. Uważam też, że czytam odpowiednio dużo książek, i nie mam specjalnych ambicji na zwiększanie rocznego wyniku. Czytać 100 i więcej książek rocznie będę, gdy nie będę musiała poświęcać 80% w ofierze uczelni.



2_opinie

Z wielkim zdziwieniem odkryłam, że napisałam jakieś plany czytelniczena 2018. Och.

Uświadomiły mi one dobitnie pewną dobrą, pozytywną zmianę w moim czytelnictwie – wreszcie nauczyłam się, że naprawdę lubię czytać to, co... czytam, a nie sobie wymyślę, że lubię czytać. Oraz że, chwała Bogu, wychodzę z pewnego szczeniackiego etapu, który niezmierne mnie dzisiaj żenuje swoimi próbami czytaniami militarnych s-f Bo Przecież Muszę Coś Czytać Dla Rozrywki i resztkami dawnych gustów, które bez sensu próbowałam reanimować. Pewne rzeczy się nie starzeją, np. nadal zamierzam powtórzyć sobie całego Wiedźmina i przeczytać cały Świat Dysku. To są książki, które zostaną ze mną na całe życie. Ale np. Glukhovski i owe nieszczęsne militarne s-f jak pięść do nosa pasują do onirycznej, psychodelicznej i pacyfistycznej mnie dzisiejszej.
Porzućmy więc stare plany i udawajmy, że ich nie ma i nigdy nie było.

Co czytałam w tym roku?

Największym, najbardziej spektakularnym i najmocniej mi potrzebnym odkryciem tego roku było rozpoczęcie czytania „Ziemiomorza” Ursuli K. Le Guin. Kto śledzi mnie na społecznościowych, ten wie. Recenzji jeszcze nie było, bo się jeszcze nie otrząsnęłam, plus zostały mi do przeczytania opowiadania. Le Guin jest dla mojej znękanej duszy jak miód na kaszel, ciepłe pierogi na śniadanie albo wegański fast-food o drugiej w nocy po trzech piwach. (czyli z jednej strony zbawcze, z drugiej ryzykowne i obiecujące, że ciało dusza zostanie po ich spożyciu w nieco innym stanie niż początkowy; nie obiecujące, że lepszym). Ostatni raz na takim haju lekturowym chodziłam, gdy w gimnazjum czytałam Trylogię, nie przesadzam.

Te bardzo mądre i kochane książki zabrały mi duszę, skierowały moje myśli na nowe tory i zrehabilitowały w moich oczach fantastykę jako gatunek nie tylko przygodowych, miałkich książeczek dla nastolatków.

To był dobry rok dla rehabilitowania fantastyki, bo w wakacje zaczęłam też "Władcę pierścieni". Przerwałam w połowie drugiego tomu (wrócę w ferie, obiecuję). Recenzję macie tutaj.

Z pozostałych świetnych książek pamiętam:

- „Pogankę” Żmichowskiej - nie spodziewałam się takiego kopa od literatury romantycznej, na pewno nie spodziewałam się takiego szaleństwa, takiej przesady i jednocześnie dobrego stylu i jakościowej literatury. Żmichowska będzie dla mnie kwintesencją tego, co kocham w romantyzmie;

- „Weiser Dawidek” Pawła Huelle, czyli Gdańsk zawsze pozostanie dla mnie miastem apokalipsy; bądźmy szczerzy, jeżeli czytasz książkę z odpaloną mapą Gdańska i marzysz o tym, żeby tam pojechać i odszukać miejsca przedstawione w powieści, to znak, że książka jest świetna;

- „Pantera”, Brecht Evens, czyli komiks który zmienił moje pojmowanie kolorów i przestrzeni w komiksie, i stworzył stałe poczucie zagrożenia przez kilkanaście stron (tutaj wpis o niej);

- „Nad Niemnem” okazało się jednak wciągającą obyczajówką z fajną główną bohaterką, i w ogóle fajnymi bohaterami, dobrym zakończeniem i takim ciepłem wewnętrznym, które rzadko spotykam w swoich lekturach (wpis o nim);

- pokochałam Marię Janion za „Wampira. Biografię symboliczną”, czyli jak pisać naukowym językiem o nekrofilii;

- zabiła mnie (ale pozytywnie) „Czarodziejska góra” Manna. Zrecenzuję, gdy uda mi się przeczytać ją ponownie, bo jak na razie jest to czysty mętlik w głowie. Ale wspaniały mętlik.



Najgorsze książki to te, które czytałam w wakacje w pracy (tutaj wpis), co jest dobrą nauczką, żeby nie czytać wszystkiego, co wpadnie w łapy.  Na tle roku słabo wypada też "Gambit" Cholewy (recenzja tutaj). Nie polubiłam się z Markiem Hłaską (obrzydza mnie jego stereotypowa męskość i podejście do kobiet), rozczarował mnie też wspomniany już Glukhovski swoim  "Witajcie w Rosji", książce tak nijakiej, że gdybym nie miała fotek śmiesznych ilustracji, to bym zapomniała, że ją czytałam.  Oraz oczywiście "Szpony i kły", zbiór grafomańskich opowiadań o świecie Wiedźmina. Jak widzicie, nie bez powodu narzekałam na swoje dawne przyzwyczajenia w kwestii czytania science-fiction i fantastyki kiepskiej jakości. Czasy Pilipiuka minęły bezpowrotnie, moi drodzy.

Sposób czytania książek ewoluował mi najbardziej, gdy poszłam na studia, jednak blog też przyczynił się do pewnych zmian. Przede wszystkim staranniej zapisuję, co ostatnio czytałam, i mam więcej motywacji do czytania książek „dla siebie” (nie lektur - na filologii polskiej czytanie nie tylko lektur jest trudne, ale istotne dla zachowania kontaktu ze światem/równowagi psychicznej). Dalej – już podczas czytania staram się wynotowywać spostrzeżenia i opinie, i to nie takie „naukowe”, tylko bardziej osobiste, skupione na moim indywidualnym odbiorze albo porównujące dany motyw z motywami z innych książek, bo takich właśnie informacji potrzebuję do napisania notki.

Nagle muszę mieć własne zdanie o tym, czy książka jest fajna czy nie, i umieć je uargumentować (znowu – to nie jest umiejętność, którą rozwijam na studiach). Bardziej patrzę też na warsztat, budowanie postaci, sceny kulminacyjne, błędy w tym – to wszystko, co jest istotne w popkulturze, a w lekturach akademickich nie bardzo.

Przed napisaniem recenzji czytam też, co o danej książce piszą inni blogerzy, bo pozwala to złapać dobre punkty odniesienia i napisać swój wpis jako krytykę czyjegoś wpisu (w końcu jesteśmy skursywieni, a nie mili), uzupełnienie czy polemikę. Albo odkryć „Ej, to serio tak jest, nie zauważyłam!”



Zakupy książkowe w tym roku były nadzwyczaj udane. Nie robię takich podsumowań co miesiąc, bo z racji warunków lokalowych kupuję mało książek; jak już, to tylko dobre.

Dwie książki udało mi się wygrać: Panterę i zbiór dzieł Bursy (który chwilowo pożyczyła siostra), i jestem przeszczęśliwa, bo to oszczędność ponad stu pln. Poza tym kupiłam:

- trzy tomy Le Guin;
- biografię podwójną Beksińskich
- najnowszy tomik Bąka (i dostałam za darmochę najstarszy)
- jeden numer Czasu Kultury
- Sontag „Przeciw interpretacji i inne eseje”
- ze dwa Lemy
- dwa komiksy, w tym "Maus"
- skrzywdzeni i poniżeni Dostojewskiego w nawet akceptowalnym wydaniu
- pewnie coś jeszcze, ale nie pamiętam i nie prowadzę ewidencji


3_plany i cele

Jak wspominałam, uważam, że czytam dość dużo książek, i nie chcę obarczać się przesadną ambicją czytania ich jeszcze szybciej i intensywniej. Nie wyznaczam sobie żadnego wyzwania książkowego, aczkolwiek podświadomie dążę do tego, żeby mieć te 52 książki w roku. Takie to sympatyczne mi się wydaje, książka co tydzień jak kawa każdego poranka.

Wyzwaniem, które podejmuję, jest zapisywanie każdej książki na lubimyczytac.pl, bo to bardzo przydatne narzędzie i niezwykle porządkujące kogoś tak chaotycznego jak ja.

Co chciałabym przeczytać w 2019?

Plany na cały rok to trochę za wielkie plany, moim zdaniem. Gust książkowy płynny jest, do różnych lektur się dojrzewa, a z innych się wyrasta, jak widzę na przykładzie roku 2018. Więc jeżeli mówimy o planach, to raczej na najbliższe dwa miesiące, czyli styczeń i luty:

- dokończyć „Władcę Pierścieni”!
- dokończyć „Ziemiomorze” i wszystko Ursul K. Le Guin, co uda mi się dorwać w bibliotece;
- przeczytać coś popularnonaukowego – widzę obecnie wielką popularność tego gatunku, który uwielbiałam jako dziecko, a porzuciłam zupełnie jako dorosła, i czuję się trochę poza obiegiem. Interesuje mnie, czy faktycznie warto w ten sposób rozszerzać wiedzę, czy to jeszcze nie to, co mnie zadowoli.

Owocnego, mam nadzieję że już zaczętego roku czytania Wam życzę.

Czytaj dalej »

19 stycznia 2019

Podsumowanie pierwszego roku bloga

0



Mam tezę, że żyję w innej czasoprzestrzeni. Albo zwyczajnie ignoruję fakt istnienia takowej, jak mój kot, który swobodnie skacze między różnymi światami, żeby zawsze o drugiej w nocy wylądować z dupą na mojej twarzy.

Teza ta świetnie wyjaśniałaby, czemu piszę podsumowanie roku 19 stycznia.
Niestety, rzeczywistość jest szara i nudna – piszę tak późno, bo jestem niesamowicie zapracowana, i blog mocno na tym ucierpi. Zerkajcie na moje social media, których utrzymanie jest mniej czasochłonne, zaopatrzcie się w chusteczki i czekajcie – nowy wpis się w końcu pojawi!

A na razie podsumowanie.

Przypominając i informując nowych czytelników: skursywieni to projekt, który powstał rok temu, po wieloletnim prowadzeniu bloga Terra-Felix, który jednak był za mało reprezentacyjny dla „poważnej” już studentki, został więc porzucony, a studentka wzięła swoje śmieci i przeniosła się do akademika na poważnych skursywionych. Skursywieni, funkcjonujący naraz jako blog i wielobytowy podmiot publicystyczny, chcieli zajmować się popularyzacją literatury, świadomego i krytycznego czytania, rozpowszechniać wiedzą o książkach i literaturze oraz zajmować się książkami niekoniecznie modnymi i łatwymi.
Czy im wyszło? Sami jesteśmy ciekawi.

Podsumowanie podzieliło się naturalne na dwie sfery: blog i książki, które dzielą się na sfery CYFRY, OPINIE, CELE. (W moich notatkach wyglądało to bardziej intuicyjnie.) Dzisiaj przedstawiam Wam część blogową, a w kolejnym wpisie książkową.

blog


1_cyfry

fejs: I47 osób
insta: 62 osoby
wpisy: 32
o czym pisałam: mało recenzji (na szczęście), głównie felietony, sporo narzekania na złe książki, dwa pożyteczne teksty o studiach, kilka nieregularnych zapowiedzi na nowy miesiąc, przewaga swobodnych felietonów i krytyki; aż trzy komiksy;
poza tematyką: tekst o okładkach i o kulturze w mieście, oba bardzo obiecujące
projekty: o klasyce literatury, tygodniówka (średnie powodzenie), niedokończony o czasopismach

2_opinia

Świetnie czuję się na instagramie. Kiepsko na fb, ale wiem, że dla wielu z was to podstawowy sposób komunikacji, więc zostanę.

Pisanie tekstów zajmuje mi karygodnie dużo czasu, ale gdy wpadnę w rytm to jakoś idzie, co widać po owocnym sierpniu, gdy to zauważyłam, że publikuję co 5 dni, i strasznie mnie to motywowało, by utrzymać ten trend. Licencjat nie pomaga. Sporo czasu zajmuje mi myślenie o tekstach i próby napisania ich idealnie. Nie akceptuję tekstów tylko "dobrych", rzadko podoba mi się to, co napiszę.

Nie jarają mnie zwykłe recenzje, za to spodobały mi się recenzje w formie oddzielonych graficznie refleksji nad tekstem (formę wzięłam od Riennahery); wolę rozważać, rzucać hasła, opisywać książki w sposób zbliżony do rozmów na moich zajęciach, niż dawać zwykłe recenzje. Nie uznaję oceniania punktowego.

Od recenzji wolę felietony o książkach, życiu z książkami i kwestiach edytorskich, bo lubię wykorzystywać własną wiedzę uniwersytecką. Tekst o okładkach Ziemiomorza, mimo że pisany na kolanie i w złości, jest moim ulubionym.

Zauważam, że zmienił mi się styl pisania – na pierwszy wpis patrzę dzisiaj szczerze zażenowana.
Bawi mnie też posługiwanie się liczbą mnogą albo rodzajem męskim, i pewnie będę to robić dalej, wybaczcie xD

Pierwszy rok bloga jest dla mnie przełomowy, bo wreszcie piszę coś, co mi się podoba – blogować lubię od dawna i mam to dosłownie we krwi, ale wreszcie nie wstydzę się podawać adresu bloga nowo poznanym znajomym, a w przyszłości zamierzam podawać go jako portfolio. Dobrze się mi go pisało, cieszyły mnie nowe wyzwania i pisanie według pewnych określonych w manifeście zasad – w końcu coś sobą reprezentuję.

Czuję się jednak trochę jak Miriam i inni poeci, którzy manifesty o poezji pisali lepiej niż poezję – zasady są, kryteria przyjęte są, tylko tekstów nie ma albo są słabe. Pisałam chaotycznie. Od tematu do tematu. Niedokończone albo ledwo zaczęte projekty. Niedokończone zagadnienia, które można by jeszcze rozszerzyć. Duża nonszalancja w np. numerowaniu wpisów z recenzjami, w formie wpisów, w wyglądzie graficznym. Jednak widać, że te blog dopiero zaczyna, i sporo rzeczy domaga się ujednolicenia (ujednolicenie, słowo roku na specjalizacji wydawniczej).
Wkurza mnie, ile tekstów zaczęłam i nigdy nie napisałam, bo... nie miałam odwagi zabiera głosu w danej sprawie. Wydawało mi się, że nic mądrego o tym nie napiszę, to po co się odzywać. Pisarska nieśmiałość? Serio?

Podsumowanie tego roku blogowania to więc głównie wyrzuty i błędy, nad którymi trzeba pracować – czyli w zasadzie bardzo dobrze dla takiej jednostki jak ja, która woli poprawiać błędy (w końcu edytor), niż świętować sukcesy.

Bardzo cieszy mnie też kontakt z Wami i wasza wytrwałość w czekaniu na kolejny wpis. Zapewniam, że w social mediach chętnie odpisuję (chyba że zapomnę, za co się kajam...) i można mnie zagadywać o wszystko ^^
Szczególnie dziękuję ziomkom, o których wiem, że skomentują i przeczytają zawsze, cudownie jest publikować i zastanawiać się, na co zwrócicie w nim uwagę i co skomentujecie :D



3_cele

Powinnam nie przesadzać w nich, ale chyba nie umiem.

Co zamierzam zrobić:
- zmienić nagłówek i możliwe, że cały szablon bloga. Lubię go, ale mało da się w nim zmienić i generalnie stawia opór. Nagłówek już w trakcie prac, bo ten jest o wiele zbyt minimalistyczny. Font zostaje. Zbieram siły (i środki), żeby poprosić o kilka grafik moją ulubioną artystkę, ale nic nie obiecuję (mogę ich nie zebrać. głównie sił);

- zapanować nad chaosem we wpisach. Chaosem tematów i dat publikacji. Nawet jeżeli będę publikować mało, lepiej robić to w określonym czasie i z jakimś pomysłem na tematykę. Przynajmniej jeden cykl postaram się reanimować i dokończyć;

- Marzeniem byłoby poprawienie starszych wpisów, a na pewno korekta ich, zobaczymy, ile w tym roku będę się nudzić;

- weszłam na drogę kultury i zamierzam stąpać nią nadal, czyli kolejne wpisy o kulturze w mieście (miastach); szykuje się też notka o slamach, nad którą siedzę od wieków, bo jest dla mnie cholernie ważna i zastanawiam się, jak ją jeszcze bardziej dopieścić (cały cykl o slamach? pisanie głównie o slamach?). Nie śmiejcie się, to jest ważne. Ja ze slamów chciałam magisterkę pisać;

- poszerzenie działalności na fb przynajmniej do takiego poziomu, jaki jest obecnie na insta;
- może porobić jakieś tam rzeczy związane z interakcją z czytelnikami, konkursy, wyzwania? Nie przepadam za tym, ale skoro guru od blogów mówią, że trzeba...

- odświeżenie wszystkich rubryk stałych, szczególnie ta „o mnie” to powinna być zmieniana co miesiąc (to niesamowite, jak się człowiek na studiach zmienia).

Jeszcze to przemyślę, ale plany obecnie wyglądają dokładnie tak.  Wierzę, że pierwszy rok blogowania „na poważnie” czegoś mnie nauczył, i mimo swoich jasno błyszczących błędów, dał mi jakieś podwaliny pod dalsze pisanie.

Przede wszystkim nauczyłam się używać myszki.

Czytaj dalej »

Copyright © Szablon wykonany przez Blonparia