11 sierpnia 2018

Dziwne książki z roboty



Ci, co śledzą skursywionych na fb wiedzą, że zaangażowani są oni w mało satysfakcjonującą, ale spokojną fuchę, jaką jest stanie w skwarze z reklamą księgarni i czytanie, żeby kusić ludzi niesamowitymi przyjemnościami, które czekają ich gdy tylko kupią sobie kolejną książkę. Misja zaszczytna, sami przyznacie, warunki pracy trochę patologiczne (nie pozdrawiam śmierdzącej ulicy Gwarnej). Lektury do czytania biorę z księgarni, sieciówki z tanimi książkami, zupełnie na oko, a recenzje publikuję na fb ku przestrodze i zachęcie (bo ogólnie jest to całkiem fajna księgarnia, ale z bardzo różnorodnym poziomem książek – kupowanie w ciemno bywa niebezpieczne).

Recenzje zebrałam w jeden wpis dla tych, którzy nie lubią fb, jak np. ja sama (na fb nie ma półpauz – nie wybaczę!)

Stowarzyszenie wędrujących dżinsów. Ostatnie lato, Ann Brashares
Nie zmogłam. Ta książka jest tak nasycona kobiecością (dość stereotypową), że nie jestem w stanie znaleźć z nią wspólnego języka. Po chyba dwudziestym wspomnieniu o tym, jaka bohaterka jest oszałamiająco piękna, i że dziwi się, że facet jeszcze nie umarł z miłości do niej, skoro pokazała mu swoje zajebiście piękne włosy... No nieee. Całość jest spoko, serio, jeżeli nie skręca cię od pisania o urodzie, facetach i przyjaciółkach, to ma fajny styl i dobry pomysł. Pamiętam, że poprzednie części czytałam jako gimnazjalistka i uważałam że za coś „na poziomie”, a wiecie chyba, jak ja zawsze nie znosiłam książek dla nastolatek. Swoją drogą, to totalnie nie są książki dla czternastolatek, czy ja w ogóle coś z tego rozumiałam...?

Data ważności, William Campbell Powell 
Ta książka jest tak zaskakująco dobra, że aż zastanawiałam się, czy nie napisać o niej osobnej notki (zauważyliście, że strasznie surowo traktuję książki? O żadnej nie napiszę, jeżeli nie będzie naprawdę powalająca, i stąd tak mało tutaj recenzji).
Mówiąc w największy i nieco krzywdzącym skrócie – Ania Shirley i androidy.
Powieść s-f o wcale nie tak odległych czasach, w których z powodu wielkiej bezpłodności ludzie zamiast posiadać dzieci przygarniają androidy – jednakże na bardzo niekorzystnych warunkach, które w przyszłości bardzo ich skrzywdzą. Główna bohaterka kojarzy mi się z Anią, ale raczej tą netflixową Anią – odważną, artystyczną, nie poddającą się presji społecznej, bardzo pogodną (wręcz zbyt...?) i zdeterminowaną. Dodatkowo gra ona na basie w zespole, co uważam za ważny element książki, no bo ile przeczytaliście w życiu książek s-f w których ktoś gra na basie? A przecież muzyka to tak ważny aspekt życia.
Bohaterka, poza zmaganiami z codziennym życiem nie-takiej-typowej-nastolatki będzie musiała w którymś momencie podjąć walkę z systemem, co skończy się dość mało sztampowo. Fabuła to element, który najbardziej mi się w tej książce spodobał, dlatego tak się rozpisuję. Potrafi zaskoczyć, potrafi wzruszyć.
Narratorem jest nasza główna bohaterka, jest to jej pamiętnik, który pisze od jedenastego do osiemnastego roku życia. Tutaj widzę największą słabość książki – sposób pisania, styl i umysłowość bohaterki praktycznie się nie zmieniają przez ten czas. Przy okazji jest ona tak pogodna, że mnie to trochę raziło. Zabrakło mi kilku naprawdę silnych, negatywnych emocji, gdyż przecież życie naszej bohaterki nie było usłane różami. Aczkolwiek te niedociągnięcia mogą być specjalną kreacją (jak wspominałam, nie jest taką normalną nastolatką).
Bardzo ciekawym elementem są wtrącenia obcej cywilizacji. Okazuje się, że dziennik naszej narratorki czyta jakiś kosmita z przyszłości, który komentuje niektóre kwestie (czy to nie jest spoiler-gigant? autor sam spoileruje, że cywilizacja ludzi zginie...).
Kurczę, spodziewałam się lekkiej książeczki do poczytania w pracy (stojąc w 30 stopniowym upale nawet ja mam spore problemy z przyswajaniem czegokolwiek), a okazała się ona fajnie napisana i poruszająca mocne tematy. Na wakacje polecam.
Okładka tylko brzydka i w ogóle nie pasuje do treści, ale jakoś mnie to nie dziwi.

Kaczmarski, Plaża dla psów
Spoko proza obyczajowa, wcale nie dla fanów Kaczmarskiego jako poety. Australia, miłe osiedle spokojnych ludzi, w które wkracza nowy przybysz z Europy, powodując małe zamieszanie, w trakcie którego wychodzą spięcia od dawna kryjące się wśród sąsiadów. Niby oklepane, ale wciągające, żaden tam banał, niezwykła codzienność w Australii i typowe dla Kaczmarskiego głębokie zrozumienie psów...



Wolfgang Herrndorf, Czik
 Czik to ogólnie książka dla dzieci, ale miała ładną okładkę, to przeczytałam. Opowieść o dwóch chłopcach wybierających się w podróż ukradzioną Ładą, niby beztroska, ale kryjąca w sobie straszne dramaty. Dzięki temu, że narrator jest mocno niedojrzałym gimnazjalistą, wszystko brzmi jak wakacyjna przygoda, ale rzeczywistość – patologiczne rodziny, alkoholizm, kradzieże, wypadki samochodowe - jest porażająco smutna. Plus za ciekawe dla mnie środowisko –  bogaty Niemiec i wywodzący się z patologii Rosjanin tworzą niezły duet.

Zofia Nałkowska, Między zwierzętami. Opowiadania. Fragmenty
W temacie głębokiego zrozumienia psów przez Kaczmarskiego – Nałkowska, której nie znałam, miłośniczka zwierząt, których przewinęło się przez jej dom mnóstwo - od psów, kotów i koni po sowy i zające. Fascynujące opowieści, czasami urocze, czasami smutne, pisane z wielką miłością i empatią. Bierzcie w ciemno.

Ewa Nowak, Kiedyś na pewno
Ewa Nowak oraz Małgorzata Musierowicz to praktycznie jedyne autorki książek młodzieżowych, które jako młodzież akceptowałam. Ewę Nowak polubiłam za... sympatię do wspomnianego już Kaczmarskiego, którego uwielbia w swoich książkach wciskać wszędzie. Chciałam sprawdzić, jak odbiorę te książki po latach – i jest całkiem nieźle. Lekko brakowało mi jakiejś akcji, jakiegoś ciekawszego świata przedstawionego, ale psychologia bohaterów świetna, problemy realistyczne (i nie z dupy), fajni bohaterowie drugoplanowi. Polecajcie młodszemu rodzeństwu.

Gra w pochowanego, Przemysław Borkowski
A mógł mnie już tytuł ostrzec! Jeżeli ktoś nadaje taki tytuł książce, a potem próbuje napisać ją "na poważnie" to wiadomo, że coś nie styknie. Nie stykło. Kiepski kryminał niby s-f, ale tej przyszłości w ogóle w nim nie widać, wypełniony filozoficznymi mądrościami, które zazwyczaj rozważamy w okresie dojrzewanie. Baardzo głęboki. Psychologia bohaterów leżąca i pełzająca. Żenujący stosunek do kobiet. Na szczęście lektura krótka, czytało się cztery godziny.

Olga Tokarczuk, Szafa
No, dla odmiany coś miłego, sympatyczny zbiór opowiadań, który urzekł mnie na tyle, że już zdążyłam kupić "Opowiadania bizarne" tejże autorki. Świetny styl, miła godzina czytania.

Kir Bułyczow, Nadzy ludzie
Autora znam z mało ambitnej, żartobliwej fantastyki, która nawet podobała mi się gdy byłam nastolatką. Ta książka jest jednak na poważnie (i jest drugim tomem serii, ale w ogóle nie wpływa to na czytanie). Średniawa fantastyka o kosmitach. Psychologia postaci bardzo słaba, co gorsza autor zdecydował się rozdrobnić książkę na głosy rożnych bohaterów o różnych stylach wypowiedzi. Z bliska byli jeszcze bardziej irytujący niż z daleka. Próba ukazania bardzo inteligentnej i wykształconej rasy, która musi szukać pomocy ludzi i zmienia się pod wpływem ludzkich wad. Temat ciekawy, ale nie do końca dobrze rozwinięty. Chyba pięć godzin czytania, bo mało wciągająca.

 ***

A na koniec niusik. Skursywieni założyli instagrama! Patrzcie na malutkie logo na górze bloga (tak, usunęłam to, co było tam wcześniej – kto się nabrał i kiedyś kliknął?) Na razie dzieje się przypadkowy syf, który wstyd wrzucić mi na fb, ale od początku roku akademickiego zaczynam misję! Jeżeli jesteście fanami oglądania czyichś skarpetek, martwych ssaków i rozmazanych kaczek to obserwujcie już teraz. 


0 Czytaj dalej »

3 sierpnia 2018

Zapowiedzi wydawnicze na sierpień 2018

0

Zapowiedzi na sierpień! Chociaż w zapowiedziach jestem już sumienna i comiesięczna. Ciekawe życie nie sprzyja blogowi. Aczkolwiek teraz będę miała trochę wolnego czasu, więc pewnie natrzaskam wpisów na zapas, bo nie chce mi się iść do biblioteki po więcej książek! A pogoda taka, że tylko leżeć i czytać (podświadomość podsunęła mi ostatnio "Wyspę mgieł i wichrów" Centkiewicza...), powiedzą Wam to wszyscy ludzie pracujący na dworze (niestety!). 

Ps. Zachciejcie zauważyć, że do świetnego zdjęcia mojego licznika od czegośtam dorzuciłam interesujący akcent wakacyjny, który tworzy totalnie optymistyczną atmosferę. 

W tym miesiącu pantofelek spotka się z barszczem, przemoc ze śmiechem a wędrowcy będą mogli poczytać o chodzeniu podczas przemierzania Tego kraju. Czyż to nie bardzo wakacyjne?




Buszujący w barszczu. Kontrkultura w Rosji sto lat po rewolucji. Konstanty Usenko (Czarne)
Od egzystencjalnej garażowej nuty przez hip-hop aż po fotogeniczną i ironiczną „traszkulturę” – Buszujący w barszczu to mapa nowej rosyjskiej kontrkultury w plastikowo-szklanej erze oligarchicznego kapitalizmu.
Autor bierze pod lupę współczesne zjawiska muzyczne, kładąc szczególny nacisk na osiedlowy rap i jego przesłanie. Opisuje, co stało się z dziedzictwem kultury punk i nowej fali czasów pierestrojki, która inspiruje dziś młode pokolenie artystów. Pokazuje barwną mozaikę nawiązań do tradycji awangardy początku XX wieku, radzieckiej fantastyki, „kosmicznej” analogowej elektroniki, syberyjskiego szamanizmu i szemranej „błatnej” kultury.
Tęsknota za duchem radzieckiego humanizmu, frustracje mieszkańców bloków z wielkiej płyty, postironia nowej dresiarskiej mody, teoria korzeni i narodziny dyskursu feministycznego… Konstanty Usenko, wytrawny stalker z zakazanej Strefy i niestrudzony przewodnik, przedziera się przez gęstwiny Barszczu niczym przez rzeczywistość, w której żyją jego bohaterowie. Łodygi muzycznych i kulturowych mutantów są ze sobą mocno splątane.

Chyba nikogo nie zdziwi fakt, że Rosja to dla mnie jeden z najbardziej interesujących państw na świecie – poczynając od stereotypowych obrazów wiecznych alkoholików z niedźwiedziami na sznurku po Dostojewskiego i Czechowa.

Raz mnie widzisz, raz nie widzisz i inne eseje o dizajnie. Michael Bierut (Karakter)
Żyjemy w świecie zalewanym półprawdami, często pięknie opakowanymi. Intensywny namysł nad formami, jakie przyjmują idee, jest zatem być może najważniejszym rodzajem refleksji.
Któż mógłby być lepszym przewodnikiem po świecie współczesnego projektowania graficznego, dizajnu i reklamy, jeśli nie jeden z najważniejszych współczesnych projektantów, były przewodniczący AIGA (American Institute of Graphic Arts), partner w największej na świecie niezależnej agencji projektowej Pentagram i uczeń legendarnego Massima Vignellego? Bierut z dowcipem, energią i niespożytą dociekliwością w ponad pięćdziesięciu barwnych esejach przygląda się projektowaniu graficznemu, które w ciągu ostatnich dekad ze specjalistycznej dziedziny przeobraziło się w fenomen, o którym każdy ma swoje zdanie (kiedy ostatnio krytykowaliście zmianę jakiegoś logo?).
Od opowieści o pierwowzorach postaci serialu Mad Men, przez fascynującą relację z pracy przy kampanii prezydenckiej Hillary Clinton, po nauki, jakie na temat projektowania autor wyciągnął z serialu Rodzina Soprano – głos Bieruta jest zaskakujący, błyskotliwy, wnikliwy.
„Jeśli projekt jest dobry, to czy klienci natychmiast się na nim nie poznają? – spytałem. Mój szef długo przyglądał mi się w milczeniu. Potem łagodnie i z niemałym współczuciem poklepał mnie po ramieniu: biedny mały.”(fragment)

Jedna z tych książek, które chciałabym mieć w swojej biblioteczce o designie (jak już zdobędę umiejętność odżywiania się fotosyntezą i będę miała hajs na książki).

Zew włóczęgi. Opowieści wędrowne. Rebecca Solnit (Karakter)
Spacer, przechadzka, marsz, pielgrzymka, wędrówka, włóczęga – to tylko niektóre z form pieszego obcowania z miastem i z naturą. Kto i dlaczego miał do nich prawo, a komu tego prawa odmawiano? Rebecca Solnit przekonuje, że przemierzanie przestrzeni rzadko bywa niewinne, często ma charakter aktu estetycznego, filozoficznego lub politycznego. Przyglądając się historii wędrowania oraz współistnieniu chodzenia i myślenia, autorka opowiada o dziejach zachodniej kultury, a jej opowieść swobodnie meandruje od perypatetyków do Rousseau, od Baudelaire’a do marszy antyglobalistów i ekologów.
Gdy przechadzamy się ścieżkami przemierzonymi kiedyś przez naszych przodków bądź staramy się wskrzesić jakieś wydarzenie z dawnych dziejów a nawet z naszego własnego życia, próbując prześledzić na powrót jego szlak, przeszłość łączy się z teraźniejszością. A każda przechadzka pokonuje przestrzeń niczym wątek biegnący w tkaninie, splatając z sobą kolejne, póki nie utworzą ciągłego przeżycia – w przeciwieństwie do podróży samolotem, a nawet samochodem czy pociągiem, która rozczłonkowuje czas i przestrzeń. Ciągłość jest właśnie jedną z tych rzeczy, które, jak mi się zdaje, utraciliśmy w epoce przemysłowej, ale wciąż możemy starać się ją odzyskać, co niektórym się udaje. Pola i ulice czekają na nas.

Ta książka ma cztery wersje okładki! Strasznie trudno było mi się zdecydować, którą wybrać. Wydawnictwo umożliwia wybór samemu przy zamówieniu albo zdanie się na losowość. Bardzo szanuję za taki gest, bądź co bądź wydanie książki z czterema okładkami powoduje pewne utrudnienia dla wydawcy.
A odnośnie tematyki – wszystkie wpisy na bloga wymyślam chodząc po pokoju jak ten chomik w kółku, a moja wielka potrzeba chodzenia, chodzenia i chodzenia powoduje, że znajomi uznają mnie za niezłego znawcę Poznania. A ja po prostu jak chodzę to się potykam o różne miejsca i znaki, i potem bywam skuteczniejsza niż Google Maps. Książka o chodzeniu musi być czymś świetnym.



Ten kraj. Anna Arno (Wydawnictwo Literackie)
Literacka wyprawa, poetycka opowieść, wyjątkowa perspektywa. O TYM kraju nikt tak jeszcze nie pisał!
Anna Arno zabiera nas w podróż przez ulice wielkich miast, szare blokowiska i przydrożne kapliczki. Z wnikliwością historyka sztuki ogląda narodowe zabytki i własne miejsca, łącząc ogólnoludzkie ze swoim. Z poetyckim wyczuciem opowiada o wiosnach smakujących truskawkami i zapachu szkolnej szatni, przeplatając symboliczne z rzeczywistym. Jak każdy z nas ma własną historię, wpisującą się w losy pokolenia i współczesnego społeczeństwa — z jego kompleksami, osiągnięciami i nadal niespełnionymi marzeniami.
 Arno nie idealizuje, nie ironizuje, nie dokumentuje. Dostrzega piękno, jest w pełni świadoma niedoskonałości, ale nade wszystko nie boi się wyznania: „w moim kraju lubię nawet to, czego nie lubię”.
 „Nie jesteś przecież na Campo de’ Fiori. Albo choćby na Place Saint-Sulpice. Tam gdzie wszystko jest doskonałe. Tylko nie ty. Czujesz, jak się wytraca czas. Tyk, tyk i cię nie ma. Zostaną wysokie mury, z których zwisa pnącze. Omszałe kamienie. Wosk na kościelnych posadzkach. Ale nie jesteś na Piazza Navona. Ani na Pont des Arts, gdzie płynie srebrzysta rzeka, a w oko wpadają gotowe kadry. Srebrne łuski światła. Klasztorny dzwon wybija godziny. Ale nie tam jesteś, lecz w szarym zakolu Wisły”. (fragment książki)

Znów coś dobrze brzmiącego dla włóczęgi, miłośnika zabytków fana polskich krajobrazów i smakosza ruin.

Boli tylko gdy się śmieję... Listy i rozmowy. Stanisław Lem, Ewa Lipska, Tomasz Lem (Wydawnictwo Literackie)
Nieznane listy Stanisława Lema i Ewy Lipskiej
Korespondencja odsłaniająca kulisy wyjątkowej przyjaźni
„Gdyby nie to, że mi się nie chce, napisałbym operę Porno, bo zdaje się, że tego jeszcze nie było”.
 Dwie wybitne osobowości: poetka i pisarz. Obdarzeni talentem, wrażliwością, poczuciem humoru i rozbrajającą autoironią.
 Dzieliło ich ponad dwadzieścia lat, lecz łączyło więcej: miłość do literatury i zabawy słowem, umiejętność wnikliwej obserwacji rzeczywistości. Ich korespondencja z lat 80. XX wieku to nie tylko zapis wyjątkowej przyjaźni i zmagań z codziennością, ale również portret ówczesnego życia literackiego Polski i Krakowa.
 Jakie wiersze pisał Stanisław Lem?
Czyją poezję najbardziej cenił?
Dlaczego Ewa Lipska chciała zatrudnić referenta?
 Boli tylko, gdy się śmieję zawiera także zapisy rozmów, jakie poetka i pisarz prowadzili na początku XXI wieku oraz listy, które Ewa Lipska wymieniała z synem Stanisława Lema, który wówczas studiował w USA.

Już chyba trzecie listy, jakie wrzucam w zapowiedzi i koniecznie chcę przeczytać, i dupa, nigdy nie czytam. Jak kiedyś już zacznę, to z przytupem, obiecuję.

Fizyka smutku. Georgi Gospodinow (Wydawnictwo Literackie)
Laureat Nagrody im. Jana Michalskiego
Powieść, dzięki której Georgi Gospodinow znalazł się w gronie najciekawszych pisarzy współczesnej Europy
 Jest najpewniej rok 1925. Dwunastoletni chłopiec po raz pierwszy sam trafia na jarmark. W spoconej dłoni trzyma piątaka, którego dał mu ojciec. Wszystkie pieniądze oddaje przy wejściu do jednego z namiotów, by zobaczyć stwora, którego naganiacz nazywa Minotaurem. Przez kolejnych sześć miesięcy chłopiec nie jest w stanie wykrztusić słowa…
 Tak zaczyna się historia przez którą – niczym mitycznym labiryntem – bohater prowadzi czytelnika, zmieniając czasy i perspektywy swojej opowieści. Dzieje wielopokoleniowej rodziny wpisują się w niej w losy Europy Środkowo-Wschodniej, a nad wszystkim metaforycznie unosi się postać greckiego Minotaura.
 Fizyka smutku wciąga czytelnika siłą opowieści, przemyślaną konstrukcją i empatią, z jaką autor traktuje zarówno swoich bohaterów, jak i mitologicznego potwora.

Wieszcze wieszczą. Najpiękniejsze wiersze dla dzieci. Mickiewicz, Krasiński, Słowacki (Znak)
Czy dla dzieci? Polemizowałabym, czy jakiekolwiek dziecko zrozumie język wieszczów bez dokładnej pomocy rodzica (no dobra, większość rodziców też nie zrozumie). Czy to specjalistyczna lektura dla dzieci polonistów? Nie wiem, nie wtrącam się w czyjś plan wydawniczy, i szczerze mówiąc, kupiłabym dla siebie, bo ładne obrazki (to wydanie drugie, więc podglądałam pierwsze). I żeby wszystkie dzieci w moim domu zaczynały przeglądać to dla obrazków, niewinnie pytały się, co tu jest napisane, i ostatecznie po kilkunastu latach pisały przez to doktorat z Mickiewicza. Taki mój plan podstępnych zmian społecznych. 



Dzieła (prawie) wszystkie. Andrzej Bursa (Znak)
W "Utworach (prawie) wszystkich" w opracowaniu Wojciecha Bonowicza czytelnik odnajdzie nie tylko wiersze, próby dramatyczne i prozę (również do tej pory nie publikowane!), ale i rysunki kreślone przez Bursę na marginesach rękopisów, wycinków z gazet, w notesach.
To pierwszy tak szeroki obraz twórczości, która – ponad sześćdziesiąt lat po śmierci Poety – po raz pierwszy może zostać odczytana w pełni.


Z całej listy tę książkę chcę najbardziej i będą o nią walczyć! Bursa to jeden z moich ulubionych poetów i świadek mojego dorastania do czytania i rozumienia wierszy.

Życie w średniowiecznym mieście. Joseph Gies, Francis Gies
Tłumaczenie: Jakub Janik
Swobodnie poruszasz się w miejskiej dżungli? A wiesz, że istniała już średniowieczu?
Zanurz się w świat średniowiecznego miasta i poznaj jego życie od podszewki. Razem z dwojgiem cenionych historyków zwiedzisz teatr, kościół i szkołę, zrobisz zakupy na rynku i pójdziesz do lekarza. Zawitasz w domu mieszczanina i poznasz jego żonę. Zostaniesz zaproszony na ślub i pogrzeb, a nawet zajrzysz na salę porodową. Co ludzie robili w kościele? A co w budynku pod szyldem z jednorożcem? Jak lekarze traktowali swoich pacjentów? Czym zajmowali się średniowieczni studenci? Jak działały sądy? Czemu małżonkowie trzymali bieliznę pod poduszką?


Książkę z tej samej serii, ale o wsi, kupiłam mojej mamie niedawno i podczytywałam ją w pociągu – jest całkiem fajna dla zainteresowanych historią, mówi o historii, o której nie ma w szkole, no bo przecież Anglia, jest rzetelna, nawet ma ładniutko przypisy. Zniechęcał mnie tylko język – nie wiem, tłumacza czy autora – który był dość kiepsko „chwytający” – łatwo gubiłam wątek albo zauważałam, że błądzę myślami.

Historia przemocy. Édouard Louis (Pauza)
Tłumaczenie: Joanna Polachowska
Młody paryżanin wraca do domu w wigilijną noc po udanej kolacji z przyjaciółmi. Jest czwarta nad ranem i ulice są puste. Nieopodal domu zaczepia go nieznajomy. Decyzja o tym, czy zaprosi go do środka, czy nie, na zawsze zmieni życie głównego bohatera. Édouard Louis, młoda gwiazda literatury, nazywany francuskim Faulknerem, snuje fascynującą opowieść o tym, co dzieje się z człowiekiem, który doświadcza przemocy.

***
A z wydawnictw komiksowych nic nowego, co by mnie zainteresowało. Ale ale, niedługo będzie o komiksach, bo mam dwa nowe (wygrany i kupiony) i czekają, aż nauczę się pisać recenzje komiksów :P

Trzymajcie się chłodno i z lodami!

Czytaj dalej »

15 lipca 2018

#2 tygodniówka (09-15 lipca)

0




Skursywieni dają się porwać nurtowi wakacji i mają nadzieję, że teraz pisać będą ładnie, często i regularnie. Chyba że akurat zdarzy się siedzieć bez kontaktu ze światem w  jakiejś leśno-górzystej głuszy. Skursywieni nie ogarniają idei, że ktokolwiek ma być ciągle online, by budować swoją markę, utrzymywać kontakt z odbiorcami i wrzucać estetyczne zdjęcia ze swojego życia, szczególnie że nie mają swojej marki, kontaktu z odbiorcami i ani grama estetyki. Ani życia.

Tygodniówka w końcu ma szansę stać się prawdziwym cyklem, a nie pomysłem z dużą szansą na niepowodzenie!

W ramach przypomnienia, czym tygodniówka jest:

Każdy, kto pracował w pracy mało wymagającej, chwilowej i niestałej, czyli przeważnie na ulotkach albo jako żywa i nieco zmęczona reklama na starym mieście, tudzież wielki kubełek chińskiego żarcia, zna pojęcie tygodniówki i masę emocji, które się za nim kryją. Tygodniówka to młodość – bo nikt dorosły i poważny nie zgodziłby się na taką pracę. Tygodniówka to wolność – odbierasz ją w piątek, połowę wydajesz na zupełnie zbędne ci książki i żarcie, a za resztę możesz jechać i na koniec świata, i już się w pracy nigdy więcej nie pokazać. Tygodniówka to też rzecz nieco gówno warta, bo stawka za godzinę pracy rzadko wynosi więcej niż 10 zł, i utrzymać się, spełniać się albo godnie prowadzić się za tygodniówkę nie da. Tygodniówki są szalone, niepewne i niestałe, obiecują nieziemskie rozkosze w pobliskiej księgarni; obiecują, że w piątek będziesz mógł powiedzieć kumplowi, żeby przyszedł po ciebie „do pracy” (jak jakiś dorosły człowiek!) i będziecie mogli razem iść na lody i posiedzieć nad wodą bieżącą.
Patrząc na to mniej poetycko, tygodniówki są co tydzień, i takie też było źródło pomysłu, by nazwać tak cykl cotygodniowych (na razie dość nieregularnie cotygodniowych) wpisów zawierających formułę dobrze znaną w świecie blogowym, czyli zbiór artykułów, tekstów, blogów, zdjęć, memów, muzyki i jakichkolwiek innych towarów, które można podlinkować i napisać o nich kilka słów.



Wielki Buk to nie jest mój ulubiony blog książkowy (za modny, ot co), ale ten tekst pokazuje kilka trendów, o których myślałam, ale nie do końca potrafiłam określić - jeżeli macie podobnie to poczytajcie!

Lubię takie listy. Zasadniczym ich problemem jest tylko to, że w większości wyglądają jak mój spis lektur na studia. Widocznie ze studiów wyjdę nie jako magister, a jako Superspec od klasyki literatury, który nie ma już co w życiu czytać. Zerknijcie sobie na spis książek zaproponowanych przez pisarzy z różnych państw.

Świetny blog, który niedawno odkryłam, bardzo merytoryczny, bardzo starannie prowadzony, bardzo krytyczny, skupiony na literaturze s-f. Coś, czego szukałam od dawna. Absolutnie nie kategoria "pisanina nastolatka" ani "recenzuję wszystkie nowe książki i wszystkie pozytywnie". 



Kolejny ważny dla mnie blog godny polecenia (czy może już go polecałam?), bardzo merytoryczny, patrzący na problemy popkultury z rożnych stron i w sposób nieporównywalnie głębszy, niż zazwyczaj czynią to jej odbiorcy. Co tu dużo mówić, autor widzi drugie tyle, co ja widzę, i bezczelnie mi to wytyka. Kocham i nienawidzę. Jedyny fanpage bloga, który obserwuję naprawdę z wielkim zainteresowaniem (jest też bardzo żywy i ruchliwy).

Cudowny tekst Zwierza o lenistwie, które tak naprawdę nim nie jest, chociaż mam wrażenie że moje lenistwo jest naprawdę takim podręcznikowym lenistwem, niestety. 

Ku własnemu zdziwieniu używam tego medium stosunkowo często. W tym tygodniu rozpoczęłam cykl "Dziwne książki z roboty". Jego źródłem jest fakt, że ostatnio płacą mi za czytanie... i bycie żywą reklamą, w czym mam już pewne doświadczenie. Pracując tak w księgarni mam niepowtarzalną okazję przeczytać cały asortyment, co właśnie robię. Wybieram książki w sposób mocno losowy, czeka więc Was kilkanaście szybkich recenzji dziwnych rzeczy, zaczynając od tematyki fantastyka/s-f. 




Ilustracje pochodzą z książki "O katastrofach kosmicznych" dra Zalewskiego, rok 1926, książka pochodzi natomiast z Polony



Czytaj dalej »

11 lipca 2018

10 kulturalnych faktów o skursywionych

0




Bez przeklinania
Niedawno stuknęło mi 100 fanów bloga na fejsbuczku. Nie będę pytać, ilu z tych, co lajkują, naprawdę czyta wpisy, ale i tak uważam to za pierwszy kroczek do stworzenia blogowego imperium czegoś, co warto czytać i pisać. Zainspirowało mnie to do napisania zupełnie pod publikę dziesięciu czytelniczych i kulturalnych faktów o mnie, żeby dać Wam coś do pośmiania się :P.

1. Jestem wielką fanką Star Treka. Oraz Star Treka przerobionego autorstwa Dema (patrz - youtube).  Obecnie oglądam STO oraz ST animowanego i mam ubaw po pachy, szczególnie przez te pucle słodziutkie (zdjęcie pucla). Dzień, w którym P. pokazał mi Star Treka przerobionego był dniem chwały i radości, od tego czasu do mojego zasobu słownictwa dołączyły „kultowe teksty ze Star Treka”. Za każdym razem, jak uda mi się umieścić sformułowanie ze Star Treka w pracy pisemnej na studia czuję, jak dostaję +100 punktów zajebistości i wyobrażam sobie taką scenę przy oddawaniu prac:
Doktor (wzruszony patrzy na prace): Czy ta praca... była inspirowana Star Trekiem Dema?
Ja (przypał na twarzy): Tak...
Doktor: To niesamowite! Dostaje pani piąteczkę od razu do usosa bez egzaminu ustnego i nie musi pani czytać „Nad Niemnem!”
(Padamy sobie w ramiona jako świeżo odnalezione bliźniaki duchowe.)
Kurtyna

O te pucle mi chodzi. Źródło

2.  Moim ulubionym tomikiem wierszy są „Kwiaty zła” – punkty za włosy, a ulubioną poetką Urszula Zajączkowska (od niedawna). Wcześniej ubóstwiałam Herberta i Baczyńskiego. W obrębie moich zainteresowań są też Kochanowski, Miciński, Tetmajer i Korab Brzozowski.

3. Ile czytam słów na minutę? Liczyłam, ale zgubiłam wyniki. Chyba około 540, bo to mam zanotowane na parapecie. Ogólnie czytam szybko, trochę przez doświadczenie, trochę przez przymus bezpośredni stosowany przez studia.

4. Praktycznie bez przerwy słucham muzyki, też do czytania i drzemek – ale nie piszę Wam o tym, bo nie chcę bezcześcić świetnej muzyki moimi słabymi opisami. Romansowałam już praktycznie z każdym gatunkiem muzycznym, więc trudno mi stwierdzić, który lubię najbardziej. Jestem równocześnie muzycznym ignorantem, większości gatunków nie znam i nigdy nie wsłuchuję się w teksty, jeżeli nie są czystą zajebistością (Lao Che, Księżyc) albo najważniejszą dominantą w kompozycji (Świetliki, Kaczmarski). Wolę muzykę melancholijną niż wesołą, energiczną niż wesołą, depresyjną niż wesołą, i stanowczo bardziej wolę piosenki o depresji niż o byciu wesołym.

5. Jestem spoileroodporna. Żadna fabuła nie jest dla mnie tak ważna, by poznanie jej zawiłości zniechęciło mnie do książki. Jakoś tak mam, że od wydarzeń bardziej interesują mnie słowa i sposób ich układania. Dzięki temu mogę czytać dzieła złożone głównie z monologów wewnętrznych bohaterów, poematy dygresyjne i książki, które nie mają zakończenia albo są zlepkiem dziesięciu różnych książek bez zakończenia... I tak dalej. Dodatkowo spoilery momentalnie zapominam. Wadą jest to, że nie zawsze pamiętam o tym, jaką ludzie mają fobię na tym punkcie, więc o sławnych filmach czy modnych książkach w ogóle nie rozmawiam, żeby się na mnie wszyscy nie darli (a przeważnie i tak nie ma o czym rozmawiać).



6.  Nie jestem najlepsza ze składu komputerowego ("Czemu Ta Ramka Tak Dziwnie Leży?" i "Dobra, Usuniemy I Udajemy, Że Tego Nie Było" to moje ulubione przeboje na zajęciach) i nie wiążę z tym zawodem przyszłości, ale budzi we mnie mnóstwo pozytywnych emocji. Na wszystkich bogów, nie ma nic bardziej ekscytującego i zadowalającego niż widok ładnie wlanego tekstu, porządnie wyznaczonych marginesów i dobrze, estetycznie ustawionych ilustracji. Które dodatkowo sam zrobiłeś i możesz w każdej chwili pozmieniać, żeby było jeszcze bardziej zajebiście. Najgorsza robota – ręczne usuwanie wdów i bękartów, czyli przestawianie tak tekstu, żeby nic nie wisiało i wyglądało ładnie – to moje ukochane zajęcie. Mogłabym tak doprowadzać tekst do perfekcji godzinami, dajcie mi tylko kawę i muzykę! Korekta nie budzi takich emocji.

7. Rodzice czytali mi od małego, książek mieliśmy w domu więcej niż... czegokolwiek innego, zanim nauczyłam się czytać, używałam ich jako budulca i gapiłam się na okładki i ilustracje. Wychowywałam się na Robinsonie, Tomku Wilmowskim, Stasiu Tarkowskim, Muminkach, Hobbicie i encyklopediach. Nienawidziłam Kubusia Puchatka. Lubiłam okładkę „Czarnej księgi komunizmu”. Jeżeli gdzieś szukać korzeni mojej fascynacji designem książki i moich dziwnych wyborów lekturowych, to zapewne w tym wychowywaniu się wśród książek. Do studiów czytałam głównie książki, które mieliśmy w domu, gdyż do biblioteki były dwa kilometry (rowerem), i była to do bólu typowa wiejska biblioteka.

8. Ale czytać nauczyłam się wtedy, kiedy wszyscy - jako sześciolatka, w zerówce, i wcale nie byłam w tym za dobra. Ogólnie rzecz ujmując, nigdy nie miałam predyspozycji do bycia geniuszem. Mam raczej głębokie predyspozycje do zapamiętywania bzdurnych faktów i zapominania tych ważnych.

9. Moimi ulubionymi bohaterami książkowymi są... najpierw praktycznie wszyscy bohaterowie sagi o Tomku Wilmowskim (to prawdopodobnie najważniejsze książki w moim życiu). Potem niejaki Florian, żołnierz napoleoński ("Huragan", Gąsiorowski), w gimnazjum Kmicic (nadal kocham), Bohun i Samuel Vimes ("Świat Dysku", Pratchett). Potem nie umiałam już aż tak kochać książek i bohaterów, aczkolwiek mam słabość do Konrada ("Dziady") gdzieś od liceum (byłam straszliwym romantykiem) po czasy współczesne (nie bez powodu mój ulubiony rozmaryn nazywa się Conradus). Nawet pisanie o tym gałganie pracy na studia mnie nie zniechęciło.

10. I egzamin gimnazjalny, i maturę rozszerzoną napisałam powołując się na książki Pratchetta. Wyszło przypadkiem, ale jestem z tego niebywale dumna. Dobra książka jest dobra zawsze i zostaje na zawsze. (Na gimnazjalnym opisywałam Vimesa jako kogoś, kto zachował się bohatersko, a na maturze pisałam bodajże o światach alternatywnych i wspomniałam o teorii dwóch nogawek spodni.)

Najfajniejsze w takich wpisach jest to, że przeważnie w komentarzach ludzie piszą jakiś dziwne rzeczy o sobie, bardzo więc Was zapraszam do takiej działalności!

Postaram się rzucić nowy wpis jakoś w niedzielę, ale nie mogę obiecać, bo będę na Polconie <3

ps. chyba dało się zauważyć, że odkryłam nowy program do robienia ze zdjęć potworów. Czego to nie zrobi bloger pozbawiony aparatu. 




Czytaj dalej »

27 czerwca 2018

Zapowiedzi wydawnicze na lipiec

0





Na powitanie chciałabym zachwycić się faktem, że napisałam w tym miesiącu aż cztery wpisy! Wiem, że dwa to zapowiedzi, a dwa zaistniały z inspiracji zewnętrznej (akcji #CoPoMaturze), ale nadal jest to sukces dla mojego lenistwa. No i przecież czerwiec to miesiąc sesji, miesiąc straszny. W wakacje będzie już tylko lepiej!

A na fb bloga stuknie mi niedługo 100 polubień. Szykuję na ten czas głupi wpis totalnie pod publikę, mam nadzieję, że publika się cieszy.

W czasie wakacji planuję też napisać kilka recenzji, które będą miały ręce i nogi (nie jak zazwyczaj), na które składać się będą książki ze studiów, które okazały się fajne oraz kilka nowości, które postaram się zdobyć/wyszabrować/kupić. Blog ten nigdy nie będzie skupiony na nowościach i bestsellerach, bo przeczy temu moja filozofia życiowa i portfel, ale czasami wypada przeczytać jakąś świeżynkę, a nie tylko siedzieć w historii literatury.

Moja zapowiedzi książkowe to bardziej zbiór dla Was – książek, które mnie zainteresowały albo uznałam je za wartościowe i chciałabym polecić je tym z Was, którzy sami nie robią przeglądu zapowiedzi, oraz porównać swoje wybory z wyborami innych blogerów.  Bardzo rzadko coś z tej listy faktycznie kupuję – jak wspomniałam, krucho u mnie z forsą, a wartościowych książek na świecie jest bardzo dużo. Na szczęście.\

W lipcu sytuacja nie wygląda nawet tak słabo, mimo że wakacje i takie tam. Przed państwem siedem książek i jeden komiks o tematyce przeróżnej.



Mazel Tow. Jak zostałam korepetytorką w domu ortodoksyjnych Żydów. J. S. Margot (Czarne)
Co się stanie, kiedy lewicująca, zbuntowana studentka z Antwerpii, mieszkająca ze swoim irańskim chłopakiem, trafi do domu ortodoksyjnej żydowskiej rodziny, żyjącej na obrzeżach belgijskiego społeczeństwa we własnym, zamkniętym świecie? Czy bezpośrednia, trochę zadziorna dziewczyna może się odnaleźć w środowisku pielęgnującym zwyczaje, które od setek lat się nie zmieniły?
Margot przez sześć lat spędzała popołudnia w domu Schneiderów, pomagając ich dzieciom w nauce. Jej metody dydaktyczne bywały zupełnie nieortodoksyjne – stosowała między innymi prowokacyjne pytania, obcesowe komentarze i dużo śmiechu. Okazało się, że w niektórych sprawach dogaduje się z uczniami znakomicie, na przykład w interesach (razem ze średnim synem Schneiderów, Jakovem, przez kilka lat prowadzili wspólny biznes – ona pisała jego kolegom wypracowania, on zajmował się logistyką i zgarniał procent). W innych kwestiach, jak podejście do mody czy seksu, różnice były większe. Nie przeszkodziło to jednak Margot i jej uczniom konfrontować się z wzajemną odmiennością i co dzień przekraczać dzielące ich granice. Choć pierwsze zetknięcie dwóch skrajnie różnych światów i światopoglądów było gwałtowne, z czasem wśród gaf i pomyłek początkowa nieufność zmieniła się w niezwykłą przyjaźń, która przetrwała lata.

Myślę, że to może być całkiem inteligentna książka pozwalająca zobaczyć kulturę dla większości z nas nieznaną i nietypową, o której więcej krąży plotek niż rzetelnych przekazów. A sama formuła książki wdaje się lekka i przyjemniejsza niż reportaż. No i wielki plus jak dla mnie – książka, w której Żydzi są współcześni i nie martwi... Nie trawię książek o prześladowaniach i mordach na Żydach, ale też nie chcę się odcinać od tematu. Może kupię sobie na wakacje, na leżenie brzuchem do góry na balkonie.

Żubry lubią jeżyny. Arkadiusz Szaraniec (Czarne)
Arkadiusz Szaraniec z prawdziwą pasją opowiada o naturze, która jest coraz bliżej człowieka, ale staje się dla niego coraz mniej zrozumiała. Opisuje niezwykłych zwierzęcych bohaterów, ich zwyczaje i charaktery, a jednocześnie tłumaczy, jaki wpływ na przyrodę mają zmiany wynikające z rozwoju naszej cywilizacji. Niektóre gatunki zwierząt w zaskakujący sposób potrafią się do nich dostosować i żyją w bezpośrednim sąsiedztwie ludzkich osiedli, w parkach i w centrach dużych miast. Ale inne, tak jak żubry czy rysie, zagrożone wyginięciem, paradoksalnie bez pomocy człowieka nie mają szansy na ocalenie.

Też lubię jeżyny, a jako młodsza osoba uwielbiałam takie książki i wychowywałam się na Wajraku, więc ogólnie bardzo polecam, wychodzi na zdrowie (i możesz zaginać znajomych swoją wybiórczą erudycją).

Krupówki. Piotr Mazik, Kuba Szpilka (Czarne)
Chociaż nie wydarzyło się to bardzo dawno temu, jej początki trudno dokładnie opisać. Niegdyś była ścieżką wśród łąk i lasów, ale potem, gdy mała wieś stawała się kolejno letniskiem, stacją klimatyczną, ośrodkiem walki z gruźlicą, centrum turystycznym i wreszcie modnym kurortem, zmieniła się i ona.
Krupówki – symbol miasta i serce zakopiańskiej historii – charakteryzuje nieustanny ruch, narastanie pomysłów, idei i interesów. Dla jednych to chaos, dla innych wyraz wolności. I chociaż, jak twierdzą autorzy, megalomanią byłoby twierdzić, że pewne zjawiska występują tylko w Zakopanem, to krótka historia i niewielka powierzchnia czynią z tego miasta idealną „doświadczalną  pracownię”.
Kuba Szpilka i Piotr Mazik opowiadają o Krupówkach, najsłynniejszej ulicy w Polsce, opisując skomplikowane procesy, zdarzenia i postaci, które zdecydowały o jej istnieniu i obecnym kształcie.

Wakacyjnie! Nigdy nie byłam w Zakopanem, bo mój tata góry kocha, ale ludzi niekoniecznie. Dzisiejsze Krupówki i Tatry nie wyglądają jak miejsce dla mnie, ale te, po których chodził Tetmajer? Też bardzo chętnie kupię sobie do czytania nad jeziorem albo w górach i będę udawać, że dla Krupówek historia skończyła się przed II wojną światową.



Bałtyk. Historie zza parawanu. Aleksandra Arendt (Wydawnictwo Poznańskie)
Co Tomasz Raczek robił na transatlantyku Stefan Batory?
Dlaczego po plaży paradowano w piżamach?
Gdzie nad morzem była „nowa Warszawa”, a gdzie „małe Zakopane”?
Morze intryguje, zachwyca i przeraża. Czas odkryć jego tajemnice i sprawdzić, ile prawdy jest w legendach. „Bałtyk. Historie zza parawanu” to zbiór historii o ludziach, których losy splotły się z Wybrzeżem.
Autorka przemierza Polskę od Wolina po Hel. Pokazuje jak zmieniały się nadmorskie kurorty i moda plażowa. Sprawdza jak wygląda praca latarnika i co robią w morzu lokomotywy. A przy okazji udowadnia, że skakać na nartach można nie tylko w górach…
Lektura doskonała zarówno dla tych, którzy w domowym zaciszu po pracy chcą poczuć zapach morskiej bryzy, jak i tych, którzy szukają książki do poczytania podczas słonecznych kąpieli na plaży.

Znowu wakacyjnie, jak były góry, to jest morze! Ale za mną ostatnio Gdańsk chodzi, mam ochotę natychmiast się pakować i jechać popatrzeć na olbrzymie morze i to dziwne miasto, które nadal nie wie, czy jest niemieckie, polskie czy swoje. Nad Bałtykiem nigdy nie plażuję – chyba tylko siedzienie w kolejce do dentysty jest równie nudne co leżenie dupą na piasku. Ale nad morzem znaleźć można mnóstwo ciekawych miejsc, po których warto łazić, i myślę, że tak książka będzie dobrym przewodnikiem.

Zatracenie. Osamu Dazai (Wydawnictwo Czytelnik)
przekład: Henryk Lipszyc
Osamu Dazai (1909–1948) jest jednym z najwyżej cenionych, a zarazem najpoczytniejszych pisarzy japońskich swego pokolenia.
 Powieść Zatracenie – ostatni ukończony utwór Dazaia – ukazała się w roku samobójczej śmierci pisarza. To osnuta na wątkach autobiograficznych i spisana w pierwszej osobie pełna dramatyzmu opowieść o człowieku, który choć wszechstronnie utalentowany, nie może odnaleźć się w świecie i wpadając w spiralę zgubnych życiowych wyborów, zmierza ku nieuchronnej samozagładzie.

Ministerstwo niedżentelmeńskich działań wojennych. Giles Milton (Wydawnictwo Literackie)
Oryginalny tytuł: The Ministry of Ungentlemanly Warfare
Wiosną 1939 roku powołano w Londynie do życia ściśle tajną organizację: jej celem było knucie, mające doprowadzić do zniszczenia machiny wojennej Hitlera za pomocą spektakularnych aktów sabotażu.
Działania partyzanckie, które potem prowadzono były równie wyjątkowe, jak sześciu mężczyzn, którzy nimi kierowali. Churchill wybrał ich, bo byli wściekle pomysłowi i nie mieli w sobie nic z dżentelmenów. Jeden z nich, Cecil Clarke, niepospolity inżynier, pracował w latach trzydziestych XX wieku nad konstrukcją futurystycznych przyczep kampingowych. Teraz jego talent został zaprzęgnięty do mniej szlachetnego zadania: miał zbudować brudną bombę do zamachu na ulubieńca Hitlera, Reinharda Heydricha. Kolejnym członkiem tej grupy był William Fairbairn, zażywny emeryt, a jednocześnie światowy ekspert w dziedzinie skrytobójstwa. Miał szkolić partyzantów zrzucanych na spadochronach za linią wroga.
Ta szóstka, dowodzona przez znanego z wytworności Szkota, Colina Gubbinsa, tworzyła tajną wewnętrzną komórkę, która zaplanowała najzuchwalsze akty sabotażu w czasie drugiej wojny światowej. Winston Churchill nazywał ją swoim Ministerstwem Niedżentelmeńskich Działań Wojennych. Jego sześciu „ministrów”, wspomaganych przez grupę niesamowitych kobiet, wykazało się taką skutecznością, że udało się im zmienić przebieg wojny.

Opis brzmi trochę przesadzenie, ale wydaje mi się, że będą to dobre ciekawostki historyczne do opowiadania dzieciakom na korkach.



Warszawskie dziewczyny, kanały i gołębiarze. Bożydar Rassalski (Bellona)
Książka składa się z fragmentów dziennika Stefana Rassalskiego z okresu od wybuchu Powstania Warszawskiego i kilkunastu reportaży literackich. Powstały one w okresie kilku do kilkunastu miesięcy od wydarzeń, które opisują. Tworzone były na podstawie notatek, zapamiętanych rozmów i sytuacji oraz osobistych refleksji z okresu walk powstańczych. Reportaże pokazują kilkadziesiąt epizodów z walk powstańczych w rejonie Śródmieścia Południowego. Kreślą sylwetki wielu walczących warszawianek i warszawiaków oraz żołnierzy i dywersantów niemieckich. Pokazują akty bohaterstwa, ale też nieprzemyślanej brawury. Ukazują dramatyczną, choć w owym czasie "normalną", sytuację życiową powstańców i ludności cywilnej. Obserwujemy radość z chwilowych sukcesów, ale też momenty rozterek i zwątpienia w sens walki. Poznajemy sylwetki wielu powstańców, od typowych warszawskich cwaniaków, co to przed niczym "nie pękają", do doświadczonych i znających granice ryzyka żołnierzy.

Morfołaki. Stary Testament. Mateusz Skutnik (rysunki) i Nikodem Skrodzki (Timof i cisi wspólnicy)
Zanim pojawiły się odpowiedzi, były pytania. Rozważania filozoficzne Morfołaków, zawsze prowadziły niezbadanymi ścieżkami. Mędrcy poszukiwali odpowiedzi na nurtujący cały świat filozoficzny problem. I tak narodził się... Morfołaki to cykl nowel o dziwnych istotach w dziwnym sennym świecie.

„Morfołaki to album trudny do ocenienia. To na pewno utwór wymagający od czytelnika więcej wysiłku niż typowa seria komiksowa. Zabierając się do lektury, należy zadać sobie dwa pytania. Czy lubię niejednoznaczność i brak jasnych wyjaśnień? Czy nie boję się własnych snów?”
~Mateusz Horbaczewski, naekranie.pl

„I Skutnik, i Skrodzki to twórcy osobliwi – to, co robią i co interesuje ich najbardziej, różni się zdecydowanie od typowych historii komiksowych opartych na wyrazistej akcji i jeszcze wyrazistszych schematach. Bardziej interesuje ich ulotna poezja zdarzeń, nastrój chwili, dziwne stany duszy, to, co kryje się pod podszewką rzeczywistości.”
~Jerzy Szyłak, Druga strona komiksu

„Każdy, kto ceni sobie niejednoznaczność i gęstą od symboli narrację, na pewno jednak doskonale odnajdzie się w onirycznym świecie Morfołaków i być może wykorzysta okazję do tego, by po raz kolejny zastanowić się nad kilkoma fundamentalnymi kwestiami egzystencjalnymi.”
~Paweł Ciołkiewicz, esensja.pl

A Wy co polecacie, co czytacie, co planujecie na lipiec?

(Wszystkie opisy ze stron wydawnictw, okładki ze stron wydawnictw oraz gandalf.com)

Czytaj dalej »

Copyright © Szablon wykonany przez Blonparia